|
niszczenie rodziny
|
Sejm RP przyjął 10 czerwca nowelizację "Ustawy o
przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie", która narusza podstawowe wolności
obywatelskie.
(tekst ustawy do
pobrania)
 Jej założenia to m.in.:
 1) Pracownik socjalny będzie miał
prawo odebrać dziecko z rodziny, bez wyroku sądu. (art. 12a)
 2) W każdej z 2.500 polskich gmin
powstaną zespoły monitorujące życie prywatne ludzi.
 3) Na podstawie procedury
Niebieskiej Karty będą zbierane dane wrażliwe o rodzinie, bez zgody
domniemanego sprawcy przemocy a nawet domniemanej ofiary.
 4) Procedurę można będzie zacząć
już po jednym niesprawdzonym donosie. (art 9d)
 5) Ustawa nazywa przemocą: jednorazowe
albo powtarzające się działanie lub zaniechanie naruszające wolność.
 6) "Poradnik pracownika socjalnego"
z 2009 r. (do pobrania)
precyzuje, że przemocą jest: dawanie klapsów, "zawstydzanie",
"krytykowanie" np. "krytykowanie zachowań seksualnych" - co powoduje, że
każdy rodzic podejmujący działania wychowawcze, może być oskarżony o
przemoc. Taka jest już dziś praktyka wielu krajów np. Szwecji.
 7) W uzasadnieniu nowelizacji jest
mowa, że problem przemocy dotyczy połowy rodzin w Polsce. Tak wielka
jest planowana skala kontroli.
 Przeciw ustawie
protestuje od marca wiele środowisk, m.in. organizacje
rodzicielskie. Zastrzeżenia zgłaszało wielu ekspertów prawników, z
Rzecznikiem Praw Obywatelskich Januszem KOchanowskim i
konstytucjonalistów z prof. Andrzejem Zollem oraz psychologów.
 Dzięki 45 tys. głosom sprzeciwu
zebranym na stronie rzecznikrodzicow.pl, przedstawiciele Stowarzyszenia
Rzecznik Praw Rodziców i Związku Dużych Rodzin 3+ spotykali się z
politykami. Zaprosiliśmy też do Polski panią Ruby Harrold-Claesson,
która opowiadała m.in. na spotkaniu z ministrem pracy, jak wielkie
szkody poczyniła podobna ustawa funkcjonująca od 30 lat w Szwecji.
 Nasze działania przyniosły skutek w
postaci ważnych, choć dalece niewystarczających poprawek.
Przyjęta ustawa jest szkodliwa. Wejdzie w życie 1 sierpnia, jeśli tylko
zostanie podpisana przez p.o. Prezydenta marszałka Komorowskiego.
 Potrzebne są
kolejne głosy sprzeciwu. Każdy głos się liczy!
|
|
|
Bronisław Komorowski
|
Aleksander Ścios
1. W jakich okolicznościach podczas
internowania w roku 1982 poznał późniejszego współpracownika WSI o
pseudonimie „Tomaszewski”(stomatolog leczący internowanych) i jak długo
trwała ta znajomość?
2. Czy prawdą jest, że w latach 1991-92,
gdy był wiceministrem ON powierzył WS „Tomaszewski” dużą kwotę pieniędzy
(260 tys.DM), aby ten wpłacił je do tzw. „Banku Palucha” za
pośrednictwem płk. Janusza Rudzińskiego i skąd pochodziły środki
przeznaczone na tę lokatę?
3. Czy odzyskaniem tych pieniędzy, za
pośrednictwem WS „Tomaszewski” zajmował się Kontrwywiad WSI?
(Raport w Weryfikacji WSI str.77 i nast.)
4. Czy prawdą jest, że
będąc wiceministrem ON, po pierwszej turze wyborów prezydenckich w roku
1990 informował Krzysztofa Wyszkowskiego, że otrzymał od WSW
szczegółowe informacje w sprawie zawartości tzw. „czarnej teczki” Stana
Tymińskiego - czyli dokumentów potwierdzających współpracę Lecha Wałęsy z
SB? Jakiego rodzaju informacje otrzymał wówczas od służb
wojskowych?
5. Na czyją prośbę lub polecenie działał w roku 1992,
gdy zwrócił się do dr. Andrzeja Grajewskiego (późniejszego szefa
Kolegium IPN) z propozycją, by ten podjął się opracowywania na rzecz WSI
analiz na temat zewnętrznych zagrożeń państwa? Jak wynika z Raportu
z Weryfikacji WSI, oficerowie tej służby zamierzali wykorzystać
Grajewskiego także do typowania i werbunku dziennikarzy.
6. Z
jakich powodów na początku lat 90 zdecydowano o wynajęciu przez
Departament Wychowania MON (podległy wiceministrowi Komorowskiemu)
budynku przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie na salon sprzedaży
mercedesów firmy Sobiesława Zasady oraz o zakupie samochodów tej marki
na potrzeby armii? Transakcję nadzorował gen. Adam Tylus, który po
otrzymaniu szlifów generalskich odszedł z wojska i został dyrektorem
biura obsługi zamówień publicznych i specjalnych w firmie Sobiesław
Zasada Centrum S.A.. Firma ta współpracowała z Fundacją Pro Civili. W
dokumentach informacyjnych Fundacji „Pro Civili” z 1998 roku,
podpisanych przez Krzysztofa Werelicha wymienia się wśród dostawców
różnych towarów firmy Sobiesław Zasada Centrum SA., Volvo Poland i Pati
Soft sp. z o.o., a wśród „odbiorców strategicznych” Ministerstwo Obrony
Narodowej. Następnie Tylus został zastępcą prezesa firmy Ster-Projekt i
Ster-Projekt Technologie C4I, zajmującej się projektowaniem i
wdrażaniem systemów dowodzenia i kierowania, przeznaczonych dla wojska.
Jednocześnie był stałym doradcą sejmowej Komisji Obrony Narodowej,
której przewodniczył Bronisław Komorowski. Jak informowała prasa
„zdaniem Bronisława Komorowskiego, przewodniczącego komisji, regulamin
Sejmu nie zabrania być doradcą osobie, która zasiada w zarządzie firmy,
oferującej wojsku sprzęt i usługi.”
7. Co zdecydowało o
zatrudnieniu gen. Adama Tylusa jako doradcy w gabinecie politycznym
ministra MON Komorowskiego oraz powierzeniu mu roli stałego doradcy
sejmowej Komisji Obrony Narodowej, której przewodniczył Bronisław
Komorowski?
8. Co zdecydowało, że w roku 1991 awansował byłego
szefa Zarządu WSW WOPK płk. Lucjana Jaworskiego na stanowisko szefa
Kontrwywiadu Wojskowego? W latach 80. płk. Jaworski, odznaczał się
szczególną gorliwością w zwalczaniu opozycji, niszczył prasę podziemną,
ścigał współpracujących z opozycją filmowców, tropił „obce pochodzenie”
członków opozycji, zakładał podsłuchy, werbował agenturę. To na skutek
jego działań w więzieniu znalazła się min. Hanna Rozwadowska, kierująca
logistyką „Wiadomości”. Po nominacji na szefa KW, płk. Jaworski w latach
1991-93 prowadził działania operacyjne, skierowane przeciwko
środowiskom opozycji niepodległościowej oraz przeciwko rządowi Jana
Olszewskiego. Nadzorował również SOR „Szpak” – dotyczącą rozpracowania
Radosława Sikorskiego.
9. Czy w latach 1990 – 93, jako
wiceminister ON odpowiedzialny za nadzór nad kontrwywiadem wojskowym
wiedział o działaniach płk. Jaworskiego w ramach SOR „Szpak” dotyczącą
Radosława Sikorskiego oraz o działaniach operacyjnych podejmowanych
przez WSI przeciwko środowiskom opozycji niepodległościowej?
10.
Czy będąc ministrem ON w roku 2001 znał właściciela firmy Auto-Hit
Krzysztofa Strykiera – dealera Fiata z Tychów, dzierżawcę wilii
położonej w miejscowości Władysławów 24 km od Janowa Lubelskiego i czy
przez wiele lat bywał na polowaniach w tej miejscowości wraz z rodziną i
znajomymi?
11. Czy prawdą jest, że za czasu ministrowania
Komorowskiego, MON zakupiło 48 samochodów Fiatów Seicento od firmy Fiat
Auto Poland z przeznaczeniem dla Żandarmerii Wojskowej oraz 10 Fiatów
bezpośrednio od firmy Auto-Hit ?
12. Jaka była przyczyna
usunięcia ze stanowiska dyrektora Departamentu Nauki i Szkolnictwa
Wojskowego MON Krzysztofa Borowiaka w roku 2001 i czy fakt ten ma
związek z rozpoczęciem (w budynkach Wojskowej Akademii Technicznej)
działalności prywatnej Szkoły Wyższej Warszawskiej, założonej przez
Fundację Rozwoju Edukacji i Techniki, która okazała się biznesem
kierowanym przez oficerów WSI. (Raport z Weryfikacji WSI rozdział
10. „Działalność oficerów WSI w Wojskowej Akademii Technicznej”)
13.
Czy prawdą jest, że w 2001 roku dyrektor Krzysztof Borowiak zwracał
uwagę ministrowi Komorowskiemu na kryminogenną prywatyzację WAT,
dokonywaną rękoma członków władz tej uczelni, na co Komorowski miał nie
reagować?
14 .Jaki przebieg miała i czym się zakończyła reforma
szkolnictwa wojskowego, dokonywana pod kierunkiem protegowanego
ministra Komorowskiego, radcy w jego gabinecie – gen. Bogusława
Smólskiego?
15. Czy prawdą jest, że zlecił Wojskowym Służbom
Informacyjnym prowadzenie działań operacyjnych wobec R.Szeremietiewa i
Z. Farmusa? (Życie Warszawy" -07.05.2004.-. – „Zleciłem WSI objęcie
działaniami Zbigniewa F. (asystenta wiceministra) i Romualda Sz. - mówi
były szef MON Komorowski.) i jakie były racjonalne powody podjęcia tej
decyzji?
16. Z jakich przyczyn, w roku 2001 po zdymisjonowaniu
Romualda Szeremietiewa posadę stracił płk Janusz Zwoliński dyrektor
Departamentu Zaopatrywania Sił Zbrojnych MON, któremu bezpośrednio
podlegała kontrola nad przetargami, a na stanowisku tym zastąpił go
oficer szkolony w Moskwie płk Paweł Nowak - protegowany Komorowskiego?
17.
Co zdecydowało że, po nominacji płk. Nowaka podjęto natychmiast
procedurę przetargową na zakup transportera kołowego (KTO) i rakiety
przeciwpancernej, choć wcześniej minister Komorowski nie chciał wyrazić
zgody na przetarg? W roku 2004 oskarżono Nowaka i jego podwładnych o
spowodowanie niemal 10 mln zł szkody, w związku z tzw. „aferą
bakszyszową”. Sąd Okręgowy uniewinnił wszystkich podsądnych, nie
dopatrując się w ich działaniach przestępstwa. W roku 2007 Sąd Najwyższy
uchylił wyrok uniewinniający Nowaka z zarzutów w sprawie
nieprawidłowości przy realizacji umowy na pociski przeciwpancerne dla
polskiej armii. Gen. Nowak ma też zarzuty w śledztwie w sprawie
nieprawidłowości przy zakupie kołowego transportera opancerzonego.
Wojskowa prokuratura zarzucała mu niedopełnienie obowiązków lub
przekroczenie uprawnień.
18. W jaki sposób, podpisując w 2001
roku umowę zakupu wojskowych samolotów transportowych CASA (za 211 mln.
dolarów) od hiszpańskiego koncernu EADS zabezpieczył kwestię
serwisowania tych maszyn w Polsce? W zamian za zamówienie spółki
EADS CASA i Avia System Group kupiły wówczas większościowy pakiet PZL
Warszawa-Okęcie. Miało tam powstać centrum serwisowe dla samolotów.
Centrum to nigdy nie powstało, a samoloty musiały wszystkie przeglądy i
naprawy przechodzić w Hiszpanii, co zwiększało koszty eksploatacji i
ryzyko użytkowania maszyn. 25.02.2008 r., po katastrofie CASY (w której
zginęło 20 oficerów WP) Prokuratura Wojskowa wszczęła śledztwo, w
trakcie którego badano czy nie doszło do korupcji przy zakupie samolotów
oraz kwestie związane z wyborem dostawcy, zawarciem umowy i jej
aneksowaniem. Jak zakończyło się śledztwo w tej sprawie?
19.
Dlaczego zakupu samolotów CASA dokonano bez zastosowania procedury
przetargowej ?
20. Czy prawdą jest, że w roku 2001, gdy był
ministrem ON doszło do największej zapaści finansowej w wojsku polskim
po 1989 roku?
21. Czy prawdą jest, że to wówczas wydatki
majątkowe wynosiły 9,5% budżetu MON, zabrakło pieniędzy na żołd dla
żołnierzy, kolejka kadry oficerskiej czekającej na mieszkanie wzrosła do
17 tys. osób., a eksport uzbrojenia spadł do 20 mln dolarów rocznie?
22.
Czy prawdą jest, że w roku 2001 kwota 89 mln złotych, przeznaczona na
zakontraktowanie nowoczesnych systemów bezpiecznego lądowania, z powodu
kłopotów z negocjowaniem offsetu została niewykorzystana i zwrócona do
państwowej kasy, a tym samym nie zrealizowano umowy offsetowej i nie
wykonano zobowiązań wobec NATO?
23. Czy we wrześniu 2001 roku
podjął decyzję o przekazaniu kwoty 50 mln zł na rzecz jednej z nowo
powstałych spółek, z przeznaczeniem na zakup amfibii dla wojsk
lądowych? Jakiej spółce zostały przekazane te fundusze i czy zostały
zwrócone wojsku? Od kiedy spółka ta istniała na rynku i jakie miała
doświadczenie na rynku związanym z zaopatrywaniem wojska w
skomplikowany sprzęt, jakim jest amfibia? Jakie zabezpieczenia
finansowe przedstawiała ta spółka?
24. Z jaki przyczyn, w
ostatnich dniach urzędowania na stanowisku ministra ON w październiku
2001 r. wydał rozporządzenie o drastycznym obniżeniu zarobków żołnierzy
jednostki GROM (miesiąc po atakach terrorystycznych na Nowy Jork i
Waszyngton) ? Na skutej tej decyzji, w lutym 2003 r. odeszło z GROM
40 doskonale wyszkolonych żołnierzy (połowa składu jednostki). Koszt
wyszkolenia jednego komandosa z tej jednostki to dwa miliony złotych.
Osiągnięcie takiego poziomu wyszkolenia zajmuje 5 - 6 lat. Na emeryturę
odeszli wówczas żołnierze w wieku 34 - 38 lat.
25. Jakie były
koszty tej decyzji dla budżetu MON i czy miała ona związek z naciskami
generałów ze Sztabu Generalnego WP?
26. Dlaczego w roku 2001
nie unieważnił decyzji poprzedniego ministra ON o sprzedaży gruntów
Wojskowego Instytutu Medycznego do firmy Euro-Medical Lilianny Wejchert
(byłej żony współwłaściciela ITI) - choć wskazywano na szkodliwość tej
decyzji? W 2007 roku „Gazeta Polska” pisała: „w wyprowadzeniu gruntu
do Euro-Medicalu brał udział jego[Komorowskiego] zaufany człowiek,
wieloletni pracownik Agencji Mienia Wojskowego Krzysztof B. – szef
kampanii Komorowskiego do parlamentu w 2001. Według dokumentów, do
których dotarła „GP”, B. przejmował w imieniu AMW działkę przy ul.
Szaserów w Warszawie od Stołecznego Zarządu Infrastruktury MON.”
27.
Jakie związki łączyły Komorowskiego z Krzysztofem Bucholskim, radnym
Platformy Obywatelskiej w warszawskiej Białołęce, szefem kampanii
parlamentarnej Komorowskiego w roku 2001, a następnie szefem
warszawskiego oddziału Agencji Mienia Wojskowego, aresztowanym w lutym
2007 pod zarzutem korupcji? W sprawie zatrzymano 17 osób:
urzędników AMW, w tym Bucholskiego, oraz przedsiębiorców. Wszyscy
otrzymali zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, a
Bucholski ponadto o jej kierowanie
28. Czy zna płk. Henryka D -
byłego logistyka w 3. Warszawskiej Brygadzie Rakietowej, oskarżonego w
roku 2002 przez Prokuraturę Wojskową o korupcję, jaka miała miejsce w
jednostce wojskowej na Bemowie i z tego powodu wydalonego z wojska ?
29.
Czy to z poręczenia Komorowskiego Henryk D. – jeden z głównych
podejrzanych w aferze korupcyjnej w AMW w 2007 roku został dyrektorem
terenowego oddziału Agencji Mienia Wojskowego w Warszawie?
30.
Czy wiedział, że w 2004 roku płk. Aleksander L. przedstawiając się jako
rzecznik prywatnych interesów Bronisława Komorowskiego oferował
dziennikarzowi Leszkowi Misiakowi informacje o wypadku syna
Komorowskiego Piotra, potrąconego w Warszawie przez auto znanego
biznesmena? Czy jest mu wiadome: skąd Aleksander L. posiadał
szczegółową wiedzę o kulisach zdarzenia, skoro nie informowały o nim
media?
31. Skąd posiadał niejawną wiedzę na temat procesu
tworzenia nowych służb Wywiadu i Kontrwywiadu Wojskowego, gdy w
wypowiedzi dla „Trybuny” w dniu 02.02.2007 roku stwierdził: „Poza tym
tam się ciągle odbywa nabór nowych ludzi. Częściowo sa to pewnie agenci
ze starych służb. A reszta to pewnie studenci, harcerze itp. Zanim te
służby będą w stanie działać skutecznie, upłynie 10, 15, a może 20 lat” ? Twierdzenie
to jest zbieżne z tezą zawartą w sporządzonym rok później tzw. raporcie
płk. Grzegorza Reszki, o którym informowały media w dniu 20.02.2008
roku. Przekaz ten zawierał uwagę: „w SKW zatrudnieni zostali też dawni
harcerze i działacze partii, z którymi związany był Macierewicz.”
32.
Czy prawdą jest, że we wrześniu 2007 roku spotkał się z Jerzym G. –
byłym oficerem WSI, obecnie prezesem warszawskiej spółki zajmującej się
systemami telekomunikacyjnymi? Czy Jerzy G oferował mu zakup aneksu
do raportu i czy jest mu wiadome, że rozmówca nagrał treść tej rozmowy?
Jak podaje Leszek Szymowski w artykule „Polityczna prowokacja” –
„Najwyższy Czas” nr.25 (966) z 20 czerwca 2009r: „ ABW wszczęła
przeciwko Jerzemu G. śledztwo dotyczące jego udziału w nielegalnym
handlu bronią oraz przeszukała jego mieszkanie i biuro, poszukując
nagrania rozmowy z Komorowskim. Ponieważ nagrania nie znaleziono, sprawa
stanęła w miejscu”.
33. Dlaczego, w październiku 2007 roku,
mając możliwość złożenia wyjaśnień i ustosunkowania się do treści aneksu
odmówił stawienia się przed Komisją Weryfikacyjną WSI ?
34. Czy
spotykając się z płk. Aleksandrem L. miał wiedzę, że ten były szef
kontrwywiadu WSW jest rozpracowywany przez ABW na okoliczność kontaktów z
wywiadem rosyjskim?
35. Dlaczego przez ponad dwa tygodnie
ukrywał fakt spotkań z oficerami byłej WSI, którzy ofiarowali mu
zdobycie i dostarczenie tajnego aneksu do raportu o WSI?
36.
Dlaczego natychmiast nie powiadomił organów ścigania lub którejś ze
służb specjalnych, choć oficerowie ci mieli mu też oferować dowody na
domniemaną korupcję w komisji weryfikacyjnej? Zgodnie z art. 304 § 2
k.p.k.: „Instytucje państwowe i samorządowe, które w związku ze swą
działalnością dowiedziały się o popełnieniu przestępstwa ściganego z
urzędu, są obowiązane niezwłocznie zawiadomić o tym prokuratora lub
Policję (...)”.
37. Dlaczego, pełniąc obowiązki marszałka Sejmu
przystał na propozycję płk. Aleksandra L. nielegalnego uzyskania
informacji stanowiących tajemnicę państwową i umówił się z nim w
kwestii dalszych kontaktów? W dniu 27.07.2008r., składając zeznania w
Prokuraturze Krajowej w Warszawie w sprawie sygnatura akt PR-IV-X-Ds.
26/07 Bronisław Komorowski pod rygorem odpowiedzialności karnej zeznał:
„Ja wyraziłem wstępnie zainteresowanie jego propozycją. Umówiliśmy się,
że on odezwie się, gdy będzie miał możliwość dotarcia do tych
dokumentów”. Tym samym - pod pozorem zdobycia dowodów popełnienia
przestępstwa przekroczył swoje uprawnienia i mógł naruszyć normę art.
231 § 1 kk, zastępując powołane do tego służby i organy państwowe, takie
jak prokuratura lub Policja. Mógł także nakłaniać do popełnienia
przestępstwa z art. 265 § 1 kk (gdyż dalsza część aneksu do raportu o
WSI miała dopiero zostać zdobyta przez płk. Aleksandra L. i mu
przekazana), działając przy tym na szkodę interesu publicznego, jaką
spowodowałoby ujawnienie tajemnicy państwowej, czym mógł wyczerpać
znamiona art. 18 § 1 i 2 kk.
38. Z jakimi jeszcze oficerami
WSW/WSI (poza płk. Aleksandrem L. i płk. Leszkiem Tobiaszem) spotykał
się w okresie od października do grudnia 2007 roku?
39. Czy jest
mu wiadome, by jego wieloletni współpracownik z czasów, gdy był
ministrem obrony narodowej gen. Józef Buczyński spotykał się z byłymi
oficerami WSI w sprawie aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI ?
40.
Czy spotkania te były realizowane na polecenie Komorowskiego?
41.
Z jakiego powodu nie zawiadomił "o prowokacyjnych działaniach oficerów
WSI" ówczesnego szefa komisji weryfikacyjnej premiera Jana Olszewskiego?
42.
Z jakiego powodu w lutym 2008 roku stwierdził: „muszę zobaczyć aneks
przed publikacją” i jakimi informacjami, potencjalnie zawartymi w
aneksie był osobiście zainteresowany? (wypowiedź Komorowskiego dla
prasy z 05.02.2008r.)
43. Dlaczego w dniu 27.07.2008r.,
składając zeznania w Prokuraturze Krajowej w Warszawie w sprawie syg.
akt PR-IV-X-Ds. 26/07 zataił istotną informację mogącą świadczyć, że
działając wspólnie i w porozumieniu z Krzysztofem Bondarykiem (Szefem
Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego), Grzegorzem Reszką (p.o. Szefa
Służby Kontrwywiadu Wojskowego), Pawłem Grasiem (zastępcą
przewodniczącego sejmowej komisji ds. Służb Specjalnych) oraz płk.
Leszkiem Tobiaszem (negatywnie zweryfikowanym oficerem b. Wojskowych
Służb Informacyjnych) mógł starać się zdyskredytować członków Komisji
Weryfikacyjnej kierując na nich podejrzenie o przestępstwo korupcji? Jak
zeznał płk.Leszek Tobiasz, na początku listopada 2007 r. doszło do jego
spotkania z w/w osobami, a na spotkaniu poczyniono ustalenia w
zakresie postępowania z członkami Komisji Weryfikacyjnej. Biorąc pod
uwagę dalsze zdarzenia w zakresie szeroko zakrojonych działań wobec
członków Komisji i jej pracowników można stwierdzić, iż poczynione
ustalenia były realizowane przy udziale płk. Leszka Tobiasza, jako
jedynego świadka w śledztwie w sprawie domniemanej korupcji w Komisji
Weryfikacyjnej. Poseł Paweł Graś oraz płk Leszek Tobiasz (jak wynika
z informacji prasowych) zeznali, iż takie spotkanie miało miejsce. Fakt
ten nie pojawił się natomiast w zeznaniach Bronisława Komorowskiego.
44.
Dlaczego w swoich zeznaniach w dniu 27.07.2008r., złożonych w
Prokuraturze Krajowej w Warszawie w sprawie sygnatura akt PR-IV-X-Ds.
26/07 zataił informację o rzeczywistych kontaktach płk Leszka Tobiasza z
ABW twierdząc, iż płk Tobiasz stawił się do dyspozycji ABW w grudniu
2007 r., natomiast sam płk. Tobiasz oraz poseł Paweł Graś twierdzą, iż
pierwsze spotkanie z ABW miało miejsce na początku listopada 2007 r.? Jak
donosiła prasa („Nasz Dziennik, 13 października 2008 r., nr 240) z
zeznań płk Leszka Tobiasza wynika, iż spotykał się z Bronisławem
Komorowskim ponad miesiąc wcześniej niż podawał to marszałek.
45.
Dlaczego w swoich zeznaniach w dniu 27.07.2008r., złożonych w
Prokuraturze Krajowej w Warszawie w sprawie sygnatura akt
PR-IV-X-Ds.26/07 podał nieprawdziwą informację w kwestii terminu i
okoliczności poznania płk Leszka Tobiasza zeznając: „po kilku dniach
pani Jadwiga Zakrzewska, poseł PO, przekazała mi, że chce się ze mną
spotkać pułkownik z WSI, który jest jej sąsiadem” podczas gdy posłanka
Jadwiga Zakrzewska zaprzeczyła tej informacji ?
46. Dlaczego w
swoich zeznaniach w dniu 27.07.2008r., złożonych w Prokuraturze Krajowej
w Warszawie w sprawie sygnatura akt PR-IV-X-Ds. 26/07 pod rygorem
odpowiedzialności karnej zeznał: „nazwisko Wojciecha Sumlińskiego
kojarzę jedynie z prasy. Nie znam go osobiście”, podczas gdy w
listopadzie 2008 roku Wojciech Sumliński składając wyjaśnienia przed
sejmową komisją ds. służb specjalnych oświadczył, że spotykał się
wielokrotnie z Komorowskim w roku 2007, a tematem ich rozmów był
przygotowywany dla programu „30 minut" w TVP Info materiał o Fundacji
Pro Civili?
47. Czy może potwierdzić lub zaprzeczyć, że w roku
2007 spotykał się z dziennikarzem Wojciechem Sumlińskim, a tematem ich
rozmowy była m.in. działalność Fundacji Pro Civili ?
48.
Dlaczego, podczas wywiadu dla programu I PR w dniu 1.08.2008 roku,
odpowiadając na pytanie o treść zeznań w Prokuraturze Krajowej i
znajomość z Wojciechem Sumlińskim stwierdził nieprawdę mówiąc: „o panu
Sumlińskim nic nie wiem, chyba nie znałem tego pana, więc moje zeznania
dotyczyły byłego czy pułkownika dawnych służb komunistycznych.”?
49.
Czy prawdą jest, że podczas spotkania z płk. Leszkiem Tobiaszem
jesienią 2007 roku obiecywał rozmówcy, że po zeznaniach obciążających
Wojciecha Sumlińskiego pomoże mu załatwić posadę attache wojskowego w
Tadżykistanie, a po skończeniu tej rozmowy płk. Tobiasz został
przewieziony do siedziby ABW służbowym samochodem Agencji oddanym do
dyspozycji jej szefostwa i złożył tam zeznania?
50. Czy po
objęciu stanowiska p.o. prezydenta zapoznał się z treścią Uzupełnienia
nr 1 do Raportu Przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej, tj. tzw. aneksu
do raportu o WSI ?
Pytania
są zamieszczone zgodnie z porządkiem chronologicznym.
Aleksander
Ścios
http://bezdekretu.blogspot.com/2010/05/pytania-do-kandydata-komorowskiego-cz1.html http://bezdekretu.blogspot.com/2010/05/pytania-do-kandydata-komorowskiego.html http://cogito.salon24.pl/77702,afera-marszalkowa-2
http://cogito.salon24.pl/77703,afera-marszalkowa-3 http://cogito.salon24.pl/162290,czego-sie-boi-bronislaw-k-1 http://cogito.salon24.pl/164849,czego-sie-boi-bronislaw-k-3 http://cogito.salon24.pl/168450,czego-sie-boi-bronislaw-k-4 http://cogito.salon24.pl/160905,szpak-czyli-weryfikacja-komorowskiego http://cogito.salon24.pl/175471,wszyscy-ludzie-bronislawa-k
http://www.raport-wsi.info/ http://www.wsi.emulelinki.com/untitled5.htm
http://cogito.salon24.pl/77701,afera-marszalkowa-1 http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,3891772.html http://wyborcza.pl/1,76842,4944189.html http://cogito.salon24.pl/77704,afera-marszalkowa-4 http://orka.sejm.gov.pl/Druki6ka.nsf/wgdruku/1402 http://cogito.salon24.pl/77714,protokol-przesluchania-przez-prokurature-bronislawa-komorowskieg
|
|
|
niszczenie rodziny
|
|
Fronda.pl.: Jaki władzę mają w Szwecji pracownicy socjalni?
Ruby Harrold-Claesson*: Mają dużo władzy a mało kompetencji
potrzebnych do wykonywania tego zawodu. Mają prawo zabrać dziecko, bez
oczekiwania na decyzję sądu.M mówią, że to zabierają dziecko z powodów,
by go uratować. Ale często nie ma zupełnie żadnych powodów, ku temu.
Najczęściej się zdarza tak, że jak już raz zabiorą dziecko, to już na
zawsze. Nie oddają go nigdy dobrowolnie. A kiedy zabierają dziec
rodzicom, one zawsze przeżywają traumę.
Czy prawo precyzuje w jakich przypadkach pracownik socjalny
może zabrać dziecko?
Oczywiście są sprecyzowane przypadki w ustawie. Ale jest także
stwierdzenie, które mówi, że „również we wszystkich innych pozostałych
przypadkach”. Pod taki zapis można wszystko podciągnąć, wytłumaczyć
każdą interwencję.
A z drugiej strony, jaki status mają w Szwecji rodzice?
Rodzicie w Szwecji nie mają żadnych praw. Samo słowo „rodzice” już
nie istnieje w szwedzkim prawie. Mówi się o „opiekunach” dziecka. W
innych krajach mówi się jeszcze o rodzicach, o matce i ojcu. W szwedzkim
kodeksie cywilnym jest napisane, że dziecko ma prawo do szacunku, do
swojej osobowości i nie wolno go traktować w sposób upokarzający. Nie
wolno go również nigdy uderzyć, bez względu na to, co złego zrobiło.
Nie mówi się dzieciom, że mają być posłuszne swoim rodzicom i wyrażać
wobec nich szacunek. To nie istnieje w ogóle w sposobie myślenia. Mówi
się dzieciom w przedszkolach i szkołach podstawowych, że rodzice nie
mają prawa im dać klapsa, przeszkadzać im. Nawet już w żłobkach uczy się
3-letnie dzieci, że mogą powiedzieć do swoich „opiekunów”: ja mogę cię
uderzyć, ale ty mnie nie.
Jak reagują na to wszystko rodzice? Przyzwyczaili się już?
Są zobligowani do przechodzenia do porządku dziennego wobec takiej
sytuacji, pod groźbą więzienia czy zabrania im dzieci. PO prostu,
problemem w Szwecji jest to, że ciągle się mówi dzieciom jakie mają
prawa. Nie mówi się im o żadnych obowiązkach czy odpowiedzialności.
Dodatkowo zachęca się dzieci do zaskarżania swoich rodziców. Ale nikt im
nie mówi, jakie będą tego konsekwencje.
Powiedziała Pani, że słowo „rodzice” już nie istnieje, a
słowa dyscyplina, wychowanie, są znane?
A co to jest? Oni nie znają takich słów. Dyscyplina to jest
krzywdzenie, złe obchodzenie się z dzieckiem. Klaps to jest przemoc
wobec dziecka. Podobnie jak uderzenie w dłoń.
A podniesiony głos?
Tak samo. To upokarza dziecko. Tylko, że trzyletnie dziecko nie wie,
co to jest upokorzenie, ono tego jeszcze nie rozumie. Ale bardzo dobrze
rozumie, co do niego mówi ojciec, gdy chce mu zwrócić uwagę, czegoś
nauczyć czy wyegzekwować.
Nie jest natomiast upokarzające dla dziecka znalezienie się pośród
ludzi, których dziecko nie zna, obcych, których nigdy wcześniej nie
widziało. Widywanie się z rodzicami raz na pięć tygodni na godzinę i to w
dodatku pod nadzorem innych ludzi.
Jak to się stało, że zaangażowała się pani w działalność w
komitecie obrony praw człowieka? Z powodów osobistych?
Nie. W 1988 roku usłyszałam w radiu informację o procesie przeciwko
ojcu. To był pierwszy przypadek oskarżenia, od kiedy wprowadzono ustawę
zakazującą dawania klapsów. Usłyszałam w radio, że ojciec dał klapsa
swojemu synowi. Chłopiec miał 12 lat. Wsiadł na rower biorąc na tylne
siedzenie swojego młodszego brata. Wcześniej, ojciec wielokrotnie mu
powtarzał, żeby nigdy tego nie robił, ponieważ młodszy brat może włożyć
stopy w szprychy. Starszy brat uparł się i postawił na swoim.
Stało się to, co przewidywał ojciec. Zdarzył się wypadek, mały włożył
nogi w szprychy, rower się przewrócił i rodzice spędzili cały dzień w
szpitalu z młodszym synem, który miał oczywiście zranioną stopę. Po
przyjściu do domu ojciec dał klapsa starszemu synowi za karę, że go nie
posłuchał. Syn poszedł do kolegi z sąsiedztwa i opowiedział mu, co się
stało. Ten z kolei opowiedział wszystko swojej mamie. Jego mama była
pielęgniarką i zwolenniczką panującej ideologii ochrony dzieci przed
przemocą i złożyła skargę na swojego sąsiada, za to, że dał klapsa
synowi.
Dziwne, że rodzice nie są solidarni wobec tego
dyskryminującego ich prawa.
Ale ona chciała chronić dziecko przed złym traktowaniem ojca. Prawo
zakazujące klapsów zostało przedstawione jako mające chronić dziecko. A
przecież wszyscy chcą chronić dzieci.
To, co się wyczynia to jest całkowita destrukcja tych dzieci. Są
straumatyzowane z powodu separacji od rodziców. Całe ich dotychczasowe
życie jest zupełnie przewrócone do góry nogami.
Ale jak to się stało, że Pani się zaangażowała w obronę praw
rodziców?
Sytuacja, o której usłyszałam w radio bardzo mnie zdenerwowała. Ja
pochodzę z Jamajki i wiem, że rodzice mają prawa. Na Jamajce jeśli
dziecko poszłoby się pożalić do sąsiada, to ten by przyszedł do jego
rodziców i powiedział, że dziecko się żali, może mu czegoś brakuje.
Słuchając audycji w Szwecji byłam zdziwiona, że coś takiego może się w
ogóle dziać. Kończyłam studia we Francji i kiedy przyjechałam do
Szwecji, musiałam no nowo zrobić dyplom. Od samego początku najbardziej
interesowała mnie ta ustawa. Pewnego razu zostałam zaproszona przez
organizację broniącą praw rodziców i rodziny. Wówczas jej przewodnicząca
opowiedziała mi najnowszą historię, którą się zajmują. I to była moja
pierwsza sprawa, którą się zajęłam jako szwedzka adwokat. Kiedy
zobaczyłam jak się postępuje w tego typu przypadkach, byłam bardzo
zdziwiona. Prawo to zostało przedstawione jako korzystne dla dziecka.
Nie zajmowano się problemami, jakie może spowodować zabranie dziecka
rodzicom.
W międzyczasie, w 1988 roku, moja koleżanka Siv Westerberg wygrała
proces w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu przeciwko
państwu szwedzkiemu w sprawie zwanej Olsson. Zabrano rodzicom dzieci i
umieszczono je w rodzinach zastępczych, bo, według opieki społecznej,
nie byli zbyt inteligentni.
W mojej sprawie, zmusiłam adwokata dziecka do poznania tego dziecka,
do poznania jego rodziny, ponieważ on mówił wszystko to, co opiekuni
społeczni wcześniej, że dziecko trzeba umieścić w rodzinie zastępczej.
Lecz kiedy zobaczył matkę i dziecko razem stwierdził, że nie ma
potrzeby oddawania go do rodziny zastępczej.
Jego decyzja była taka nadzwyczajna? Adwokaci nie mają w
zwyczaju dociekania, zadawania pytań?
Nie. Zazwyczaj adwokaci są przedłużeniem ręki opiekunki społecznej.
To jest najłatwiejszy sposób na zarabianie pieniędzy. Oni nie muszą nic
robić. Oczywiście jest proces i wszystko odbywa się zgodnie z prawem,
ale adwokaci przedstawiają argumenty opieki społecznej. W taki sposób
zarabiają pieniądze nic nie robiąc.
Takie procesy prowadzi się już automatycznie?
Tak i to jest dobry biznes. To wszystko mnie bulwersuje jako prawnika
i również jako prawnik cierpię z tego powodu. Ja reprezentuję prawa
moich klientów, prawa dzieci do swoich rodziców, prawa człowieka.
Szwecja podpisała i ratyfikowała wszystkie traktaty międzynarodowe,
dlatego powinna ich przestrzegać. Ale państwo tego nie przestrzega. To
tak jak z ZSRS. Wszystko się podpisywało, ale niczego się nie
respektowało. Dlatego spotykają mnie w Szwecji różne przykrości i
trudności. Jestem nielubiana, ponieważ zadaję kwestionujące system
pytania i pracuję przeciwko systemowi. Jest się albo za systemem, albo
przeciwko niemu. Tych, którzy są przeciwko próbuje się uciszyć, mnie
próbuje się uciszyć pomawiając, że jestem za krzywdzeniem dzieci, bo
twierdzę, że klaps nie robi dziecku krzywdy.
Może z dzieckiem trzeba przede wszystkim rozmawiać i
tłumaczyć mu.
Dzieci nie robią sobie nic z naszych słów. W telewizji był kiedyś
reportaż, w którym o krzywdzenie dziecka oskarżyła policjanta jego
córka. On wtedy zapytał, czy jak widzimy dziecko, które zaraz wpadnie
pod samochód, to czy mamy prawo je złapać i uratować, mimo że nie chce
nas słuchać, ponieważ jest w niebezpieczeństwie. Odpowiedziano mu, że
może odepchnąć siłą dziecko, ale później musi je za to przeprosić.
Czy w Szwecji nie ma partii politycznej czy wpływowego
środowiska, które poddawałoby w wątpliwość te prawa? Czy po 20 , 30
latach nikt nie zauważył, jakie są konsekwencje takiej polityki?
Nie ma. Prawo to zostało przyjęte w dramatycznej sytuacji, na fali
szoku wywołanego głośnym przypadkiem córki pobitej przez ojca na śmierć.
Ale do takich skrajnych przypadków przemocy w rodzinie wciąż dochodzi!
Prawo tego nie rozwiązało! Natomiast to, co udało się wprowadzić
ustawodawcom, to zrobienie z normalnych rodziców kryminalistów. Z
normalnych rodziców, którzy chcą jedynie wychowywać swoje dzieci.
Dzieci w Szwecji plują swoim rodzicom w twarz, kopią ich, przeklinają
ich, po prostu biją ich. I rodzice nie mogą nic zrobić.
Nie ma jeszcze stowarzyszeń rodziców bitych przez dzieci i
dyskryminowanych przez państwo?
Nie ma. Był w 2006 roku przypadek, kiedy 14-letnia córka napluła w
twarz swojemu ojczymowi. Chciała kupić jakieś dvd a ojczym jej na to nie
pozwolił, mówiąc, że nie ma takiej potrzeby. Obraziła się więc i
napluła mu w twarz. On ją wtedy uderzył w twarz i popchnął ją tak, że
upadła w śnieg. Ktoś widział scenę i wniósł skargę przeciwko ojcu. Ale w
trybunale ojciec został uwolniony od zarzutów, ponieważ oskarżyciel
powiedział, że ta dziewczyna powinna być lepiej wychowana i nie może
zachowywać się w ten sposób. Organizacja broniące dzieci były wściekłe,
bo nie wolno nigdy uderzyć dziecka. W tym wypadku dziewczyny
14,15-letniej.
W Szwecji dziewczęta w tym wieku są już często po rozpoczęciu życia
seksualnego - do inicjacji dochodzi nawet w wieku 12 lat. Ale jeśli o to
chodzi, to wspomniane organizacje nie mają nic przeciw, nawet jeśli
prawo mówi, że nie wolno rozpoczynać współżycia seksualnego przed 15
rokiem życia.
Ale dla organizacji ochrony praw dzieci 14-latka, które pluje w twarz
ojczymowi, to jeszcze dzidziuś. Jest tyle nadużyć, kłamstw i
hipokryzji...
Czy naprawdę jest aż tak źle?
Konsekwencje społeczne prowadzonej od wielu już lat polityki ochrony
dzieci są ogromne. Np. w społeczeństwach normalnych, kiedy wchodzimy do
autobusu czy pociągu, dzieci nie szturchają starszych osób, natomiast
dzieci w Szwecji nie mają szacunku dla nikogo. Widok w autobusach jest
taki, że dzieci siedzą, a starsze osoby stoją. Dorośli nie mają odwagi
zwracać dzieciom uwagi. Dziecko beztrosko rozbija butelkę na ulicy i
ludzie w ogóle nie reagują, jak gdyby nic się nie stało. W Szwecji jest
prawo, które zakazuje noszenia noży w miejscach publicznych, ale
większość młodych jest w nie uzbrojona. Podobnie z narkotykami, nikt nie
zwraca na nie uwagi. Skoro nawet rodzice nie mają odwagi zwracać uwagi
swoim dzieciom. Rodzic nie ma prawa nawet odesłać dziecka do jego
pokoju.
Bo to już przemoc psychiczna?
I fizyczna! Bo dziecko jest odseparowane od towarzystwa swoich
rodziców. Ale kiedy opieka społeczna zabiera dzieci do rodzin
zastępczych to nie jest przemoc? Jakie proporcje są tutaj zachowane? Oni
nie rozumieją tego, że to co robią tym dzieciom, to jest dopiero
przemoc! Oni nie chcą, żeby w rodzinach były napięte sytuacje, ale tego
wszystkiego nie da się nawet porównać z administracyjną przemocą.
Gdzie trafiają dzieci zabrane rodzicom? Publiczne palcówki,
rodziny zastępcze, adopcja?
Dzieci trafiają do rodzin zastępczych. Są także nielegalne adopcje,
kiedy dzieci zabiera się samotnym matkom i daje bezdzietnym parom.
Przeważnie są to szwedzkie, białe dzieci, żeby nie różniły się od
adoptującej je rodziny.
Dzieci w rodzinach zastępczych są utrzymywane przez państwo. Taka
rodzina nie ponosi absolutnie żadnych kosztów związanych z utrzymaniem
dziecka. Kobiety często nie pracują zawodowo, bo bycie matką zastępczą,
to dobrze płatny zawód. Ale przecież nikt się nimi nie zajmuje cały
dzień, one chodzą przecież do żłobków, przedszkoli. To jest więc duży
biznes. Często pracownik socjalny ma pewne powiązania z rodziną
zastępczą.
Państwo jeszcze nie zbankrutowało z tego powodu?
W ciągu roku zabieranych jest ok. 20 tysięcy dzieci. Na ich
utrzymanie idą pieniądze z wysokich podatków.
Czy są przypadki rodzin, którym udało się wygrać i odzyskać
dziecko czy dzieci?
Mi samej udało się wygrać w przeciągu ponad 20 lat pracy 49 takich
spraw, mam również kolegów, którym też udawało się wygrać. Myślę, że
dla władzy te nieliczne przypadki to jakby kwiatek do kożucha.
Większość rodziców, których praw do ich własnych dzieci broniłam
przed sądami, po odzyskaniu dzieci opuściło Szwecję. Od samego początku,
kiedy pojawiały się problemy z opieką społeczną, powtarzałam im, że
jeśli tylko mają możliwość, to niech wyjeżdżają ze Szwecji... jak
najszybciej.
Często są to rodzice, z których jedno jest obcokrajowcem. Rozmawiałam
w poniedziałek z Żydówką, która zaczynała mieć problemy z opieką
społeczną. Powiedziałam jej, że jak ma gdzie, niech wyjeżdża jak
najszybciej. Była zdziwiona moją radą i powiedziała, że się zastanowi. W
piątek zadzwoniła do mnie już z Izraela. Zrozumiała, że to była jedyna
rzecz którą można było zrobić w takiej sytuacji.
A szwedzcy rodzice?
Też uciekają. W 2004 roku udało mi się uratować dziecko wraz z matką,
znaleźli schronienie we Francji i nadal tam mieszkają. To była rodzina
z siedmiorgiem dzieci, co się w Szwecji już bardzo rzadko zdarza.
Matka była adoptowanym dzieckiem i zawsze chciała mieć liczną rodzinę.
Siódemka dzieci urodziła się między 1990 a 1999 rokiem, ojca oskarżono o
złe traktowanie dzieci.
Kiedy przyszli do mnie, matka była w ciąży z ósmym dzieckiem, a
ojciec był już uniewinniony przez sąd. Jednak w momencie, kiedy go
wcześniej oskarżono zabrano im całą siódemkę dzieci, mimo iż matka nie
była o nic oskarżona! Kiedy u mnie byli powiedziałam jej, że jeśli chce
uratować to ósme dziecko musi zniknąć, w taki czy inny sposób, ze
Szwecji. Ponieważ jako dziecko spędziła kilka lat we Francji i znała
ten język, to zdecydowała się wyjechać do Francji.
A co się stało z mężem i siódemką dzieci?
On musiał zostać w Szwecji, by móc odwiedzać swoje dzieci w trzech
różnych rodzinach zastępczych. Dzieci zabrało państwo, rodzina została
zniszczona.
Tzw. ustawa przeciwko przemocy w rodzinie, która została
przegłosowana w polskim parlamencie, ale jeszcze nie jest podpisana
przez prezydenta, ma na celu chronić dzieci z rodzin patologicznych.
Cel podobny jak w Szwecji. Skutki mogą być też podobne?
Szwedzka rodzina jest zupełnie zniszczona przez tą ustawę. Dzieci są
zachęcane, by donosić i skarżyć rodziców. Pewien ojciec opowiadał mi,
że oskarżyła go córka, ale pod naciskiem nauczycielki, że rzekomo
ojciec ją bije.
Dlaczego nauczycielka to zrobiła?
Bo chciała chronić dziecko! Być może widziała w tym możliwość wzięcia
dziecka do siebie, bo jak już wcześniej powiedziałam, jest to zawód
bardzo dobrze płatny. Szwedzki budżet przeznacza 30 miliardów koron
szwedzkich na sektor socjalny.
Kto był w Szwecji inicjatorem ustawy z 1979 roku zakazującej
klapsów?
Inicjatorem byli komuniści i socjaliści, ale ostatecznie przeważyły
głosy liberałów.
Od tego czasu opiekunki społeczne uzyskały prawo do
zabierania dzieci?
Nie. Taka możliwość istniała już wcześniej. Ale rok później, w 1980
roku wprowadzono ustawę, która poszerzała kompetencje pracownika
socjalnego w tym zakresie. Dodatkowo odbyła się olbrzymia rekrutacja do
sektora socjalnego, przede wszystkim kobiet. To jest ich praca i one
chcą zarabiać jak najwięcej pieniędzy. W Szwecji na 9 milionów
mieszkańców 330 tysięcy to pracownicy socjalni. Stasi w Niemczech
Wschodnich miało o wiele mniej urzędników.
To wszystko o czym pani opowiada brzmi jak opowieści z
państw totalitarnych.
To wszystko jest po to, by kierować ludźmi. W Szwecji socjalizm
opanował na tyle umysły, że szwedzcy konserwatyści są bardziej
socjalistyczni niż socjaliści np. w Niemczech. W Szwecji przez dekady
odbyło się takie pranie mózgów, że niemal wszyscy ludzie są już
zindoktrynowani. Rzeczywistość jest inaczej postrzegana. W Paryżu były
ostatnio np. blokady ponad tysiąca traktorzystów, w Szwecji jest to nie
do pomyślenia.
Nie ma strajków w Szwecji?
Już dawno nikt nie strajkował.
Może wszyscy są zadowoleni z tego jak jest?
Nie, ludzie po prostu zaciskają zęby, ale nie mają odwagi.
To jak w państwach totalitarnych? Ale przecież w Szwecji są
wolne wybory, wolna prasa...
Wszyscy się boją. Ale nie policji czy wojska, ale właśnie
pracowników socjalnych, ponieważ oni mogą zabrać dzieci i zniszczyć
rodzinę.
Na koniec chciałabym opowiedzieć o przypadku, którym się zajmuję od
lutego. To zdarzyło się 25 czerwca ubiegłego roku. Małżeństwo, w którym
żona pochodziła z Indii, a mąż był Szwedem, postanowiło wyjechać do
Indii. Oboje pracowali na uniwersytecie i on chciał współpracować z
krajem pochodzenie swojej żony. Ich 7-letni syn Dominik miała zacząć
skolaryzację już w Indiach. Rodzicie zdecydowali, że przed wyjazdem
Dominik nie będzie podejmował nauki w szkole, by później nie było mu
ciężej rozstawiać się z kolegami i nauczycielką. Poinformowali
odpowiednie władze o swojej decyzji.
Byli już w samolocie do Indii, przeszli przez odprawę i załatwili
wszelkie formalności, gdy wpadła uzbrojona policja i zabrała im syna.
Rodzice byli zmuszeni opuścić samolot. To opiekunki społeczne
poinformowały policję, że wyjeżdżają ze Szwecji.
Dlaczego?
No właśnie. Do tej pory nie mogę tego zrozumieć. Europejska konwencja
praw człowieka zawiera protokół dodatkowy 4 art. 2, mówi o „wolności
poruszania się”. Ale tej rodzinie nie pozwolono wyjechać. Zabrano im
dziecko do rodziny zastępczej i rodzice mogą je widywać raz na pięć
tygodni na godzinę. Chłopiec przeszedł pranie mózgu i po siedmiu
miesiącach na rodziców zastępczych woła już mama i tata. Zanim do nich
trafił przebywał w tzw. domu tymczasowym.
Matka, młoda kobieta, miała już wiele kryzysów, w tym dwa zawały
serca. Przeszli już przez sąd administracyjny, apelację, najwyższy sąd
administracyjny a teraz złożyli skargę do Strasburga.
Po co Pani przyjechała do Polski?
Zaproszono mnie, by opowiedzieć wam, co się dzieje w Szwecji, w
nadziei, że to wpłynie na zmianę zdania polskich polityków. To, co się
dzieje z dziećmi w Szwecji, kosztuje poza wszystkim bardzo dużo
pieniędzy. Procesy, adwokaci, rodziny zastępcze – to wszystko opłaca
podatnik. Ponadto, kiedy się zniszczy dziecko, kiedy jest małe, trzeba
się później nim specjalnie opiekować, a to też kosztuje
14 stycznia tego roku został przedstawiony raport dotyczący złego
traktowania dzieci. W 2005 roku powołano komisję do zbadania tego, co
się stało z dziećmi wychowywanymi w domach dziecka między 1930 a 1980
rokiem. Przesłuchano 500 osób, wszyscy mówili, że cierpieli. Brak
ciepła, czułości, rodzicielskiej miłości.
To tak jak w przypadku Dominika.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Magdalena Romaniuk
* Ruby Harrold-Claesson, prezes Skandynawskiego Komitetu Praw
Człowieka ds. Ochrony Praw Rodziny.
|
|
|
Bronisław Komorowski
|
Piotr Szubarczyk 09.05.2010 http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100508&typ=my&id=my01.txt
Wykonujący czasowo obowiązki prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej poseł Platformy Obywatelskiej, marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, leci dziś do Moskwy na paradę zwycięstwa z okazji zakończenia II wojny światowej. Będzie tam występował jako głowa państwa polskiego.
Na pokład rządowego samolotu marszałek Komorowski zabiera Wojciecha Jaruzelskiego, ostatniego sowieckiego namiestnika na Polskę, oskarżonego o sprawstwo kierownicze masakry grudniowej 1970 r., jednego z dziewięciu oskarżonych przez IPN inicjatorów i wykonawców nielegalnego stanu wojennego w Polsce. Jako głowa państwa Bronisław Komorowski będzie go "autoryzował" w roli zasłużonego kombatanta II wojny światowej. Nieznane są bohaterskie czyny Jaruzelskiego na frontach II wojny światowej, znana jest natomiast jego wieloletnia służba dla imperium zła, za którą został odznaczony Orderem Lenina. Niezrozumiałym decyzjom pana marszałka, poprzedzonym zamachem na Instytut Pamięci Narodowej jako kreatora polskiej polityki historycznej, towarzyszy w ostatnich dniach histeryczna, bezprecedensowa akcja wmawiania Polakom, że groby sowieckich żołnierzy z czasów II wojny światowej są w Polsce zaniedbane i wymagają natychmiastowego "odnowienia". Do tej akcji wykorzystano pochopną i nieprzemyślaną wypowiedź metropolity lubelskiego ks. abp. Józefa Życińskiego, który już 19 kwietnia zaapelował za pośrednictwem "Gazety Wyborczej", by "odwdzięczyć się Rosji i Rosjanom za postawę po katastrofie pod Smoleńskiem". Jak? "Odnawiając groby rosyjskich żołnierzy, znajdujące się w Polsce". Myśleliśmy wtedy, że ten apel - tak niemądry - nie będzie wznawiany. Usprawiedliwialiśmy go emocjami, którym często ulega ksiądz arcybiskup znany w pewnych kręgach głównie jako publicysta "Gazety Wyborczej". Apel niemądry, bo po pierwsze: za co mamy się "odwdzięczyć Rosji"? Za insynuacje - w pół godziny po upadku samolotu - że nasi piloci nie umieją latać i nie rozumieją po rosyjsku? Za sprzeczne doniesienia o przebiegu śledztwa? Za nieprzekazane do dziś czarne skrzynki samolotu? Za ukrywanie szczegółów śledztwa, które ze względu na charakter tragedii powinno się toczyć przy podniesionej kurtynie, na oczach całego świata? "Byłoby pięknym znakiem szacunku wobec Rosjan, gdyby na rocznicę zakończenia II wojny światowej młodzież zatroszczyła się o te groby żołnierzy rosyjskich, które znajdują się na naszych terenach". I tu następne głupstwa: to nie są groby "rosyjskie", lecz rosyjskie, ukraińskie, polskie, białoruskie, litewskie, łotewskie, kazachskie i tylko Pan Bóg jeden wie, jakie jeszcze. To są groby młodych ludzi reprezentujących różne narody, zniewolone w granicach zbrodniczego Związku Sowieckiego. Także groby młodych Polaków "spaszportyzowanych" i przymusowo wcielonych do Armii Czerwonej po zaanektowaniu naszych wschodnich Kresów przez Sowiety we wrześniu 1939 roku. Gdzieś wśród tych "żołnierzy radzieckich" leżą młodzi Polacy wywiezieni w dzieciństwie w głąb Związku Sowieckiego, którym rodzice poumierali na głodowym zesłaniu, a oni nie zdążyli ani do Andersa, ani nawet do Berlinga. Leżą młodzi akowcy z Kresów, na których urządzano po lasach łapanki od początku 1944 roku. Jeśli hierarcha miałby apelować w sprawie tych grobów, a raczej cmentarzy - utrzymywanych od lat w dobrym stanie ze środków budżetu państwa polskiego (w budżetowej nomenklaturze jest to tzw. grobownictwo wojenne) - to apel powinien dotyczyć raczej symboliki tych cmentarzy. Przecież tam nie leżą sami ateusze! Tam nie leżą sami wyznawcy zbrodniczej czerwonej gwiazdy, która postawiła sobie za cel zabicie Boga! Trzeba by więc apelować raczej o wprowadzenie na te cmentarze znaków obecności Boga - zwłaszcza znaków chrześcijańskich - a nie odnawianie symboli zła! Jak miałoby zresztą wyglądać "odnawianie grobów rosyjskich żołnierzy"? Jako staranne odmalowywanie przez polskich wolontariuszy, głównie młodzież, nienawistnych czerwonych gwiazd - symboli agresji bolszewickiej na niepodległą Rzeczpospolitą w roku 1920 i agresji sowieckiej w roku 1939? Symboli zbrodni katyńskiej i wielu innych zbrodni na Polakach - zarówno czasu "pokoju" ("wielka czystka" lat 30.), jak i czasu wojny, podczas której ta czerwona gwiazda bratała się "na trupie Polski" z czarnym hakenkreutzem? Gdy widniała na bramach sowieckich obozów "pracy", czyli zagłady, tuż obok szyderczego napisu "czierez trud k oswobożdieniju" (przez pracę do wolności...)? Proszę więc zaapelować w imię polsko-rosyjskiego pojednania o zmianę tej symboliki, by nie raniła naszych uczuć. To już teraz staje się problemem, który stopniowo narasta. W Chojnicach grupa światłych ludzi zwróciła się do władz miasta, by usunąć czerwone sowieckie gwiazdy z zewnętrznej części płotu cmentarnego, ponieważ obrażają one uczucia rodzin ofiar sowieckich. Miasto odpowiedziało, że tak nie można zrobić ze względu na stosunki z Rosją! W Tczewie ktoś zamalował farbą czerwone gwiazdy na pomniku sowieckich żołnierzy poległych w walkach z Niemcami wiosną 1945 roku. Nie sadzę, by byli to "chuligani". Konsul rosyjski w Gdańsku wyraził nadzieję, że "sprawcy zostaną ukarani"! Będziemy karani, na naszej ziemi, za naruszenie symbolu zła! Nie trzeba w Polsce apelować o szacunek dla grobów. Trzeba je tylko uczłowieczyć! Dziś ludzie boją się po prostu wchodzić na te cmentarze. Apel księdza arcybiskupa podjęło środowisko "Gazety Wyborczej". Lista sygnatariuszy, rzeczników "solidarności" i "pojednania" zapiera dech w piersiach. Są tu zwykli konformiści, którzy wiedzą, że "tak nada", jeśli się chce pozostać na salonach. Są też jednak - wśród najstarszych - wojujący marksiści utrwalający kiedyś sowieckie dominium w Polsce. Jest syn generała UB, są zidentyfikowani w ostatnich latach przez IPN tajni współpracownicy SB. Są napastliwi zwolennicy cenzurowania i poprawiania książek historycznych, atakujący niedawno per fas et nefas Sławomira Cenckiewicza, Piotra Gontarczyka i Pawła Zyzaka. Są ludzie znani z ordynarnych wypowiedzi na temat "polskich ksenofobów", "polskiej hołoty", "polskiego antysemityzmu" obrażający bohaterów powojennej walki z sowietyzacją Polski, surowi recenzenci "mowy nienawiści", którą sami od lat się posługują. Na czele sygnatariuszy znajduje się Wielki Reżyser skompromitowany bezmyślną awanturą wawelską wywołaną w dniach wielkiego narodowego skupienia i żałoby. Z "Gazety Wyborczej" dowiadujemy się, jak pan Wajda spędzał 3 maja - narodowe święto Konstytucji 3 Maja i uroczystość Matki Bożej Królowej Korony Polskiej. Klęczał na cmentarzu "żołnierzy radzieckich" w Warszawie wśród kamieni zwieńczonych czerwonymi gwiazdami, a "Gazeta Wyborcza" robiła mu zdjęcia, by dać dobry przykład "polskiej hołocie" (termin wylansowany kilka lat temu przy okazji sprawy jedwabieńskiej). Pod zdjęciem podpis: "3 maja 2010 r. Andrzej Wajda zapala znicz na Cmentarzu Żołnierzy Radzieckich w Warszawie. 9 maja będzie w Moskwie na obchodach 65. rocznicy zakończenia II wojny światowej". Pewnie Wielki Artysta nie słyszał nigdy, co na temat tego "zakończenia" pisał polski generał, ostatni dowódca konspiracyjnej armii Podziemnego Państwa Polskiego Leopold Okulicki "Niedźwiadek". Przypomnijmy: "Polska, według rosyjskiej recepty, nie jest tą Polską, o którą bijemy się szósty rok z Niemcami, dla której popłynęło morze krwi polskiej i przecierpiało ogrom męki i zniszczenie Kraju. Walki z Sowietami nie chcemy prowadzić, ale nigdy nie zgodzimy się na inne życie, jak tylko w całkowicie suwerennym, niepodległym i sprawiedliwie urządzonym społecznie Państwie Polskim. Obecne zwycięstwo sowieckie nie kończy wojny. Nie wolno nam ani na chwilę tracić wiary, że wojna ta skończyć się może jedynie zwycięstwem słusznej Sprawy, tryumfem dobra nad złem, wolności nad niewolnictwem". Moskwa to jest ostatnie miejsce na ziemi, gdzie Polacy mogliby świętować zakończenie II wojny światowej. Chyba że chcą świętować także proces moskiewski, który się w tym czasie odbywał - sąd nad polską niepodległością. Chyba że chcą przypomnieć sowieckich kolaborantów, którzy w roku 1945 defilowali w Moskwie, wśród nich zdegradowany przed wojną były polski oficer, następnie agent sowiecki, wreszcie z łaski Stalina "marszałek Polski". Nie jestem dyplomatą. Być może są jakieś nadzwyczajne okoliczności, dla których wysoki przedstawiciel Polski powinien być obecny na tej moskiewskiej paradzie. Może oczekują tego od nas nasi sojusznicy. Świętej pamięci prezydent Lech Kaczyński również rozważał swój udział, ale - jak pamiętamy - uzależniał go od postawy Rosji wobec sprawy katyńskiej. Nie oszczędzono mu szyderstw i przy tej okazji, sugerując, że uzależnia decyzję od miejsca w pierwszym szeregu na trybunie. Internetowe bagno natychmiast podchwyciło ten nowy koncept agentury wpływu. Teraz pan Bronisław Komorowski oświadczył, że jedzie i że zabiera ze sobą "generała Jaruzelskiego". Jaruzelski nigdy nie był i nie będzie polskim generałem. Żadna suwerenna władza polska nie nadała mu takiego stopnia. Był sowieckim namiestnikiem, administrującym z woli Moskwy jej polskim dominium. Nie był też nigdy prezydentem - ani Peerelu, ani RP. Nie wybrano go ani w powszechnych wyborach (byłby bez szans!), ani przez zgromadzenie narodowe, które wówczas jeszcze nie istniało, ponieważ 65 proc. "posłów" to byli mianowańcy partii reprezentującej interesy sowieckie w Polsce. Miejsce pana Jaruzelskiego jest w więzieniu, a nie na paradach w Moskwie. Zwłaszcza w Moskwie! To kwestia naszego honoru! To także kwestia poszanowania prawa. Wojciech Jaruzelski jest bowiem jednym z dziewięciu oskarżonych - inicjatorów, realizatorów i wykonawców wprowadzenia stanu wojennego w 1981 roku. Akt oskarżenia w tej sprawie pion śledczy IPN w Katowicach skierował we wrześniu 2009 roku do sądu (czy po obecnej "reformie" IPN ten akt "dożyje" do rozprawy?). Poza tym od dwóch miesięcy Porozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych apeluje nieustannie o formalną degradację Jaruzelskiego. Trzeba jeszcze przypomnieć, że Jaruzelski jest również oskarżony w procesie o "sprawstwo kierownicze" zabójstw dokonanych na demonstrantach Gdyni, Gdańska i innych miast Wybrzeża w roku 1970. Jeśli pan Komorowski zabierze tę osobę na pokład rządowego samolotu, to nie pozostawi już żadnych złudzeń co do charakteru tej "nowej polityki wschodniej". Pan Wajda i inni amatorzy wycieczki do Moskwy 9 maja powinni się też liczyć z dyskomfortem polegającym na tym, że prawdopodobnie tego dnia na ulicach moskiewskich miast - zgodnie z wolą władz stolicy Rosji - mają być eksponowane duże plakaty z wizerunkami zbrodniarzy, "bohaterów wojny ojczyźnianej": Mołotowa, Berii... Chyba że to nie jest dyskomfort... To, o czym tu piszę, nie należy do bieżącej polityki, lecz do najdelikatniejszej sfery życia zbiorowego - do niezależnej od bieżących wydarzeń polityki historycznej, do narodowych imponderabiliów, tak bardzo lekceważonych przez środowiska przypisujące sobie wykształcenie i realizm, potępiające wszelkie "emocje" i "narodowy mistycyzm", który objawił się w kwietniowych dniach w Warszawie i wzbudził taki lęk, bo wymykał się spod kontroli cenzorów naszych myśli i opinii. Na trzy tygodnie przed śmiercią pod Katyniem śp. prezes Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka ostrzegał "polskie elity polityczne" w wywiadzie dla Programu III Polskiego Radia, by nie dały się podzielić Rosji przy okazji uroczystości katyńskich. Powiedział, że "zachowanie ambasadora Władimira Grinina przypomina relacje polsko-rosyjskie w XVIII wieku"! Przestrzegał polskich polityków przed wciągnięciem w grę, która służy tylko interesom naszego sąsiada. "Może to doprowadzić do sytuacji, gdy głos Rosji będzie rozstrzygał o sprawach wewnętrznych w Polsce, a sprawa obchodów 70. rocznicy mordu katyńskiego może posłużyć jako precedens". Nigdy nie słyszałem tak stanowczej i tak "politycznej" wypowiedzi prezesa. To, czego się tak obawiał, spełnia się właśnie na naszych oczach.
|
|
|
katastrofa pod Smoleńskiem
|
Prof. Jacek Trznadel 2010-04-29
Są wszelako w księdze żywota i wiedzy ustępy takie, dla których formuł stylu nie ma… Cyprian K. Norwid, Czarne kwiaty
Prawdą jest niewątpliwą, że takie rzeczy się nie zdarzają… Czy nie należało jednak sądzić, że zdarzyć się mogą, i nie umieszczać w jednym samolocie (a jak się okazało – złowróżbnej kapsule czasu) tylu osób bliskich nam i ważnych dla Rzeczypospolitej? Co więc myślę niezmiennie od porannych godzin 10 kwietnia, kiedy dotarła straszna wiadomość spod Smoleńska?
Że przede wszystkim prawie natychmiast powinniśmy usłyszeć wystąpienie specjalne premiera rządu skierowane do Narodu. To on powinien powiadomić nas o katastrofie i ją potwierdzić. Ale także ogłosić powołanie specjalnej polskiej komisji do zbadania okoliczności i przyczyn tej katastrofy. Usłyszeć powinniśmy także, że wystąpił już do rządu rosyjskiego z niedającym się ominąć żądaniem, że to polska komisja będzie nadrzędna w tej sprawie. Dopuszcza to prawo międzynarodowe. Mówiąc ogólnie: premier Donald Tusk i marszałek Bronisław Komorowski doprowadzili do sytuacji, w której w wyniku śledztwa mogą nie być odnalezione dowody winy, a nawet mogą one być unicestwione. W żadnym z cywilizowanych krajów, wzorujących się na rzymskim sądownictwie i prawie, śledztwo nie mogłoby być powierzone, powiedzmy – komuś z rodziny podejrzanego o sprawstwo.
Zakazane słowo “zamach”
Kiedy giną najlepsi ludzie Rzeczypospolitej wraz z ich prezydentem, wszystkie wysiłki rządu suwerennego państwa powinny być skierowane na wyjaśnienie przyczyn tej tragedii, mówiąc technicznie, tej katastrofy. Czy jest ona fatalnym zbiegiem posępnych okoliczności, czy też stoją za nią nieznane ręce nieznanych osób, które wpłynęły na tę katastrofę przez rażące zaniedbania lotniczych reguł lub wręcz wywołały okoliczności, które katastrofę spowodowały? W tym ostatnim wypadku wypowiadamy słowo: ZAMACH. Premier i rząd, w niepisanym edykcie dla ludu, ale przede wszystkim dla służących im dziennikarzy, wrzucili to słowo do pancernego sejfu z napisem “tabu”. Jednak ogół społeczeństwa nie dostosował się do tego nakazu. Słyszę to słowo, oznaczające jedną z możliwości, w codziennych rozmowach. Padało także niejeden raz w filmie Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego “Solidarni 2010″. Stawiam sobie pytania formalne, które w każdym śledczym dochodzeniu są stawiane.
Po pierwsze, kto mógłby mieć motyw, żeby pomóc tej katastrofie. Seneka powiedział: “Is fecit cui prodest”. Czyli należy sprawdzić, kto mógłby na tym skorzystać. Oczywiście: przeciwnicy elity, która zginęła. Odpowiedź, nieprzesądzająca wprawdzie o sprawcy, mogłaby brzmieć: państwo rosyjskie, słynne ze skrytobójstw i egzekucji przewyższających ilościowo znane nam zbrodnie hitlerowskie, oraz obecny rząd wraz z premierem i jego partią, Platformą Obywatelską. Siła ich przeciwnika została przecież bardzo zmniejszona.
Po drugie: kto był obecny w chwili zbrodni na miejscu zdarzenia, w obsłudze lotniska? Sami Rosjanie. Następne pytanie kontrolne brzmi: jak mogli to zrobić? A jeśli zrobili, to czy mogli to ukryć? Samolot Tu-154M do końca był sprawny, jak twierdzą rosyjscy specjaliści, i wyprowadzają z tego twierdzenie o winie pilota. Jednak lądowanie na lotnisku Siewiernyj pod Smoleńskiem było dziecinnie łatwym, szkolnym zadaniem. Trzy dni wcześniej lądowali na nim premierzy Władimir Putin i Donald Tusk. Lądowanie odbywało się w świetle dnia. Na czym mógłby polegać błąd pilota powodujący odchylenie w poziomie o 50-60 metrów i w pionie o około 50 metrów? Takich rzeczy nie może zrobić doświadczony pilot wojskowy znający ten samolot i to lotnisko i lecący w pełnym świetle dnia. Pozostaje tylko efekt fatamorgany, ale to jest science fiction. Natomiast nie należy do niej sztuczne wytworzenie mgły na krótko przed lądowaniem (praktykowane na poligonach wojskowych i w Hollywood). Należy jeszcze rozważyć mogące działać równocześnie błędne wskazania przyrządów pomiarowych na pokładzie. Mogły one zostać zepsute przy pomocy wiązki broni laserowej, którą od kilku lat chwalą się Rosjanie. Lub w prostszy sposób: przez podanie pilotowi np. błędnych namiarów ciśnienia z wieży kontrolnej. Pilot mógł być nieprzytomny z powodu rozpylenia sztucznej substancji umieszczonej w samolocie za pomocą sygnału radiowego z zewnątrz. W podobny sposób można było zresztą uszkodzić lotki, tak aby samolot wymknął się spod kontroli pilota.
Odgórna cenzura
W tej sytuacji w pierwszej kolejności należy przesłuchać świadków. Nie przeżył (?) ani jeden świadek z rozbitego samolotu, piloci jednak mogli nagrać swoje spostrzeżenia na taśmie czarnej skrzynki. Czarnymi skrzynkami zawładnęli jednak technicy rosyjscy i przez przeszło dwa tygodnie, odkąd są w ich posiadaniu, nie udostępnili dosłownie niczego z zapisu, także z treści wypowiedzi polskich pilotów. Co więcej, słyszymy, że Rosjanie nie oddadzą nam czarnych skrzynek, a jedynie zapisy z ich treści. A przecież każda z części samolotu stanowi własność państwa polskiego! A zapisy czarnych skrzynek w sposób nieprzekraczający możliwości techniki mogą zostać zmanipulowane. Z drugiej strony, nie słyszymy także, że przesłuchano nagrania rozmów z wieżą kontrolną, a ich utrwalenie powinno być regułą. Ale także nie udostępniono przesłuchań pracowników wieży kontrolnej, a uzyskane w fazie początkowej ich wypowiedzi pełne były nie szczegółów technicznych, lecz ewidentnych kłamstw. Jeden z polskich prokuratorów powiedział również, że nie zostaną uwzględnione i podane do wiadomości “treści intymne” tych nagrań. Czyli – z góry zapowiedziana cenzura. Jakież to bowiem treści intymne mogły się pojawić w ostatnich sekundach lotu? Okrzyki niekontrolowane nie są treściami intymnymi. Piloci mogli jednak chcieć przekazać świadomość zewnętrznej agresji na samolot. Mogli nie zdążyć jej udowodnić, dowody niszczyła katastrofa. Może to były owe “treści intymne”, niedopuszczalne z punktu widzenia sprawcy?
Rząd polski i premier Tusk zgodzili się gładko, że tak ważna sprawa jak identyfikacja ciał ofiar była dokonywana nie w Polsce, lecz w Moskwie. A przecież i ciała ofiar, i szczątki samolotu mogły natychmiast znaleźć się na obszarze państwa polskiego. Nie ogłoszono przy tym ani jednej sekcji zwłok potwierdzającej, że przyczyną zgonu było uderzenie o ziemię samolotu. Narażono rodziny ofiar na bolesną i męczącą podróż do Moskwy w celu identyfikacji ofiar. Mogło to jednak pozwolić na przygotowanie ochotników okazujących czułość Polakom, by móc następnie mówić o aktach jednania się przedstawicieli obu narodów. Może autopsja lekarzy sądowych pozwoliłaby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ciała były tak zmasakrowane, że nie do rozpoznania bez mikroskopowego badania DNA, jak kopalnych szczątków sprzed setek tysięcy lat? Czy tłumaczy to upadek z wysokości 10-15 m (tak leciał samolot w ostatniej fazie w ruchu poziomym) i przy szybkości niewiele ponad 200 km/h? Relacje z różnych katastrof z podobnej wysokości mówią nieraz o istotnej liczbie ocalonych. Zwłaszcza że są doniesienia komisyjne, iż nie było wybuchu ani pożaru, który objąłby kabinę pasażerską. I co spowodowało, że samolot rozpadł się dosłownie na drobne kawałki? Zresztą wiemy z ubiegłych lat, że w państwie sowiecko-rosyjskim nigdy nie przyznawano się do sprawstwa i winy w obliczu wielkich katastrof (zestrzelenie pasażerskiego samolotu koreańskiego, setki ofiar; wystawienie wojska na promieniowanie jądrowe podczas prób atomowych, niewiadoma katastrofa okrętu podwodnego “Kursk”, z niewątpliwym zaniedbaniem ratowania ofiar zatopienia).
A biorąc pod uwagę “katyński” wymiar tej katastrofy – do jej momentu, i do dziś zresztą, nie ogłoszono odtajnienia wszystkich dokumentów katyńskiego ludobójstwa, przypisanego przez ZSRS Niemcom na procesie norymberskim, a dzisiaj tylko jednej osobie – Józefowi Stalinowi. Pamiętamy, że Rosja wciąż jest krajem, gdzie bezkarnie mogą się ukazywać książki udowadniające niemiecką winę za Katyń (np. Muchin) reklamowane afiszami w metrze. W Europie podlegałoby to sankcjom prokuratorskim i karom, ale także autorzy staliby się obiektem drwin. Dlaczego przypuszczenie o możliwym zamachu służb rosyjskich miałoby być “tabu” w odniesieniu do kraju, gdzie nie wprowadzono dekomunizacji podobnej do denazyfikacji w Niemczech? Gdzie nie było ani jednego publicznego procesu zbrodniarzy odpowiedzialnych za wielomilionowe eksterminacje (nie mieli takiego procesu nawet Ławrientij Beria i Bohdan Kabułow, wybrani przez akolitów Stalina na kozły ofiarne). A wizerunek Stalina, zbrodniarza wszech czasów, może być wystawiany publicznie bez sankcji prokuratora.
Z tych wszystkich powodów, o których tu piszę, powstała moja myśl o apelu do społeczeństwa i listu otwartego w sprawie powołania międzynarodowej komisji ekspertów lotnictwa dla zbadania tego wypadku. Gdy to piszę, 27 kwietnia 2010 r., lista osób, które podpisały ten apel, przekroczyła 20 tysięcy. Do podpisów dołączane są adnotacje. Przytoczę tylko jedną, polonijnego klubu w USA, gdzie postanowiono wystosować list nie do władz polskich, lecz rządu USA, aby rozważył dwie możliwości, że: “zasadniczo Prokuratura Rosyjska i nie podejmująca właściwych kroków Prokuratura Polska eliminować będą dwie najtrudniejsze i prawdopodobne hipotezy, po pierwsze – o możliwej celowej akcji władz Rosji, po drugie – o celowej akcji władz Platformy Obywatelskiej, zwalczającej ośrodek prezydencki, która w znacznym stopniu może deformować poczynania Prokuratury Polskiej” (22 kwietnia 2010 r.).
Zasłużeni dla sprawy Katynia
Naturalne jest, że zaraz po wiadomości o katastrofie myśli moje pobiegły ku pierwszym odwiedzinom Katynia i katyńskiego lasu w 1990 roku. Nie było jeszcze katyńskiego cmentarza. W Gniezdowie, stacji wyładunkowej polskich oficerów, nie zmieniło się nic od 1940 roku. W chatach mieszkało wielu ludzi, pełnych jeszcze strachu, że pamiętają mroczne historie związane z rozstrzeliwaniami w katyńskim lesie. W takiej chacie mieszkał stary Michaił Kriwoziercew, jeden z sygnatariuszy kłamliwego sprawozdania z Katynia akademika Nikołaja Burdenki, zaprzeczającego niemieckim (ale też rosyjskim i polskim odkryciom prawdy). Nie chciał z nami rozmawiać, dopiero gdy córka powiedziała: “No, starik, przecież już cię nie wywiozą na Biełomor Kanał!”, przyszedł w czapce na głowie i opowiadał, jak dano mu do podpisania komunikat Burdenki bez udostępnienia jego treści. Chciałem wtedy jakoś przedostać się w miejsce słynnej daczy NKWD w lesie nad Dnieprem związanej z rozstrzeliwaniem polskich oficerów. Ale wszędzie były zapory z kolczastego drutu, a dacza, jak wiadomo, została zrównana z ziemią, jak tylko Armia Czerwona znów zajęła Smoleńsk. Pamiętam z tego roku bliskich nam Rosjan i tych bliskich rosyjskich słuchaczy, gdy wygłaszałem kilka dni potem w Moskwie referat o Katyniu. Nie wiedziałem wtedy, nie mogłem przewidzieć, jak silnie zwiąże mnie po latach polski los z tym miejscem. Znałem kilka osób, które zginęły w katastrofie. Z Bożeną Łojek od dwudziestu lat organizowałem historyczne poszukiwania katyńskie, kiedy w wyniku także mojej inicjatywy i pomysłu została zarejestrowana Polska Fundacja Katyńska (nie żyje już kilku jej członków założycieli). Tak się złożyło, że w ostatnim czasie jestem przewodniczącym Rady tej Fundacji, Bożena Łojek była prezesem jej Zarządu. Potrafiliśmy w ciągu tych lat, przede wszystkim dzięki nieustającej w działaniu Bożenie, zorganizować wiele sesji historycznych o problematyce katyńskiej, czego plonem stały się kolejne, grube “Zeszyty Katyńskie” (dwadzieścia kilka numerów, pod troskliwą redakcją Marka Tarczyńskiego). Widziałem Bożenę w sądach warszawskich ledwie na tydzień przed katastrofą. Promieniowała swoją zaraźliwą energią, a chodziło o proces wytoczony Polskiej Fundacji Katyńskiej przez Ninę Karsov-Szechter za to, że opracowałem i wydałem w 1996 roku tom zbierający wszystko, co Józef Mackiewicz, świadek ekshumacji z 1943 roku, napisał o Katyniu. Bo to Nina Karsov ma prawa autorskie do Mackiewicza. Jednak książki o Katyniu nie wydawała przez dwadzieścia pięć lat. Ja zaś uważałem to opracowanie za wymóg polskiej racji stanu.
Z Januszem Kurtyką, szefem IPN, rozmawiałem, tak zdawałoby się niedawno, na mackiewiczowskiej sesji naukowej w Szwajcarii, w Rapperswilu, a kilka miesięcy temu wymieniłem z nim listy na temat konieczności wydania po polsku dwu podstawowych dokumentów katyńskich ubiegłej epoki: niemieckiego “Amtliches Material…” o Katyniu (Urzędowy Materiał o zbrodni w Katyniu z 1943 roku) oraz akt komisji Kongresu Amerykańskiego w sprawie Katynia z roku 1952 (“Hearings…” – także nie ma tłumaczenia polskiego), siedem tomów, prawie 2400 stron. Myślę, że z pomocą prezesa Kurtyki to by się wreszcie ukazało.
Nigdy nie zapomnę podróży samochodowej do Charkowa w 1992 roku, gdzie miałem być świadkiem ekshumacji oficerów ze Starobielska, rozstrzelanych w Charkowie, a rzuconych w doły śmierci obok, w Piatichatkach. Towarzyszył nam w tej podróży Stefan Melak, także muzealnik z Zamku Królewskiego, ale przede wszystkim inicjator i realizator pierwszego symbolicznego grobu katyńskiego na cmentarzu Wojskowym warszawskich Powązek. Płyta, z datą 1940 r., położona w przeddzień rocznicy powstania, 31 lipca 1981 roku, została haniebnie usunięta najbliższej nocy przez ubeckie łapy. Zawsze też ze wzruszeniem wspominam Annę Walentynowicz, która kilka lat temu – pomimo choroby i wieku – weszła na moje czwarte piętro bez windy, by rozmawiać o najżywotniejszych sprawach Polski, tylko to bowiem było treścią jej życia. Gdyby starczyło czasu, mielibyśmy wspólne wspomnienia historyczne z zamierzchłych czasów początku lat pięćdziesiątych, kiedy jeszcze ulegałem złudzeniom, że coś w Polsce sprawiedliwego może się ułożyć. Nie doszło do tych wspomnień, ale wiem, jak prędko prysły te złudzenia. I nie zapomnę też nigdy, jak kilkanaście lat temu, szukając miejsca na jakąś szybką rozmowę w cztery oczy w społecznej sprawie, Lech Kaczyński skorzystał z mojego zaproszenia i odbył ją w moim mieszkaniu, w pokoju, w którym teraz piszę.
Klamra pamięci
Urywki tych wspomnień, jak strzępy Norwidowych “Czarnych kwiatów”, zapisuję tu, ponieważ po tym, co się stało tak niedawno, nie mogą one wciąż dręcząco opuścić mojej pamięci. Nie są to błyski czasu mówiące o spotkaniach towarzyskich. Gdyż poza tymi wspomnieniami zawsze stoi cel tych spotkań – sprawa polska, sprawa pamięci o wspólnej historii nas wszystkich, były one poświęcone jej utrwalaniu. Nie czuję się człowiekiem wiekowym, chociaż właściwie już nim jestem. W zeszłym roku podczas wspólnej rozmowy radiowej o literaturze i historii polskiej tuż po wojnie, uświadomiłem sobie nagle, że w gronie tych kilku osób, wśród których był także nieodżałowany w mojej pamięci wybitny historyk Paweł Wieczorkiewicz – ja tylko wspominałem ten okres z autopsji. Inni byli na to za młodzi. Jaki to ciężar tak myśleć, ale jest w tym także poczucie pewnego obowiązku. Pokazywać, że Polska, jej historia, jest także wielkim ciągiem pokoleń, które w ten czy inny sposób, pracą lub heroizmem swoich poczynań, pracowały na nasze poczucie jedności i ciągłości narodowej. Kiedy patrzyłem na wawelski pogrzeb pary prezydenckiej, przypominałem sobie odwiedziny na Wawelu i kryptę z trumną Józefa Piłsudskiego w 1938 roku, kiedy to jeszcze przez szybkę u góry trumny można było zobaczyć jego twarz z charakterystycznymi wąsami. Upływ czasu sprawił, że dziś jest to już niemożliwe. Ale jakiej trzeba było katastrofy lub zbrodni, że dziś nie można było pokazać w trumnie twarzy naszego prezydenta…
Potem, w czasie strasznej niemieckiej okupacji w Krakowie, przechodziłem wielokrotnie obok Wawelu, w drodze do szkoły mijając rozkraczone warty niemieckie pod bronią. Mogłem jednak myśleć, bo nie znali ci żandarmi Wawelu moich myśli, że warty znikną i Wawel będzie znów dostępny, znów polski. Z tej perspektywy nie mogę zrozumieć, że znany polski reżyser filmowy chciałby wprowadzić numerus clausus wstępu na Wawel, podległy bliżej nieoznaczonym regułom jego oceny wartości historycznych, a w efekcie uczynić Wawel niedostępnym polskiemu prezydentowi, który zginął lub został zamordowany (czego nie mogę wykluczyć) za Polskę. Gdyby było dość miejsca, wszyscy mu podobni powinni znaleźć się na Wawelu. Ja, krakowianin z rodu, tak właśnie myślę. Ale to, co się stało pod Smoleńskiem, znów wyznacza nieubłaganą i jakże silną klamrę pamięci w moim życiu. Nieszczęścia, które związane jest z samolotem. Utrwala się to w mojej pamięci, może wbrew logice jednego i drugiego czasu, ale pamięć i przeżycia mają swoje prawa i nie do końca nimi rządzimy. Tak się stało, że we wrześniu roku 1939 moje życie zostało związane z wypadkami lotniczymi, gdy wraz z cywilami z pociągu ewakuacyjnego i małym polskim oddziałkiem kawalerii w niewielkim lasku dostaliśmy się pod bombardowanie i obstrzał broni pokładowej niemieckiego lotnictwa. Stukasy i inne maszyny wśród słyszalnego chichotu (przez megafony) ich załóg zrzucały na nas bomby przez trzy godziny. Gotował się wokół piasek, a na głowę spadały odstrzelane gałązki sosen. Zginął wtedy ktoś bardzo mi drogi.
Dziś moje nieszczęście znów wiąże się, paradoksalnie, z lotnictwem, z samolotem, który mógł być wykorzystany do przemocy. Tyle że zmieniły się strony świata. Działo się to nad ziemią byłego agresora ze wschodu. W górze nie było już moich wrogów, lecz moi, nas wszystkich przyjaciele. Wrogowie, jeśli byli, co się okaże lub nie, byli na ziemi. A ofiary przemocy leżały w podobnym, wątłym, sosnowym lasku. Łączności tych dwu lasków spiętych historyczną klamrą, ponad czasem i historią, nic już dla mnie nie odmieni.
Jacek Trznadel
Prof. Jacek Trznadel – pisarz, poeta, krytyk literacki. Jeden z założycieli Polskiej Fundacji Katyńskiej i Niezależnego Komitetu Historycznego Badania Zbrodni Katyńskiej. Autor zbioru rozmów z pisarzami zaangażowanymi w komunizm “Hańba domowa”, szkiców historycznych o Katyniu “Powrót rozstrzelanej armii”, opowiadań katyńskich “Z popiołu czy wstaniesz?”.
|
|
|
katastrofa pod Smoleńskiem
|
|
Łukasz Warzecha 19.04.2010 10 kwietnia był takim wstrząsem, że można częściowo
zrozumieć, iż przez ostatni tydzień stosunkowo niewiele mówiło się o
możliwych przyczynach katastrofy prezydenckiego samolotu. Pora zacząć
domagać się odpowiedzi.
Na początek kilka uwag ogólnych. W przypadku każdej
katastrofy lotniczej, a już z całą pewnością katastrofy, w której ginie
wielu ważnych polityków, w tym znaczna część tych, którzy odpowiadali
za prowadzenie określonej polityki zagranicznej wobec ościennego
państwa, z którym stosunki bywają trudne, a które dalekie jest (wbrew
bajaniom ministra spraw zagranicznych) od demokracji, normalne
byłoby uznanie zamachu za jedną z podstawowych hipotez. Po katastrofie
tupolewa słowo „zamach” zostało uznane za tabu.Nie wiem, czy
którykolwiek z przedstawicieli władz użył go choćby raz w oficjalnej
wypowiedzi, nawet po to, aby poinformować, że i to brane jest w
śledztwie pod uwagę i że na obecnym etapie nie ma powodu, aby tę
hipotezę uznać za prawdopodobną.
Niektórzy w gorącej wodzie kąpani zwolennicy
Prezydenta Kaczyńskiego wydają się mieć już pewność, że zamach miał
miejsce. Jego przeciwnicy z kolei a priori uznali, że na pewno mieliśmy
do czynienia z wypadkiem; no, może jeszcze z niewielkim udziałem samego
Lecha Kaczyńskiego, który na pewno zmuszał pilotów do lądowania. Obie
postawy są nieracjonalne. Racjonalne i wskazane jest w tym
momencie stawianie pytań, wyłapywanie wątpliwości i domaganie się
odpowiedzi.
Uprawnia nas do tego nie tylko zasada, że zamach
powinien być jedną z hipotez niejako z automatu, ale też czysto
hipotetyczne rozważenie zysków i strat, jakie mogłyby dotyczyć
potencjalnych sprawców. Polska, przez swoje zaangażowanie choćby w
Afganistanie, może się teoretycznie stać celem klasycznych islamskich
terrorystów i również tej hipotezy nie można wykluczać. Bardziej
oczywista jest jednak hipoteza o jakiejś formie rosyjskiego udziału w
katastrofie. Sceptycy lekceważąco stwierdzają, że Lech Kaczyński nie
stanowił już żadnego zagrożenia dla ewentualnych planów rosyjskiej
ekspansji (oczywiście nie militarnej, Rosja posługuje się innymi
metodami), bo przecież jego kadencja dobiegała końca, szanse na ponowny
wybór miał małe.
To myślenie nie uwzględnia kilku czynników. Po pierwsze – małe nie oznacza: żadne. Wynik wyborów nie
był w żadnym stopniu rozstrzygnięty. Po drugie– wraz z
prezydentem zginęła znaczna część jego współpracowników, ludzi, którzy
mieli do odegrania w polskiej polityce znaczącą rolę, a podzielali
poglądy Lecha Kaczyńskiego na politykę zagraniczną oraz innych
uczestników polskiego życia publicznego, którzy z rosyjskiego punktu
widzenia mogli być problematyczni. Po trzecie– na
pokładzie miał być także Jarosław Kaczyński, który wycofał się w
ostatniej chwili. Wszystko to wystarczyłoby jako odpowiedź na pytanie cui prodest.
Trzeba też pamiętać, że fizyczna likwidacja
politycznych przeciwników – coś, co w naszych europejskich głowach może
się dzisiaj nie mieścić – nie jest dla rosyjskich elit rządzących niczym
niezwykłym. To wręcz część rosyjskiej tradycji politycznej. Mój znajomy
powtórzył mi słowa pewnego eksperta od terroryzmu, którego spytał o
katastrofę: „Zrób coś tak bezczelnego, żeby nikt nie
uwierzył, że to ty zrobiłeś”. W Tu 154M wszyscy byli podani jak na
tacy. Gdzieś w Moskwie mogło paść pytanie, czy wolno zmarnować taką
okazję.
Ale nie idźmy od razu zbyt daleko. Możliwe są trzy
stopnie rosyjskiego zaangażowania w katastrofę.
1. Zwykłe niedbalstwo, bylejakość i
lekceważenie. Samolot mógł się rozbić, bo kontroler na wieży mógł być
pijany, a żarówki w lampach nie wkręcone.
2. Nie chodziło o doprowadzenie do
katastrofy, ale o utrudnienie Prezydentowi udziału w uroczystościach
poprzez uniemożliwienie mu lądowania w Smoleńsku. Gdyby polscy piloci
uznali, że nie mogą tam wylądować, Lech Kaczyński musiałby lecieć do
Mińska lub Moskwy, tam musiałby zostać zorganizowany transport, trzeba
by przejechać kilkaset kilometrów i cała ceremonia zostałaby rozwalona.
Dodatkowo Janusz Palikot mógłby znowu kpić, że Lech Kaczyński nawet do
Katynia nie potrafi zdążyć. Katastrofa byłaby zatem swoistym „wypadkiem
przy pracy”.
3. Chodziło o to, aby samolot się
rozbił. Tu istnieją dwie możliwości: albo sprawa odbywała się za wiedzą
najwyższych władz, albo była inicjatywą którejś ze zwalczających się
frakcji w rosyjskiej elicie władzy, mającą potencjalnie zaszkodzić
przeciwnikom być może bardziej niż Polsce.
Wśród wielbicieli teorii spiskowych krąży niestety
całe mnóstwo kompletnie nieprawdopodobnych hipotez, które sprawiają, że
łatwo wykpić tych, co stawiają zasadne pytania. Kwintesencją tej
szkodliwej roboty jest legenda, jaką otoczony jest filmik, nakręcony
telefonem komórkowym przez jakiegoś Rosjanina, który trafił na miejsce
katastrofy prawdopodobnie kilka minut po niej. Także w Salonie24 pełno
jest egzegez tego materiału. Gdyby im uwierzyć, trzeba by przyjąć, że po
katastrofie część pasażerów przeżyła, była w stanie chodzić, a nawet
dość donośnym głosem nakazywać sobie spokój, zaś po lesie dziarsko
biegały oddziały rosyjskich morderców, strzałami z pistoletów, przy
wielu świadkach (i kręcącym filmik), dobijając rannych. Egzegeci filmiku
słyszą na nim błaganie „Nie zabijajcie nas!” oraz widzą machające lub
czołgające się postacie.
W rzeczywistości filmik jest tak kiepskiej jakości,
że usłyszeć można na nim i zobaczyć dosłownie wszystko, co się chce.
Dopiero obróbka specjalistycznymi programami, którymi dysponują jedynie
służby specjalne, mogłaby dać odpowiedź, czy widać na nim coś
podejrzanego czy nie. Żaden zdrowo myślący sceptyk nie
zobaczy tam nic niezwykłego. Polskie nawoływania to prawdopodobnie
głosy delegacji z ambasadorem Bahrem na czele, a strzały to milicjanci,
odstraszający gapiów. I tyle. Rosjanie zaś musieliby być niespełna
rozumu, aby najpierw zadać sobie trud doprowadzenia do katastrofy, a
potem wysyłać na miejsce, położone obok ruchliwej drogi, oddział
siepaczy do dobijania rannych.
Apeluję więc o pozostawienie na boku
teorii z dziedziny fantastyki, a zajęcie się pytaniami, które faktycznie
budzą wątpliwości. Wiemy już raczej na pewno, że bezpośrednią
przyczyną katastrofy był fakt, iż samolot znalazł się zbyt blisko ziemi.
Pozostaje wyjaśnić, czemu się tak stało. Żadne z dotąd przedstawionych
wytłumaczeń nie jest przekonujące. Początkowe zwalanie winy na mgłę nie
przekonuje. Mieliśmy pilota, który lądował na tym lotnisku dwa dni
wcześniej jako drugi, miał tysiące godzin doświadczenia, a sam samolot
wyposażony był w dwa wysokościomierze i system TAWS, mierzący odległość
od ziemi na podstawie zawartych w pamięci danych o ukształtowaniu terenu
wokół lotnisk na całym świecie. Lotnisko w Smoleńsku też powinno tam
być. TAWS jest tak skuteczny, że podobno od pięciu lat żaden wyposażony w
niego samolot nie rozbił się przy lądowaniu.
Najnowsze wyjaśnienia strony rosyjskiej
są kompletnie niedorzeczne. Mówią o tym, że pilot nie wziął pod
uwagę specyficznych cech rosyjskiej maszyny. Kapitan samolotu prezydenta
miał na nim wylatane dobrze ponad 1000 godzin. Piloci z rządowego pułku
to najlepsi fachowcy w Polsce. Sugerowanie, że mogli nie znać zachowań
kierowanej przez siebie maszyny jest niepoważne.
Poniżej umieszczam listę pytań, które budzą moje
wątpliwości. Nie wykluczam, że część spośród nich ma całkiem racjonalne,
przypadkowe wyjaśnienia, których nie znam m.in. dlatego, że wymagają
specjalistycznej wiedzy, niemniej uważam, że na wszystkie powinniśmy
uzyskać odpowiedź.
1. Z jakiego powodu już kilkadziesiąt minut po
katastrofie strona rosyjska zaczęła przedstawiać bardzo daleko idące
tezy, dotyczące przebiegu wypadku, które następnie nie znalazły
potwierdzenia (m.in. teza o pięciokrotnej próbie podejścia do
lądowania)?
2. Czy z punktu widzenia meteorologii wytłumaczalna
jest sytuacja, w której mgła pojawia się nie rano, ale później, przy
generalnie nie zmienionych warunkach? Mgły zwykle zalegają rano (czyli
np. w porze lądowania jaka z dziennikarzami), a następnie ulegają
rozproszeniu. Sytuacja odwrotna wydaje się niezwykła.
3. Czy nad lotniskiem zalegała mgła czy też
mieliśmy tylko do czynienia z niską podstawą chmur?
4. Jaki był cel czterokrotnego okrążenia lotniska
przez polskiego pilota? Tu istnieją bardzo rozbieżne wersje, włącznie z
tym, że samolot zrzucał paliwo.
5. Czy wiemy coś o działaniu systemów pomiaru
wysokości w tupolewie?
6. Jak wygląda elektroniczna mapa lotniska w
Smoleńsku, zawarta w systemie TAWS?
7. Jak wyglądała kwestia dostępu przedstawicieli RP
do miejsca katastrofy? Jak szybko Polacy mogli włączyć się w prace nad
zabezpieczeniem szczątków maszyny?
8. Jak ścisła była kontrola strony polskiej nad
tym, co robiła strona rosyjska na miejscu?
9. Dlaczego polski rząd nie zaproponował powołania
międzynarodowej komisji ds. zbadania katastrofy?
10. Jakie jest wyjaśnienie kwestii dwóch
„dodatkowych” ciał, znalezionych ma miejscu katastrofy (pisała o tym
„Rzeczpospolita”)?
11. Czy to prawda, że po wizytach Tuska i Putina
została zdemontowana dodatkowa aparatura naprowadzająca? Jeśli tak, to
dlaczego i czy mogłaby ona pomóc pilotowi prezydenckiego samolotu w
lądowaniu?
12. Dlaczego strona polska nie postawiła żądania,
aby wszystkie odnalezione ciała zostały natychmiast przetransportowane
do Polski, gdzie równie dobrze można by – przy współudziale rosyjskich
śledczych – dokonać ich identyfikacji?
13. W jakim zakresie przedstawiciele Polski mogli
mieć kontrolę nad tym, jak przebiegało poszukiwanie ciał oraz nad tym,
jaki był los tych już odnalezionych?
14. Dlaczego nie było ani jednej sekcji zwłok?
15. Andrzej Seremet stwierdził, że piloci mieli
świadomość, iż samolot się rozbije, jakieś trzy do pięciu sekund przed
katastrofą. Najnowsze informacje (dziś znów dementowane) mówią o tym, że
„szum” z kabiny pasażerskiej narastał na nagraniu z czarnej skrzynki
kilkadziesiąt sekund przed katastrofą, co może świadczyć o tym, że
pasażerowie już wówczas mieli świadomość, iż coś przebiega nie tak. Co
mogło spowodować taką reakcję kilkadziesiąt sekund przed rozbiciem się
maszyny?
16. Jak wytłumaczyć niespójne i rozbieżne
wypowiedzi rosyjskiego kontrolera lotów ze Smoleńska na temat przebiegu
lądowania?
17. W jakim stopniu od komunikacji z wieżą zależał
przebieg lądowania?
18. Jakie są wnioski z analizy wspomnianego wyżej
filmu (prokuratura miała go badać, rezultatów nie znamy do dziś).
19. Jak ścisłą kontrolę strona polska sprawowała
nad czarnymi skrzynkami? Czy hipotetycznie strona rosyjska mogła
dokonywać w nich manipulacji? Dlaczego skrzynki trafiły do Moskwy, a nie
do Warszawy?
20. Jaki wpływ na przebieg śledztwa mogło mieć to,
że na czele komisji stanął Władimir Putin? Czy to nie paraliżowało np.
zgłaszania uwag przez stronę polską i czy nie oznaczało to
upolitycznienia komisji? Czy to normalne, że na czele komisji ds.
zbadania wypadku lotniczego staje premier państwa?
21. Jak wyglądały procedury kontroli rządowych
samolotów po wizytach remontowych w Rosji? Czy strona polska brała pod
uwagę możliwość ingerencji w jakiekolwiek układy i instalacje samolotu
przez Rosjan? (Te wątpliwości były w przeszłości podnoszone wiele razy,
ale po katastrofie jakoś zamilkły.)
22. Czy polscy śledczy przeprowadzili wizję lokalną
na miejscu? Czy mieli możliwość przesłuchania okolicznej ludności np. w
celu zorientowania się, czy w pobliżu lotniska w czasie lądowania
tupolewa działo się cokolwiek podejrzanego (parkował jakiś budzący
podejrzenia pojazd, widać było jakąś niezwykłą aktywność itp.)?
23. Czy została podjęta próba dotarcia do autora
wspomnianego filmiku, umieszczonego w Internecie?
Podobnych pytań zebrałoby się zapewne sporo więcej
(wyłączając te naiwne lub mało rozsądne). Niestety, zachowanie polskiego
rządu sprawia jak najgorsze wrażenie. Samo unikanie słowa „zamach” każe
sądzić, że została podjęta polityczna decyzja, aby tego wątku w ogóle w
śledztwie nie uwzględniać, a jeśli nawet, to wyłącznie nieoficjalnie,
co oznacza, że gdyby miało się okazać, iż Rosjanie odegrali jednak w
katastrofie jakąś rolę, to i tak wszystko to zostanie zamiecione pod
dywan.
Obawiam się, że lukier rzekomego polsko-rosyjskiego
porozumienia ma przykryć wszelkie żądania wyjaśnienia wątpliwości.
Bredzenie Radosława Sikorskiego o „emocjonalnym przełomie” we wzajemnych
stosunkach pokazuje, jaka jest obowiązująca oficjalnie linia.
|
| |
| |
|
|
patriotyzm
|
PROF. JACEK BARTYZEL
Jak wiadomo zainteresowanym, wczoraj, w sposób jednoznaczny i dobitny, wyraziłem swoją negatywną opinię na temat ewentualności pochowania Pary Prezydenckiej w nekropolii królewskiej na Wawelu. Opinii tej w sensie merytorycznym nie mam powodu zmieniać i nie zmieniam. Wszelako, pragnę przypomnieć, że już w „post scriptum” do mojego tekstu, napisanym tuż po podaniu oficjalnego komunikatu napisałem, że sprawa jest zamknięta i „sprzeciwiać się decyzjom już niepodobna”.
Niestety, z wielu stron dochodzą głośne sygnały, że akcja sprzeciwu nie ustaje, a nawet się wzmaga i rozlewa nie tylko na internetowe fora, ale i na ulice. Można mieć uzasadnione podejrzenia, że podsycają tę atmosferę osoby i środowiska, którym w żadnej mierze nie można przypisać szczerej intencji obrony wyjątkowego, symbolicznego znaczenia monarchicznego sacrum wawelskiej nekropolii, a które mają zupełnie przyziemne, doraźne cele partyjno-polityczne. Byłoby ponurą groteską, gdyby nagle cytujące nas media bezbożnych apatrydów mogły stroić się w żałobne welony strażników naszych domowych lar i penat.
W związku z tym oświadczam: człowiek Tradycji z podjętymi już decyzjami suwerena (w tym wypadku: i państwowego, i kościelnego) nie dyskutuje, a kto nadal dyskutuje, ten jest „politycznym heretykiem”. Co do mnie, już „założyłem uzdę ustom moim” – jak mówi Psalmista. Nie daję też odtąd nikomu upoważnienia do powoływania się na moją opinię w tej kwestii. Osoby podzielające moje zapatrywania i argumentację upraszam, aby również zachowały stosowną powściągliwość. Tylko „żałoba przystoi Elektrze” opłakującej poległych krewnych. Niechaj zapadnie cisza, bo za wiele już słów powiedziano; i tylko modlitwą odprowadźmy do miejsc spoczynku kondukt żałobny wszystkich naszych sióstr i braci, którzy oddali życie w tym „najokrutniejszym z miesięcy – kwietniu”.
JANUSZ KORWIN-MIKKE
Gdy po raz pierwszy moja krewna Kaja spytała mnie, czy sądzę, że ciała śp.Prezydentostwa powinny spocząć na Wawelu, zdębiałem – i odparłem, że o tym decyduje Rodzina oraz właściciel miejsca pochówku. Ani nie jestem Ich krewnym, ani właścicielem tego zamku - więc po co mnie o to pytać?
Gdy takie pytanie zadano mi po raz dwudziesty, pojąłem, że d***kratyzacja ze szczętem przeżarła dusze Polaków. Obawiam się, że gdyby rodzina pp.Kaczyńskich postanowiła pochować ciała w moim Józefowie, uzgodniwszy to z księdzem proboszczem – to zaraz by się zebrała Rada Miejska i albo by to chciała uchwalić większością głosów, albo zarządziła referendum wśród mieszkańców.
Skoro można większością głosów uchwalić, że obywatel Kowalski nie ma prawa zapalić papierosa w knajpie obywatela Wiśniewskiego – to można, oczywiście, uchwalać większością głosów WSZYSTKO. Przypominam, że „obywatel” oznacza człowieka, który musi się obywać bez elementarnych swobód; za to wolno mu gnoić innych – byle uzbierał do tej zabawy 51% równie chętnych bandytów..
Gdyby za to ktoś mnie spytał, czy na miejscu JEm. Stanisława kard.Dziwisza zgodziłbym się na pochówek ciał pp.Kaczyńskich na Wawelu – to odpowiedziałbym: NIE. To, że człowiek dał się zabić w historycznym miejscu nie czyni zeń Wielkiego Człowieka. Gdyby odważył się zawetować Traktat Lizboński – a, to co innego. To wymagałoby stanowczości i odwagi. Zginąć w katastrofie potrafi każdy.
Lewica ma do śp.Lecha Kaczyńskiego pretensję, że opóźniał Anschluß do WE i powstanie UE. Ja, przeciwnie: o to, że do Anschlußu dopuścił.
Gdyby żył - w listopadzie przestałby być prezydentem: opuszczony przez Prawicę i opluwany przez Lewicę. Teraz stał się Symbolem.
Ale czy wszystkie Symbole muszą leżeć akurat na Wawelu?
To jednak, powtarzam, ani nie moja ani nie ”społeczeństwa” sprawa. Społeczeństwo ma uszanować wolę Rodziny i ks.kard.Dziwisza – i już. Nikt nikomu nie każe podczas zwiedzania Wawelu podchodzić do Jego trumny...
(Tak nawiasem: znam się trochę na ludziach... Widziałem twarz ks.Kardynała w dniu wczorajszym – i zapewniam, że miał co najmniej mało entuzjastyczny stosunek do tego pomysłu. Faszystowski rząd „przekonał” w 1935 ks.Adama kard.Sapiehę do pochowania na Wawelu bandyty spod Bezdan groźbą powołania kleryków do wojska. Jak było teraz – nie wiem).
Ale skoro może tam leżeć ktoś taki, jak śp.Józef Piłsudski – to czemu nie śp.Lech Kaczyński? Przynajmniej nie był w „PPS - Frakcja Rewolucyjna” tylko na lewym skrzydle Porozumienia CENTRUM...
Źródło informacji: http://korwin-mikke.blog.onet.pl
Jan Cyraniak - Garść uwag prostego prawicowca
Jestem w głębokim szoku. Jestem podłamany. Zrezygnowany.
Ja rozumiem, że szczekają psy łańcuchowe pewnej gazety - taki dostały rozkaz, za to im płacą. Rozumiem, że specjalizujący się w prostackich wyzwiskach "profesor" dojrzał nową okazję do zapluwania się. Rozumiem też, że reżyser będącego na topie filmu boi się, że ktoś mu ukradnie palmę pierwszeństwa w byciu polskim symbolem Katynia [choć razi brak wdzięczności za niespodziewaną "reklamę" tegoż filmu]. Rozumiem, że dziennikarze pewnych stacji telewizyjnych cieszą się, że wreszcie mogą przestać bić całodobowe pokłony tragicznie zmarłemu Prezydentowi i wbić kilka szpil. Rozumiem też krakowskich działaczy pewnej partii, którzy naprędce skrzykniętych naiwniaków popędzili pod okna kardynała Dziwisza [mają w tym doświadczenie, pamiętajmy jak "młodych wykształconych" popędzili do urn w 2007 r.]. Rozumiem również tych młodych ludzi - przez pięć lat słyszeli non-stop, że nasz Prezydent to złośliwy, śmieszny, zakompleksiony karzeł, żartowali i szydzili z niego, nagle zaś znajdują się w innym świecie - poseł Palikot zapada się pod ziemię, telewizje prześcigają się w uwielbianiu śp. Prezydenta, Adam Michnik wyznaje, że krytykował go zbyt brutalnie, kardynał Dziwisz uznaje go godnym do pochówku na Wawelu, a oddać mu ostatni hołd chce prawie osiemdziesięciu najważniejszych przywódców świata. Też bym dostał na głowę i się zapluł - a trzeba być niespełna rozumu, by w sytuacji, gdy na Polskę zwrócone są oczy całego świata, robić szopę z protestami przeciwko miejscu pochówku śp. Prezydenta. Kompletny brak realizmu politycznego. Ogromną ironią losu byłoby oglądać jak to nie śp. Lech Kaczyński nas ośmiesza w oczach świata, ale używający tego argumentu wobec niego zawistnicy. No, ale to wszystko da się jeszcze zrozumieć.
Natomiast kompletnie nie rozumiem tego, co się dzieje w sprawie Wawelu na polskiej prawicy. I nie mówię o PO, czy PiS [to partie de facto lewicowe], ale o autentycznych prawicowcach, konserwatystach, narodowcach i monarchistach. Nie czuję się godny ich pouczania, chcę po prostu wyrazić niezrozumienie z pozycji prostego sympatyka ruchu prawicowego.
Nie wiem co powiedzieć, nie wiem. Krytyczne wobec pochówku artykuły na portalach monarchistycznych wywołały u mnie pewien niesmak, tym trudniejszy, że sam jestem monarchistą. W stan szoku jednak wprowadził mnie artykuł Gazety Wyborczej cytujący obficie z owych portali. Kontrrewolucjoniści dostarczający amunicję awangardzie lewactwa - jeszcze czegoś takiego nie widziałem, jak żyję. Dotychczas z dumą mówiłem, że jestem monarchistą. Nadal będę tak mówił, ale już nie tak często i bez tej dumy. Już sobie wyobrażam te komentarze - "ty od tych, co w Wyborczej pluli na Kaczora???" W jeszcze głębszy stan szoku wprowadził mnie potwornie brutalny atak ad personam na Jarosława Kaczyńskiego dzieła pewnego polityka narodowego. Zacząłem się zastanawiać: gdzie my żyjemy - w dżungli?
I wcale nie chodzi mi o to, że monarchiści nie mają racji. Zgadzam się z ich argumentami i jestem w 100% świadom, że demokracja jest złym systemem rządów, że demokratycznie wybrany Prezydent nie może się równać Królom, Bożym Pomazańcom. Ale kwestia pochówku na Wawelu to nie jest pytanie o to, czy Prezydent równy jest Królom, albo czy śp. Lech Kaczyński na to zasłużył. Wydaje mi się, że to kwestia katolickiego posłuszeństwa, odczytania znaków czasu, realizmu politycznego i zwykłej kultury.
Dlaczego jest to kwestia posłuszeństwa?
Otóż sam pomysł oprotestowywania i krytykowania decyzji kard. Dziwisza wydaje mi się wielce niestosowny jak na katolickich tradycjonalistów, ludzi kulturalnych, dżentelmenów aspirujących do miana ostatnich reprezentantów Cywilizacji Łacińskiej. Przecież decyzję podjął kardynał, książę Kościoła. Podobno prawdziwie katolicką cnotą jest posłuszeństwo. Więcej posłuszeństwa od monarchistycznego betonu wykazał Lech Wałęsa który stwierdził, że jako wierny katolik przyjmuje decyzję Kościoła. A słowa płynące spod tradycjonalistycznych klawiatur przywodzą na myśl płomienne przemówienia Marcina Lutra. Też chciał być bardziej papieski od papieża. Jakaż ironia! Monarchistyczna, antydemokratyczna krytyka decyzji kard. Dziwisza wpisuję się w "gazetowyborczy" chór demokratycznego, rewolucyjnego buntu przeciwko autorytetowi kardynalskiemu.
Dlaczego jest to kwestia odczytania znaków czasu?
Monarchiści krytykują fakt, że na Wawelu spocznie demokrata - i tylko na tym się skupiają [mason książę Poniatowski, Mickiewicz z sekty Towiańskiego i deista Kościuszko nie przeszkadzają?]. Zadziwiające, że ci piewcy Bożego zaangażowania w każdy moment ludzkiej historii nie dostrzegają oczywistych znaków Opatrzności towarzyszących tej katastrofie, tak jakby przyjęli, że Bóg nie działa w demokracji. Podsumujmy: miejsce i czas katastrofy [poranek wśród smoleńskich lasów w 70-tą rocznicę zbrodni], lista pasażerów [politycy, urzędnicy, oficerowie WP, prominenci z Rodzin Katyńskich, Ryszard Kaczorowski, itd.], sfilmowany na niebie krzyż, niemal nienaruszony wieniec od śp. Prezydenta dla ofiar Katynia znaleziony pośród szczątków, znaleziona przy wraku nieuszkodzona, nawet nie ubłocona biało-czerwona flaga... do tego efekty, jakie ta katastrofa wywołała u nas [ogromny pokaz narodowej dumy i patriotyzmu, zamknięcie mordy opluwaczom wartości, udowodnienie kłamliwości mediów, okładkowa kompromitacja dwóch najbardziej wrogich Bogu pisemek - "Nie" oraz "Faktów i Mitów", itd.], w Rosji [przywódcy wizytujący miejsce, które miało być wymazane z ludzkiej pamięci, mówiący o zbrodni językiem Rodzin Katyńskich, wychodzący z siebie aby uniknąć wszelkich podejrzeń, do tego emisja "Katynia" w rosyjskiej TV] i w świecie [zbrodnia katyńska na ustach mediów zagranicznych, ogromny popyt na film "Katyń", chęć udziału tylu głów państw w pogrzebie śp. Prezydenta] - to wszystko ma być tylko przypadkiem?
Nie, nie ma przypadków, są tylko znaki. Doskonale powinni wiedzieć o tym ci, którzy w swoich artykułach na co dzień lansują słuszną przecież tezę o ciągłym zaangażowaniu Boga w ludzką historię. Tymczasem zamiast rozpoznać te znaki, zamiast przypomnieć sobie, że Bóg "chcąc świat cały mieć jej męstwa świadkiem, w nieszczęściach samych pomnażał jej sławę" i zaakceptować unieśmiertelnienie tej tragicznej ofiary poprzez pochówek śp. Prezydenta na Wawelu, przyłączają się do chóru polakożerców, którzy ze zwykłej zawiści pragną zdeprecjonować wielkość wydarzeń, w jakich uczestniczymy, próbują zniszczyć tak cenne owoce, jakie ta ofiara już zaczęła wydawać. Czyż nie mam racji? Śmiało, niech znajdzie się katolik-monarchista, który powie, że Bóg nie miesza się w dzieje narodów...
Dlaczego jest to kwestia realizmu politycznego?
Niezależnie od tego czy śp. Lech Kaczyński zasłużył na taki pochówek, czy też nie - protestowanie przeciwko pogrzebowi na Wawelu i krytyka decyzji kard. Dziwisza to szkodzenie interesom Polski. Oczy całego świata są na nas zwrócone, na uroczystość mają przyjechać głowy prawie stu państw. Na szali położony został autorytet całego kraju. Czy wyobrażają sobie Państwo jaką porutą byłaby zmiana miejsca pochówku? To jest już niemożliwe. A jeśli jest niemożliwe, to po co protestować, po co krytykować? Lepiej zrobić "dobrą minę do złej gry", "przełknąć żabę" i wspólnie zastanowić się jak dla dobra Polski wykorzystać całą otoczkę tej tragedii, włącznie z tak godnym i wspaniałym pogrzebem. Wykorzystać dla dobra Polski - czyli na pewno nie siedzieć gdzieś w kącie i mruczeć coś o "demoliberalnych" okupantach profanujących wawelskie krypty. Może powinniśmy w przyszłości zorganizować jakąś monarchistyczną kampanię reklamowo-medialną w celu wykazania, że ostatnie wydarzenia udowodniły jak bardzo ludzie w swej podświadomości pragną, by władza miała prawdziwy Majestat? Zróbmy coś konstruktywnego, do kroćset. I mam nadzieję, że żadnym ludziom z naszego środowiska nie przyjdzie na myśl protestować w niedzielę - to dopiero byłby pokaz barbarzyństwa. Chociaż niezbyt długi - obawiam się, że tysiące żałobników nie okaże zrozumienia dla racji protestujących... ani dla ich nietykalności cielesnej.
Dlaczego jest to kwestia zwykłej kultury?
Otóż dlatego: ciszej nad tą trumną!
Jeszcze tylko wspomnę o człowieku, którego od dawna podziwiam. Jeśli chodzi o dobre maniery, zawsze można liczyć na Janusza Korwin-Mikkego, który będąc krytycznie nastawiony do pochówku na Wawelu napisał tak...
"Gdy po raz pierwszy moja krewna Kaja spytała mnie, czy sądzę, że ciała śp.Prezydentostwa powinny spocząć na Wawelu, zdębiałem - i odparłem, że o tym decyduje Rodzina oraz właściciel miejsca pochówku. Ani nie jestem Ich krewnym, ani właścicielem tego zamku - więc po co mnie o to pytać? (...) To jednak, powtarzam, ani nie moja ani nie społeczeństwa sprawa. Społeczeństwo ma uszanować wolę Rodziny i ks. kard. Dziwisza - i już."
Dziękuję za lekturę, pozdrawiam i mam nadzieję, że koledzy konserwatyści zdadzą egzamin z kultury i nie obrzucą mnie inwektywami.
Tekst został napisany przed ukazaniem się oświadczenia lubelskiej OMP
Źródło informacji: KONSERWATYZM.pl
|
|
|
patriotyzm
|
|
Jacek Bartyzel 2010-04-13 W mediach pojawiły się doniesienia, które wyglądają na coś więcej niż spekulacje, jako że z powołaniem się na wypowiedzi wysokich urzędników państwowych, że planowanym miejscem pochówku śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i Jego śp. Małżonki jest Wawel. Towarzyszy im też zadziwiająca informacja, że decyzję w tej sprawie pozostawiono Rodzinie Zmarłych, a zatem – co nie ma nic wspólnego z bezmiarem cierpienia, która ją dotknęło – osobom prywatnym, nie mającym prawa dysponować kluczami do Katedry Wawelskiej. Jeżeli te pogłoski się sprawdzą, trzeba powiedzieć, że byłaby to decyzja bulwersująca. Wawel i jego nekropolia w katedrze koronacyjnej władców Polski to miejsce zupełnie wyjątkowe dla „polskiej duszy”. To sanctum sanctorum „narodowego pamiątek kościoła”. Podziemie tej nekropolii zostało na wieki przeznaczone wyłącznie dla królów oraz dla tych, którzy – jak powiedział Marszałek Piłsudski – „królom byli równi”, narodowych wieszczów i herosów przekraczających zwykłą ludzką miarę. Miejsca na Wawelu odmówiono przecież nawet Stanisławowi Augustowi – chociaż był on Pomazańcem Bożym. Skoro dyskwalifikujące było w jego wypadku podpisanie traktatów rozbiorowych Rzeczypospolitej, to jakże można stosować inną miarę wobec tego, kto w imieniu Rzeczypospolitej złożył swój podpis pod Traktatem Lizbońskim? Już pochowanie w podziemiach Katedry Wawelskiej generała Władysława Sikorskiego (który nie był nawet Głową Państwa) obniżyło niebotyczną rangę tego narodowego sanktuarium. W jednym i w drugim wypadku – wówczas i obecnie – działa ten sam mechanizm emocjonalnego wykorzystywania tragedii dotykającej całą polską civitas. Emocjonalny szantaż nie jest jednak dobrą drogą do umacniania ojczystej wspólnoty zbiorowego losu, nawet jeżeli powodują nim szlachetne intencje. Jak stwierdzono w oświadczeniu Klubu Konserwatywnego w Łodzi w sprawie tragedii smoleńskiej, którego byłem współsygnatariuszem, sprawiedliwa i wyważona ocena prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego musi być pozostawiona historii. Natomiast kreowanie mitu epokowego Męża Stanu nie ma większego związku z prawdą niż zaiste wstrętne i poniżające deprecjonowanie go za życia przez politycznych wrogów “dożynających watahę” i wyzute z wszelkiej przyzwoitości media. Podziemia Katedry św. Jana w Warszawie, miejsce spoczynku poprzednich prezydentów Rzeczypospolitej, to z pewnością nekropolia jak najbardziej odpowiednia dla godności i zasług śp. Prezydenta Kaczyńskiego. Wawelska Akropolis, na której, jak wieścił Wyspiański, dopełnić mają się dzieje, ta polska axis mundi do Nieba, jest jednak za wysoko.
Post scriptum do komentarza w sprawie pochówku Pary Prezydenckiej – Jacek Bartyzel Decyzja zapadła: oznajmił ją gospodarz Katedry Wawelskiej, Jego Eminencja ks. abp Stanisław kardynał Dziwisz – Para Prezydencka jednak spocznie na Wawelu. Z ust tego hierarchy Kościoła padło także potwierdzenie wcześniejszej, nieoficjalnej, informacji, iż decyzję w sprawie wyboru miejsca pochówku pozostawiono Rodzinie Zmarłych, co wielu uważało dotąd za potwarz i wymysł wrogów śp. Prezydenta. Sprzeciwiać się decyzjom już niepodobna. Trzeba jednak, zamykając sprawę powiedzieć otwarcie: to gruby błąd, który w pierwszej kolejności zemści się na inicjatorach tego pomysłu. Dziś, w obliczu ogromu tragedii, podlece musieli umilknąć albo nawet udawać żałobę; jutro będą mogli – mając za usprawiedliwienie tę przesadę – odzyskać rezon i wrócić do „mowy nienawiści”. Lecz fatalne skutki będą bardziej dalekosiężne i dotyczące całej wspólnoty polskiego losu. Po raz kolejny bowiem, i jeszcze bardziej jaskrawo, złamano zasadę ponadpartykularnego charakteru religijno-politycznego sanktuarium Królestwa Polskiego. Zerwanie tej tamy może w dalszej kolejności skutkować tym, że każda partia będzie chciała odtąd umieścić „swojego” prezydenta pośród królów. Już na horyzoncie widnieje prawdopodobieństwo pochówku tam kiedyś Lecha Wałęsy, a kto wie – może ktoś, i to zapewne w bliższej przyszłości, zgłosi nawet pomysł pochowania na Wawelu „prezydenta” Wojciecha Jaruzelskiego? Tym, co widać w tej chwili jak na dłoni jest skażona w samej swojej istocie natura reżimu republikańsko-demokratycznego, w którym nikt i nigdy nie może być personifikacją całości. Republikańscy politycy mogą być najlepszymi ludźmi, gorącymi patriotami, najdzielniejszymi wodzami i najgenialniejszymi mężami stanu, ale zawsze będą tylko przywódcami tej części społeczeństwa, która się z nimi utożsamia, zawsze też będą napotykać sprzeciw innej jego części. Nigdy nie będą mogli reprezentować, w ścisłym tego słowa znaczeniu, Polski. To nieusuwalna wada strukturalna porządku takiego corpus politicum, które nie ma Głowy, nie ma swojego „pana przyrodzonego”. Jeśli zaś nie ma Królestwa, to roztropność nakazywałaby zawrzeć wrota podziemi katedry na Wawelu, aby naród mógł obcować tam duchowo z tymi, którzy z samej swojej natury tylko łączą, nigdy nie dzielą. I jeszcze jedna kwestia, którą koniecznie należy podnieść. Nigdy dotąd, „zrównując” z królami narodowych bohaterów, których religijna ortodoksja była przecież w każdym wypadku wątpliwa (deista Kościuszko, formalny apostata Piłsudski, wolnomularze Poniatowski i Sikorski), nie posunięto się do tego, aby grzebać wraz z nimi ich małżonki. Dotąd są tam pochowane jedynie małżonki monarchów ukoronowane na królowe Polski. Odtąd pośród nich, przede wszystkim zaś obok patronki naszego Królestwa, św. Jadwigi Andegaweńskiej, z Bożej łaski króla Polski, będzie spoczywać śp. prezydentowa Maria Kaczyńska, która publicznie przeczyła nauce moralnej Kościoła. Ból z powodu Jej strasznej, nagłej i niespodziewanej śmierci jak najbardziej skłania do modlitwy za Nią w intencji ocalenia Jej duszy przed potępieniem; nie usprawiedliwia natomiast takiego wieńczenia rodzącego się już, i skwapliwie podchwyconego przez media, swoistego kultu „humanitarnej świętej”. Niepodobna również i w tym kontekście nie postawić pytania o rolę kościelnych strażników depozytu wiary, którzy najwidoczniej nie mają odwagi powiedzieć nie lekceważeniu ortodoksji katolickiej i zamknąć drzwi Świątyni Pańskiej przed faktycznym składaniem w niej hołdu jakiejś synkretycznej religii, złożonej z pierwiastków rozwodnionego, sentymentalnego chrześcijaństwa, patriotyzmu i świeckiego humanitaryzmu. Biskupi, którzy przez wieki zasiadali w wysokich krzesłach Senatu Królestwa Polskiego, zdają się dziś zapominać, że było to Regnum Orthodoxum.
|
|
|
SZTUKA KŁAMANIA - medialna propaganda
|
Fronda
Mediom nie zależy na faktach lecz na zdyskredytowaniu Kościoła, by odmówić mu głosu w kwestiach moralności – uważają katoliccy intelektualiści i punktują nierzetelność prasy w donoszeniu o skandalach seksualnych z udziałem księży katolickich.
W artykule, który ukazał się w poniedziałek na łamach katolickiego magazynu "First Things” George Weigel potępił sposób, w jaki papieża Benedykta XVI traktują obecnie media – w szczególności amerykański "New York Times”. Jego zdaniem, to część szerszego planu „obalenia Kościoła” i zdyskredytowania jego autorytetu.
- Według przeprowadzonych niedawno badań, dwa proc. sprawców nadużyć seksualnych stanowili księża katoliccy – napisał Weigel dodając, że w ubiegłym roku w Kościele, który liczy 65 mln członków, zanotowano 6 wiarygodnych przypadków nadużyć seksualnych wśród księży. Jego zdaniem, media próbują przedstawić Kościół jako „epicentrum molestowania seksualnego młodzieży”, podczas gdy wszystkie badania dowodzą, że to dzisiaj „najbezpieczniejsze w Ameryce środowisko dla młodych ludzi”.
Zdaniem autora „Odwagi bycia katolikiem” media nie są zainteresowane faktami a jedynie szkalowaniem. - Bo jeśli Kościół katolicki jest światowym spiskiem przestępców seksualnych i ich obrońców, to nie ma prawa zabierać głosu przy stole debaty publicznej w kwestii moralności – pisze Weigel.
Argumenty te popiera Michael O'Brien. Katolicki pisarz z Kanady wskazuje, że liczba samych nauczycieli oskarżanych co roku o molestowanie seksualne jest dziesięć do dwudziestu razy większa niż księży, ale tego już media nie zauważają. - Ciekawe byłoby poznać statystyki dotyczące molestowania seksualnego dotyczące dziennikarzy – dodaje O'Brien.
Autor „Ojca Eliasza” zwraca uwagę, że gdy sprawa dotyczy dziennikarzy lub nauczycieli, w mediach pojawia się zawsze jako odosobniony przypadek. Wystarczy, że winna osoba poniesie karę, a nikt nie domaga się ukarania całej instytucji. - Nikt nie sugeruje, że dziennikarstwo jest do cna skorumpowane i powinno być zburzone a potem odbudowane zgodnie z jakąś socjopolityczną teorią, która jest w danej chwili popularna – pisze O' Brien.
AJ/CNA/Studiobrien.com |
|
|
totalna kontrola żywności
|
|
|
|
|
Związek Socjalistycznych Republik Europejskich
|
Polskie Radio 2 marca 2010
Komisja Europejska zgodziła się na uprawę na terenie Wspólnoty genetycznie zmodyfikowanej odmiany ziemniaków. To pierwsza taka decyzja w Unii od 12 lat.
Odmianę Amflora, na której uprawę zgodziła się Komisja, opracował niemiecki koncern chemiczny BASF. Kartofle mają być uprawiane w celach - jak to określono - przemysłowych, czyli powinny zostać przeznaczone raczej na paszę dla zwierząt, a nie ludzi.
Komisja zgodziła się również na sprzedaż trzech odmian genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy, nie pozwoliła jednak na ich uprawę na terenie Wspólnoty.
Decyzja Komisji oznacza, że wszystkie kraje, nawet te niechętne produktom GMO, takie jak Polska, będą musiały zezwolić na uprawę zmodyfikowanego ziemniaka. Warszawa już kiedyś próbowała zakazać całkowicie żywności modyfikowanej, ale została zmuszona przez Komisję do zmiany przepisów. "Wyjściem z sytuacji jest jeszcze wprowadzenie tak zwanej klauzuli ochronnej" - mówi ekspertka Komisji Eleftheria Nearchou. To jednak nie będzie takie proste. „Jeśli kraj będzie chciał wprowadzić klauzulę ochronną, musi przedstawić nowe dane naukowe mówiące o szkodliwości dla zdrowia lub środowiska danego produktu" - dodaje ekspertka. Kraj członkowski musiałby podważyć decyzję Europejskiej Agencji do spraw Bezpieczeństwa Żywności, która zezwoliła na uprawę zmodyfikowanego ziemniaka.
Debata dotycząca produktów genetycznie modyfikowanych wywołuje zawsze wiele kontrowersji. Tym razem zaskakujący jest pośpiech. Komisja zdecydowała o zgodzie na uprawę Amflory w pierwszym miesiącu urzędowania. Wcześniej zmodyfikowany ziemniak czekał na zgodę Brukseli prawie 12 lat. Już pojawiają się komentarze, że nowa Komisja bardzo szybko uległa lobby przemysłowemu. Zgodę na uprawę roślin modyfikowanych Komisja wydała do tej pory tylko raz - w 1998 roku w przypadku odmiany kukurydzy o nazwie MON 810.
Informacyjna Agencja Radiowa (IAR) |
|
|
niszczenie rodziny
|
|
FRONDA
W decydująca fazę wchodzą prace nad niezwykle kontrowersyjną
nowelizacją ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Podpisz
protest przeciwko przepisom uderzającym w rodzinę i wolność.
- Jest to bolszewicki mechanizm prawny polegający na wierze w to, że
urzędnik pomoże - ocenia projekt nowelizacji poseł PO Jacek Żalek. - W
tym przypadku urzędnik może zaszkodzić swoją nadgorliwością.
- Chcieliśmy znaleźć złoty środek - twierdzi z kolei klubowa
koleżanka Żalka, Domicela Kopaczewska, członkini sejmowej Komisji
Polityki Społecznej i Rodziny. - Duże kontrowersje budziło pytanie, na
ile politycy mogą ingerować w rodzinę nie naruszając jej podstawowych
praw.
Zdaniem Kopaczewskiej proponowane rozwiązania są tak pomyślane, by
ingerencja w sprawy rodziny nie szła tak daleko, jak np. w Szwecji. Czy
rzeczywiście nie ma się czym niepokoić?
Dziwne zapisy
- Zwłaszcza zapis o możliwości odebrania dzieci przez urzędników bez
wyroku sądowego budzi kontrowersje. Zamiast rozwiązywać problemy,
stwarza zagrożenie rozbicia rodziny. A to droga do kolejnych patologii.
- nie ma wątpliwości Żalek.
Także Kościół oraz świeckie środowiska prorodzinne i katolickie są
bardzo zaniepokojone i głośno protestują przeciwko takiej nowelizacji
ustawy. Podkreślają potrzebę przeciwdziałania przemocy w każdym
środowisku, w tym także środowisku rodzinnym. Ale adekwatnie do
problemu. Ich zdaniem pozytywne założenia ustawy, jak np. zakaz
zbliżania się oprawcy rodzinnego do domu i zakaz kontaktów z
najbliższymi, nikną w gąszczu ideologicznych założeń.
Już 3 marca w Sejmie RP odbędzie się drugie czytanie nowelizacji
ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Nowelizację przygotowała
Sejmowa Komisja Polityki Społecznej i Rodziny, która oparła się na
dwóch projektach: rządowym i poselskim (Klubu Lewicy).
- Ustawa w obecnym kształcie jest zupełnie nie do przyjęcia. Same
definicje przemocy fizycznej czy psychicznej są po prostu dziwne -
ocenia w rozmowie z portalem Fronda.pl poseł Mariusz Błaszczak,
rzecznik prasowy klubu PiS. Dodaje, że kolejną kontrowersyjną rzeczą
jest wspomniana możliwość odbierania dzieci rodzicom przez opiekę
społeczną.
Państwowe porwanie dziecka
Jeśli bowiem ustawa wejdzie w życie, to na podstawie decyzji jednego
pracownika socjalnego będzie można odebrać rodzicom dziecko bez decyzji
sądu. - Potrzeba są środki przeciwdziałania przemocy skierowanej
przeciwko najmłodszym. Ale trzeba uważać, żeby nie wylać przysłowiowego
dziecka z kąpielą - mówi w rozmowie z portalem Fronda.pl poseł PSL
Mieczysław Kasprzak. - Byle klaps może spowodować wszczęcie
postępowania sądowego - ostrzega. Ale to Jolanta Fedak, minister pracy
i polityki społecznej rekomendowana przez PSL, promuje kontrowersyjne
rozwiązania.
Ten kontrowersyjny projekt Art. 12a. 1. brzmi : "(...) pracownik
socjalny wykonujący obowiązki służbowe ma prawo odebrać dziecko z
rodziny i umieścić je w rodzinie zastępczej lub w całodobowej placówce
opiekuńczo-wychowawczej. (...) 3. Czynności, o których mowa w ust. 1,
pracownik socjalny wykonuje przy udziale lekarza lub ratownika
medycznego, lub pielęgniarki, lub Policji."
– Będzie jak na Zachodzie, gdzie się mówi, że bulterierowi czasami
uda się wyrwać dziecko, a od pracownika socjalnego nigdy – ostrzega w
„Rzeczpospolitej” z 23 lutego br. prof. Marek Andrzejewski z Polskiej
Akademii Nauk specjalizujący się w prawie rodzinnym.
PO na razie wygląda na podzieloną w sprawie nowelizacji, podobnie
PSL. PiS będzie przeciw. Ustawę w proponowanym kształcie prawie na
pewno poprze natomiast Klub Lewicy. - Powinna zostać jak najszybciej
przyjęta. Jej potrzeba wynika z doświadczeń organizacji pozarządowych i
z tych kilku lat, które minęło od uchwalenia tej ustawy w pierwotnym
kształcie - mówi w rozmowie z nami wiceprzewodnicząca SLD Katarzyna
Piekarska. Choć lewica poprze ustawę Piekarska w jej ocenie formułuje
pewne "ale".
- Na przemoc wobec dzieci trzeba szybkiej reakcji. Ale też nie
jestem za nadmierną ingerencją państwa - stwierdziła Piekarska.
Podkreśla też, że pracownicy socjalni, nauczyciele i inni dorośli
mający kontakt z dziećmi powinni być wyczuleni i dobrze wyszkoleni pod
kątem przemocy wobec dzieci. Sama wytyka też opiece społecznej
zaniedbania powołując się na głośny przypadek noworodków zabitych przez
rodziców, których ciała były chowane w beczkach. - Osobiście wolę, żeby
dziecko zostało odebrane rodzicom za szybko, niż żeby zostało
znalezione w beczce - mówi Piekarska.
Nie krytykuj!
Na podstawie jakich wytycznych będzie pracować pracownik socjalny?
Na stronie internetowej Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej można
przeczytać poradnik pracownika socjalnego. Oto, jak jest w nim
definiowana przemoc wobec dzieci:
„Przemoc fizyczna jest to wszelkiego rodzaju bezpośrednie działanie
z użyciem siły, którego rezultatem jest nieprzypadkowe zranienie np.
popychanie, obezwładnianie, policzkowanie,szczypanie, kopanie,
duszenie, bicie otwartą ręką, pięścią lub przedmiotami, oblewanie
wrzątkiem lub substancjami żrącymi, użycie broni, itp.
Przemoc psychiczna jest to działanie prowadzące do zniszczenia
pozytywnego obrazu własnej osoby np.: wyśmiewanie, poniżanie,
upokarzanie, zawstydzenie, narzucanie własnych poglądów, ciągłe
krytykowanie, kontrolowanie, ograniczanie kontaktów, stosowanie gróźb,
szantażowanie.
Przemoc seksualna jest to wymuszanie różnego rodzaju niechcianych
zachowań w celu zaspokojenia potrzeb seksualnych sprawcy np.
nieakceptowane pieszczoty, praktyki seksualne, seks z osobami trzecimi,
sadystyczne formy współżycia, krytykowanie zachowań seksualnych”.
Nie trzeba być prawnikiem, posłem ani ekspertem od spraw
społecznych, aby być zaniepokojonym niektórymi z powyższych wskazówek.
Co to znaczy na przykład, że rodzic nie będzie mógł "narzucać własnych
poglądów” lub „ograniczać kontaktów”. Co oznacza "ciągłe krytykowanie"?
- Już sama nazwa ustawy uderza i deprecjonuje rodzinę - zwraca uwagę
poseł Błaszczak. - Łączenie słów "przemoc" i "rodzina" jest
niesprawiedliwe w stosunku do rodziny. Podważa się tym samy wychowawczą
rolę rodziny, nie wspominając przy tym, że zaznacza część tej przemocy
dzieje się w związkach niesformalizowanych, dalekich od tradycyjnego
modelu rodziny - wyjaśnia.
Strona kościelna Zespołu ds. Rodziny Komisji Wspólnej Rządu RP i Konferencji Episkopatu Polski
także ma wątpliwości wobec tytułu ustawy, który jej zdaniem jest
nieadekwatny do treści, gdyż dotyczy osób wspólnie zamieszkujących -
nawet przez bardzo krótki okres - a osoby te nie muszą być w
jakichkolwiek stosunkach rodzinnych. "Dlatego uważamy, że powinien być
zmieniony np.: na ustawę o przemocy domowej" - piszą reprezentujący
Episkopat Joanna Krupska, Antoni Szymański i Paweł Wosicki.
Służby specjalne do spraw rodziny?
Ale to nie wszystko. Ustawa zakłada również powołanie tzw. zespołów
interdyscyplinarnych, które poddadzą nadzorowi „podejrzane” rodziny. W
tym celu nadzorcze zespoły będą dysponowały prawem przetwarzania
wrażliwych danych, w tym danych o stanie ich zdrowia i życiu rodzinnym.
Bez wiedzy nawet osoby, co do której są przynajmniej podejrzenia, że
jest ofiarą domowej przemocy, czyli np. dorosłej kobiety, zespół może
gromadzić informacje o stanie jej zdrowia. Innymi słowy, rodzina może
być skontrolowana nawet bez wiedzy jakiegokolwiek jej członka!
Krajowa Rada Kuratorów oznajmiła, że te propozycje nie były z nią
konsultowane jako samorządową reprezentacją kuratorów. Rada po analizie
projektu proponuje rezygnację z obligatoryjnego powoływania zespołów
interdyscyplinarnych i uważa, że zespół interdyscyplinarny jest metodą,
a nie formą, która wymagałaby trwałej struktury. Dlatego kuratorzy
chcą, aby ustawa stwarzała możliwość, a nie obowiązek, powoływania tych
zespołów. Kuratorzy są też sceptyczni wobec propozycji takich, jak:
zbieranie danych teleadresowych, weryfikowanie podejrzeń, planowanie
strategii.
Uważają, że działania takie wiążą się, w wysokim stopniu, z
ingerowaniem w życie rodziny, a nawet mogą być związane z działaniem
wbrew jej intencjom i życzeniom. To, ich zdaniem, dopuszczalne jest
tylko w uzasadnionych, ściśle określonych przypadkach. KRK sprzeciwia
się zespołowi interdyscyplinarnemu również ze względów na koszty
utrzymania takiej struktury.
Z inicjatywy Związku Dużych Rodzin Trzy Plus oraz Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców można złożyć swój PODPIS wyrażając w ten sposób swój sprzeciw wobec projektu ustawy.
Magdalena Romaniuk, Mariusz Majewski
|
|
|
totalna kontrola żywności
|
To nie są żarty. Za lekkomyślność i ignorancję naszego pokolenia mogą słono zapłacić nasze dzieci i wnuki. Tu jest mowa o poważnej groźbie nieodwracalnego skażenia całej żywności w Polsce i nie tylko. Ten temat zasługuje na więcej uwagi niż przepychanki komisji śledczej i opinie dziennikarzy. Całość materiału podzielona na odcinki znajduje się w You Tube
|
|
|
Związek Socjalistycznych Republik Europejskich
|
http://nczas.com/publicystyka/wazne-klauzula-schodow-ruchomych-w-traktacie-lizbonskim/
Marcin Masny
PiS-owskie i okoliczne projekty nowej polskiej konstytucji zawierają obostrzenia w kwestii ratyfikacji umów międzynarodowych. Będzie to przedstawiane patriotycznym wyborcom jako blokada wobec dalszego ograniczania suwerenności Polski. Polacy nie powinni uwierzyć w tę propagandę. Bracia Kaczyńscy mogli sobie pozwolić na pseudoniepodległościowe pomysły w projekcie tylko dlatego, że ich eksperci konstytucyjni znają traktat lizboński i jego sprytne klauzule. Jedna z nich, zwana klauzulą kładki (passerelle) lub klauzulą schodów ruchomych, przewiduje, iż dalsze zmiany ustroju Unii nie będą już wymagały traktatów ratyfikowanych przez parlamenty i prezydentów. Lech Kaczyński, wiedząc o tym, podpisał się pod traktatem, który w perspektywie kilku lat ma odebrać. Polsce do reszty suwerenność, czyniąc z niej riespublikę Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Jeśli obecny prezydent resztek Rzeczypospolitej zrobił to nieświadomie, powinien o swojej ignorancji publicznie poinformować.
Co to jest kładka?
Wyjaśnienie należy się nie tylko Czytelnikom. Większość polskich polityków nie wie, czym ona jest. Generalnie klauzula (czyli postanowienie umowne, traktatowe) zwane kładką – to furtka dla Rady Europejskiej (zgromadzenia głów państw) umożliwiająca im jednogłośne upoważnienie rady ministrów (czyli ministrów od jednej sprawy zgromadzonych razem) do głosowania kwalifikowaną większością we wskazanych (mniej lub bardziej precyzyjnie) sprawach. Dla organizacji grupujących suwerenów jedynym dotąd przez wieki dopuszczalnym sposobem decydowania była jednomyślność. Żadna grupa suwerenów w historii nie zgodziła się na głosowanie we własnym gronie większością głosów. Już samo złamanie tej tradycji pokazuje, że w unijnym ustroju Polska nie jest suwerenem. Ba! Jeśli przyjąć prawnicze rozróżnienie, iż nie ma „częściowej suwerenności”, czy też „suwerenności dzielonej”, a państwo albo jest całkiem suwerenne, albo nie jest takie w ogóle, pozostaje tylko jedna wykładnia tego ładu prawnego: Polska już nie jest suwerennym państwem, bo się swojej suwerenności zrzekła. O tym pisaliśmy w „NCz” jesienią. Pozostaje zatem pytaniem, czy wysokie prawdopodobieństwo sfałszowania referendum akcesyjnego osłabia tę wykładnię.
Przypomnijmy, że zgodnie z aktem wykonawczym do ustawy archiwalnej, wydanym przez ministra kultury (sic!), osławionego Waldemara Dąbrowskiego, dokumentacja referendum została pośpiesznie zniszczona. Klauzula kładki od 1992 roku dotyczy policji i współpracy wymiaru sprawiedliwości. Od 2001 roku – imigracji i azylu, polityki społecznej i ekologii. W 2004 roku Rada Europejska zastosowała ją w praktyce do polityki imigracyjnej. Traktat lizboński rozciąga ją na wszystkie dziedziny, wyjąwszy obronę. Oczywiście – można powiedzieć, że bez zgody polskiego uczestnika Rady Europejskiej wejście na kładkę będzie niemożliwe, ale nadal wysoce prawdopodobne jest, że prezydentem lub premierem (a więc tym właśnie uczestnikiem) będzie zwolennik Polski jako powiatu na skraju Europaństwa. Ponadto klimat Rad Europejskich nie sprzyja sprzeciwom. Istnieje wiele sposobów, żeby pojedynczego człowieka – i to nie monarchę, tylko wybranego na parę chwil urzędnika – omotać i skłonić do zgubnej decyzji.
Na kładce decydujące będą realne atrybuty suwerenności. Państwo pozbawione pieniędzy, armii, policji, wywiadu i służby dyplomatycznej jest z góry skazane na porażkę. Na plus panom Tuskowi i Sikorskiemu można zapisać, że przynajmniej polskiej dyplomacji nie postawili do rozporządzenia czerwonej baronessie, zwanej w PO trafnie „Eurofotygą”. Co do innych atrybutów… po prostu Polska ich nie ma.
Schluss!
Klauzulę kładki porządek lizboński poddaje innej klauzuli – wyższej hierarchicznie. Jest to klauzula parasola, która upoważnia do stosowania klauzuli kładki. W zasadzie tę pierwszą nazwę możemy zapomnieć. Zacznijmy o początku. Poprawki do traktatów unijnych w sposób zwyczajny można będzie wnosić ścieżką wiodąca od konferencji międzyrządowej aż do ratyfikacji przez poszczególne państwa członkowskie. W nieco uproszczonej procedurze będzie to decyzja Rady Europejskiej poddana ratyfikacji. W najbardziej uproszczonym postępowaniu (a gwarantuję, że będzie to właśnie procedura najczęstsza), Rada Europejska jednogłośnie zgodzi się na rezygnację z procedury traktatowej. Wtedy zmiana ustroju superpaństwa nastąpi w drodze tajnych, gabinetowych przetargów. Głosowanie większościowe na forum Rady Ministrów na razie miałoby być rozstrzygane według nicejskiej, a nie lizbońskiej, kalkulacji głosów, ale to i tak oznacza koniec państwa polskiego w jego znanej dotąd formie.
Zanim jednak walec integracji do końca zgniecie suwerenność mniejszych państw narodowych, zdarzyć się może wiele rzeczy. Katastrofa finansów publicznych w Grecji, Hiszpanii, Irlandii, być może we Włoszech, a nawet w Wielkiej Brytanii, może skłonić niemieckie kręgi gospodarcze do buntu. Niemcy, potężnie dotknięte depresją, coraz mają coraz mniejszą ochotę finansować eurokołchoz. Powiedzą: „Schluss!” Zażądają prawa do autentycznej ekspansji, której od 1945 roku odmawiały im mocarstwa zwycięskie, albo stworzą nową konstelację według własnego interesu. Akurat na to mają dość kapitału i inteligencji. I wtedy kładka poprowadzi Unię wśród mgły ku bagnistej toni bez wyjścia.
|
|
|
totalna kontrola żywności
|
http://www.fronda.pl/news/czytaj/sejm_porzadkuje_gmo_w_polsce_czy_zakaze_upraw
Regulacja kwestii żywności modyfikowanej genetycznie zbliża się wielkimi krokami. Przeciwnicy GMO alarmują przed konsekwencjami zdrowotnymi, zwolennicy odpowiadają: nie macie dowodów.
Rządowy projekt zakłada dostosowanie polskiego prawa do unijnego, kontrolę badań laboratoryjnych i rejestrację obrotu nasionami. Jednocześnie zmniejsza kary za nielegalne uprawy i handel. We wtorek przed komisjami Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa oraz Rolnictwa i Rozwoju Wsi odbyło się wysłuchanie publiczne w sprawie ustawy.
Głos zabierali głównie przeciwnicy GMO (którzy są jednocześnie przeciwni projektowi rządu), wskazując na szkodliwość upraw i niepewność związaną z ich wpływem na człowieka. Uważają też, że rośliny modyfikowane genetycznie mają być zagrożeniem dla rodzimego ekosystemu. Z kolei zwolennicy wskazują na fakt, że już dzisiaj większość żywności jest modyfikowana genetycznie i nic szczególnego się nie dzieje. Ich zdaniem nie ma dowodów na szkodliwość GMO, która stanowi szansę dla wielu plantatorów i konsumentów.
Genetyczne trucie, czy bujda na resorach?
Na wysłuchaniu obecny był m.in. Szymon Surmacz z Instytutu Spraw Obywatelskich. - Chcemy, by tak jak w niektórych innych krajach europejskich zakazać upraw kukurydzy MON 810 – mówi portalowi Fronda.pl. Organizacja, której jest ekspertem, sprzeciwia się uchwaleniu ustawy w obecnym kształcie. - W tej chwili przepisy są bardzo rozproszone i właściwie nie wiadomo, czy w końcu rolnik może sadzić kukurydzę MON810, czy nie. Rzeczywiście przydałoby się zebranie przepisów do jednej ustawy, by nie było bałaganu. Jednak nie do przyjęcia w proponowanej ustawie jest to, że zezwala ona na uprawy kukurydzy modyfikowanej – uważa Surmacz.
Innego zdania jest grupa rolników skupionych w kilku organizacjach, m.in. Koalicji na rzecz Nowoczesnego Rolnictwa. - Dlaczego o tym, czy będziemy stosować takie czy inne odmiany roślin uprawnych mają decydować politycy? Czy taka decyzja nie powinna należeć do rolników? Wszystkie dopuszczone przez odpowiednie autorytety i instytucje naukowe technologie mogą być bezpiecznie wykorzystywane. Dlaczego zatem politycy w Polsce tak bardzo chcą nam utrudnić dostęp do GMO, nie mając ku temu żadnych podstaw naukowych i ekonomicznych? - pytają w liście do posłów i senatorów.
Przeciwnicy GMO powołują się jednak na badania, które mają świadczyć o szkodliwości upraw roślin modyfikowanych genetycznie. Duża część modyfikacji polega na uodparnianiu roślin na pestycydy, bądź bezpośrednio na szkodniki. - Jest udowodnione, że niektóre odmiany bawełny modyfikowanej wywołują alergie skórne i pokarmowe. Wynika to z tego, iż roślina sama produkuje truciznę, która nie pozwala jej niszczyć szkodnikom. W efekcie powoduje ona także makabryczne poparzenia u rolników, którzy ją zbierają, np. w Indiach. W ten sposób modyfikuje się także soję, kukurydzę i rzepak – uważa Surmacz.
Zdaniem prof. Tomasza Twardowskiego z Polskiej Federacji Biotechnologii nie ma jednak dowodów na szkodliwość tych upraw. - Wbrew popularnym opiniom tych, którzy określają się jako „odpowiedzialni uczeni”, nie ma reproduktywnych, a przez to wiarygodnych informacji o negatywnych efektach inżynierii genetycznej dla człowieka lub środowiska. Natomiast są liczne dane jednoznacznie wykazujące pozytywne efekty, jak przykładowo: wyższe zyski rolników, zmniejszenie ilości stosowanych herbicydów i pestycydów, a przez to obniżenie skażenia środowiska; produkcja leków czy też oczyszczanie środowiska naturalnego – to kwestie nie podlegające nawet krytyce – pisze.
Naukowiec przytacza także koszty, które będą wynikać z zakazu GMO. - Polska nie jest samowystarczalna żywnościowo. Rocznie importujemy ok. 2 mln ton genetycznie zmodyfikowanej soi i kukurydzy na pasze. Można kupić surowiec niezmodyfikowany, ale ok. 30 proc. drożej. Wtedy albo produkty powstałe na bazie tych pasz (jaja, mleko, kurczaki, schab, wołowina) podrożeją o blisko 10-20 proc., albo te same produkty będziemy importować. Tyle że sprowadzane z zagranicy, np. kurczaki będą skarmione paszą genetycznie zmodyfikowaną i na dodatek będą droższe, bo z importu – uważa biotechnolog.
Co powiedzą komisje?
Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy GMO są krytycznie nastawieni do projektu rządowego. Obecnie znajduje się on w komisjach środowiska i rolnictwa; komisja środowiska powołała także podkomisję, która ma zająć się projektem. Los projektu w sejmie jest niepewny, bo nawet w Platformie Obywatelskiej, zdania na ten temat są mocno podzielone. A najczęściej jest tak, że posłowie w ogóle nie mają wyrobionego zdania w tej sprawie. - Zdecydowana większość osób wypowiadających się podczas wysłuchania sprzeciwiała się GMO. Nie mam ostatecznie wyrobionego poglądu, podobnie jak chyba większość posłów należących do komisji – mówi w rozmowie z portalem Fronda.pl poseł Henryk Milcarz z klubu Lewica. Wygląda jednak na to, że komisja albo odrzuci, albo zaostrzy zapisy projektu.
- Jestem zwolennikiem jak najdalej posuniętego ograniczenia GMO i dokładnego badania genetycznych modyfikacji. Siłą rzeczy nie można jednak całkowicie ograniczyć żywności genetycznie modyfikowanej, choćby ze względu na prawo europejskie. Dlatego trzeba sprawę rozważyć racjonalnie – mówi w rozmowie z nami poseł Arkadiusz Litwiński z Platformy Obywatelskiej. W podobnym tonie wypowiada się poseł Stanisław Kalemba z Polskiego Stronnictwa Ludowego. - Moim zdaniem przy takiej różnorodności roślin chronionych, jaką mamy w Polsce, niemożliwe jest utrzymywanie upraw GMO bez kosztów. Koegzystencja tego typu organizmów jest niemożliwa. Potrzebne są bardzo precyzyjne badania naukowe, które dadzą odpowiedź, jak duże jest zagrożenie – twierdzi polityk w rozmowie z portalem Fronda.pl. - Dlatego potrzebne jest wyraźne oznakowanie, jaka żywność jest, a jaka nie jest tego pochodzenia. Klub zajmie stanowisko przed głosowaniem, ale większość posłów stoi na stanowisku, by całkowicie zakazać GMO. Oczywiście jest jeszcze prawo europejskie i koalicjant, z którym musimy uzgodnić wspólne środowisko – dodaje.
Co powie sejm?
Wśród głównych przeciwników upraw genetycznie modyfikowanych jest także były minister środowiska (dziś poseł PiS) Jan Szyszko, jest więc prawdopodobne, że albo ustawa zostanie odrzucona, albo zaostrzona. Nie jest bowiem prawdą, że Unia Europejska nakazuje Polsce umożliwienie upraw GMO. Siedem państw UE zakazało hodowli kukurydzy MON 810 – jednak instytucje europejskie nie mają jednoznacznego stanowiska wobec tego zakazu. Ani Rada, ani Komisja Europejska nie podjęły decyzji w sprawie uchylenia zakazów w czterech z nich, czyli Austrii, Francji, Grecji i na Węgrzech.
Nie wiadomo właściwie, jak ostatecznie zdecydują kluby parlamentarne. Przykładowo: poseł Platformy Obywatelskiej Andrzej Czuma, który prowadził ożywioną korespondencję z pewną zwolenniczą zakazu GMO, wysłał do niej bardzo ostrą odmowę wsparcia zakazu upraw roślin genetycznie modyfikowanych. - Nie jestem entuzjastą regulowania produkcji i konsumpcji żywności przez władze publiczne. Jeśli żywność, którą krytykuje popierana przez Panią organizacja, jest istotnie tak niezdrowa to bez ingerencji władz publicznych jej uprawy zostaną zlikwidowane, ponieważ produkt nie znajdzie nabywców. Jednocześnie pozwolę sobie przypomnieć, że organizacja Greenpeace przez wiele lat zaangażowana była w ruch pacyfistyczny, który utrudniał prowadzenie polityki obronnej państw NATO i zapewne przypadkowo dobrze służył potrzebom polityki Związku Sowieckiego. Z tego względu trudno byłoby mi uwierzyć w koncepcje głoszone przez tę organizację – można było przeczytać w odręcznie podpisanym liście.
Także olsztyński parlamentarzysta PO Janusz Cichoń przeciwstawia się poglądom przeciwników GMO. - Przyszedł do mnie młody człowiek z tendencyjnie skonstruowaną ankietą, nakłaniający mnie do sprzeciwu wobec upraw – mówi portalowi Fronda.pl. - Rozmawiałem z nim chyba dwie godziny i nie byłem w stanie otworzyć mu oczu na to, że sprawa GMO jest w Polsce bardzo przekłamana. Naocznie przekonałem się, że kierowało nim sporo emocji i ideologia, której nie mogę zrozumieć – twierdzi polityk. - Badania naukowe nie wykazują, by żywność modyfikowana genetycznie była szkodliwa. Co więcej, trudno znaleźć w Polsce jakąkolwiek roślinę uprawną, która powstałaby bez ingerencji człowieka. Nie uważam, by w tym zakresie powinna funkcjonować wolna amerykanka i by nie były prowadzone nad tym zagadnieniem badania. Ale całkowity zakaz GMO jest po prostu szkodliwy – uważa Cichoń.
W tej chwili projektem ustawy zajmuje się podkomisja, później, gdy poprawki przyjmą komisje, znów będzie się nim zajmować sejm na posiedzeniu plenarnym.
Stefan Sękowski |
|
|
Związek Socjalistycznych Republik Europejskich
|
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100210&typ=sw&id=sw21.txt
Parlament Europejski zatwierdził kolegium unijnych ministrów. 488 posłów opowiedziało się za powołaniem nowej Komisji Europejskiej w proponowanym składzie, 137 było temu przeciwnych, a 72 wstrzymało się od głosu.
Większość posłów z grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w ostatniej chwili zdecydowała, że nie będzie głosować przeciw, ale wstrzyma się od głosu w kwestii udzielenia wotum zaufania dla nowej Komisji Europejskiej, której pracami pokieruje José Manuel Barroso. Polscy posłowie z tej frakcji mieli poważne zastrzeżenia co do kompetencji niektórych desygnowanych komisarzy, szczególnie wysokiego przedstawiciela UE do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa - Catherine Ashton. Podczas przesłuchania wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej nie udzieliła zadowalających odpowiedzi w sprawie Gazociągu Północnego i wielu innych kwestii istotnych z punktu widzenia polityki zagranicznej Polski. Głos w tej sprawie na forum PE zabrał prof. Mirosław Piotrowski, który stwierdził, iż drużyna prężących muskuły komisarzy jest wątła, a obrazu tego nie są w stanie zmienić nieliczni dobrze przygotowani merytorycznie kandydaci. - Zobligowani byliśmy głosować nad całą Komisją en bloc. Nie przedstawiła ona klarownej strategii działania. Głosowałem przeciwko. W kontekście braku przejrzystości oraz niekorzystnych decyzji wobec polskiego sektora stoczniowego, cukrowego i innych uważam, że nie można było tej Komisji poprzeć - powiedział "Naszemu Dziennikowi" europoseł Mirosław Piotrowski. Z innej perspektywy krytykował komisarzy europoseł Daniel Cohn-Bendit (Zieloni). Stwierdził wczoraj, że większość z nich nie posiada ani determinacji, ani wizji potrzebnych w tworzeniu jednorodnej struktury państwowej. Ashton dostało się również od Nigela Farage'a (Europa Wolności i Demokracji), który na forum PE stwierdził, że notorycznie uchyla się ona od odpowiedzi na tak istotne pytania, jak finansowanie jej działalności politycznej przez Partię Komunistyczną Wielkiej Brytanii. Pomimo zastrzeżeń wielu posłów co do komunistycznej przeszłości kilku osób desygnowanych na unijnych ministrów (Siim Kallas, Maro˘s ˘Sef˘covi˘c, ˘Stefan Füle, Andris Piebalgs, Janez Poto˘cnik) członkowie frakcji Europejskiej Partii Ludowej (EPP), największej grupy politycznej w PE, zagłosowali za udzieleniem wotum zaufania dla nowej Komisji Europejskiej.
Nowi unijni komisarze będą pełnić swoją funkcję przez pięć lat.
Dawid Nahajowski, Strasburg
José Manuel Barroso (Portugalia) Przewodniczący KE; na swoją pierwszą kadencję przewodniczącego został wybrany tylko i wyłącznie dlatego, że wzbudzał najmniejsze kontrowersje; zwolennik zbliżenia UE i Stanów Zjednoczonych, z wykształcenia prawnik; były premier Portugalii, a wcześniej minister spraw zagranicznych z nadania ugrupowań lewicowych, w młodości działał w partii komunistycznej; był m.in. oddanym działaczem maoistycznej grupy Ruch Reorganizacyjny Partii Proletariackiej. Także tegoroczna nominacja przypadła portugalskiemu politykowi ze względu na fakt, iż wydaje się on najmniej konfliktowym przedstawicielem europejskiej klasy politycznej.
Joaquín Almunia (Hiszpania) Wiceprzewodniczący KE; komisarz ds. konkurencji; wcześniej jako komisarz ds. gospodarczych i walutowych doprowadził do uchylenia kar dla Niemiec i Francji za notoryczne przekraczanie dozwolonego deficytu budżetowego.
László Andor (Węgry) Komisarz zatrudnienia, spraw społecznych i integracji; kolejny socjalista wśród członków KE, podejrzany o bliskie kontakty z reżimem komunistycznym na Węgrzech przed 1989 r.; założyciel neomarksistowskiego pisma "Świadomość".
Catherine Ashton (Wielka Bry tania) Wiceprzewodnicząca KE; wysoki przedstawiciel Unii ds. Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa Komisji; wcześniej aktywna działaczka i skarbnik Kampanii na rzecz Rozbrojenia Nuklearnego, organizacji finansowanej przez rosyjskich komunistów.
Michel Barnier (Francja) Komisarz ds. rynku wewnętrznego i usług; bliski utraty teki ze względu na podejrzenia o możliwość kierowania się interesami narodowymi w prowadzonej polityce; w 2009 wybrany na posła do PE; w latach 1999-2004 komisarz ds. polityki regionalnej; od 2004 minister spraw zagranicznych Francji.
Dacian Ciolos (Rumunia) Komisarz ds. rolnictwa i rozwoju obszarów wiejskich; inżynier rolnictwa; były szef prezydenckiej komisji polityki publicznej rozwoju rolnego Rumunii; wcześniej minister ds. rolnictwa i rozwoju wsi.
John Dalli (Malta) Komisarz ds. zdrowia i polityki konsumenckiej; od 1990 nieprzerwanie minister w kolejnych gabinetach prawicowych Malty.
Maria Damanaki (Grecja) Komisarz ds. gospodarki morskiej i rybołówstwa; w latach 1977-1993 członek greckiego parlamentu z ramienia Partii Komunistycznej; rybołówstwem nigdy się nie zajmowała.
˘Stefan Füle (Czechy) Komisarz ds. rozszerzenia i europejskiej polityki sąsiedztwa; w latach 80. student moskiewskiej uczelni dyplomatycznej MGIMO; członek Czechosłowackiej Partii Komunistycznej; w latach 2005-2009 stały przedstawiciel Republiki Czeskiej przy NATO; ambasador Czech w Zjednoczonym Królestwie (2003-2005) oraz na Litwie (2000-2001).
Karel De Gucht (Belgia) Komisarz ds. handlu; liberał; z wykształcenia prawnik; w latach 2004-2009 minister spraw zagranicznych Belgii; niezbyt przychylnie przyjęty przez część europosłów ze względu na swoje niskie zainteresowanie kwestią ograniczenia emisji CO2.
Kristalina Georgiewa (Bułgaria) Komisarz ds. współpracy międzynarodowej, pomocy humanitarnej i reagowania kryzysowego; doktor ekonomii; była wiceprzewodnicząca Banku Światowego, w ostatniej chwili zastąpiła na tym stanowisku Rumianę Żelewą oskarżoną o składanie fałszywych deklaracji podatkowych.
Johannes Hahn (Austria) Komisarz ds. polityki regionalnej; w krajowym rządzie przewodził resortom nauki i badań, a także sprawiedliwości; w 2007 roku oskarżony przez austriackie media o to, iż jego praca doktorska była w dużym stopniu plagiatem.
Connie Hedegaard (Dania) Komisarz ds. działania w dziedzinie klimatu; w krajowym rządzie zajmowała się polityką klimatyczną; wyznawczyni teorii globalnego ocieplenia z przyczyn człowieka; opowiada się za jak największymi redukcjami emisji CO2.
Maire Geoghegan-Quinn (Irlandia) Komisarz ds. badań naukowych i innowacji; członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego; ubiegała się o tekę budżetową; w kraju pełniła funkcje ministra sprawiedliwości, ds. turystyki, transportu i komunikacji oraz spraw europejskich.
Siim Kallas (Estonia) Wiceprzewodniczący KE; komisarz ds. transportu; były premier Estonii; przez 20 lat członek Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, skazany wyrokiem sądowym za składanie fałszywych informacji.
Neelie Kroes (Holandia) Wiceprzewodnicząca KE; komisarz ds. agendy cyfrowej; w latach 2004-2009 komisarz ds. konkurencji; jej decyzje, blokujące możliwość pomocy ze strony państwa, w istotnym stopniu wpłynęły na fatalną sytuację polskich stoczni w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie.
Janusz Lewandowski (Polska) Komisarz ds. budżetu i programowania finansowego; przedstawiciel środowiska gdańskich liberałów; współzałożyciel Kongresu Liberalno-Demokratycznego; opracowywał program powszechnej prywatyzacji Polski, czyli projekt Narodowych Funduszy Inwestycyjnych, który jest uważany za jeden z największych skandali prywatyzacyjnych w Polsce.
Cecilia Malmström (Szwecja) Komisarz ds. spraw wewnętrznych; aktywistka ruchów homoseksualnych; od 2006 roku, kiedy pełniła funkcję ministra ds. europejskich, zasłynęła jedynie ze straszenia Irlandii, iż jeśli ta nie podpisze traktatu lizbońskiego, straci swojego przedstawiciela w KE; w latach 1999-2006 członek Parlamentu Europejskiego.
Viviane Reding (Luksemburg) Wiceprzewodnicząca KE; komisarz ds. sprawiedliwości, praw podstawowych i obywatelskich; prawie pozbawiona nominacji ze względu na deklaracje, że nie zamierza wspierać promocji związków homoseksualnych.
Günter Oettinger (Niemcy) Komisarz ds. energii; były premier Badenii-Wirtembergii; z wykształcenia adwokat; zwolennik energii atomowej oraz uniezależnienia się energetycznego od Rosji.
Andris Piebalgs (Łotwa) Komisarz ds. rozwoju; wcześniej komisarz UE ds. polityki energetycznej; z wykształcenia matematyk; wcześniej przewodził resortom spraw zagranicznych oraz finansów; pełnił także funkcję ambasadora Łotwy przy UE; ambasador Łotwy w Estonii.
Janez Poto˘cnik (Słowenia) Komisarz ds. środowiska; doktor ekonomii; pełnił funkcję głównego negocjatora warunków akcesji Słowenii do Unii Europejskiej; minister do spraw europejskich oraz dyrektor Instytutu Analiz Makroekonomicznych i Rozwoju w Lublanie.
Olli Rehn (Finlandia) Komisarz ds. spraw gospodarczych i walutowych; doktor filozofii i magister nauk politycznych; dyrektor gabinetu w Komisji Europejskiej; wywierał silne naciski na powtórzenie referendum w Irlandii odnośnie do wejścia w życie traktatu lizbońskiego.
Maros˘ ˘Sef˘covi˘c (Słowacja) Wiceprzewodniczący KE; komisarz ds. stosunków międzyinstytucjonalnych i administracji, absolwent moskiewskiego MGIMO, ambasador Słowacji w Izraelu (1999-2002) i przy Wspólnotach Europejskich.
Algirdas ˘Semeta (Litwa) Komisarz ds. podatków i unii celnej, audytu oraz zwalczania nadużyć finansowych; były minister finansów Republiki Litewskiej; od lipca 2009 r. komisarz ds. programowania finansowego i budżetu; zastąpił Dalię Grybauskaite, która objęła urząd prezydenta Republiki Litewskiej.
Antonio Tajani (Włochy) Wiceprzewodniczący KE; komisarz ds. przemysłu i przedsiębiorczości; ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Rzymskim - Sapienza; w maju 2008 r. zastąpił Franco Frattiniego na stanowisku wiceprzewodniczącego KE i komisarza ds. transportu.
Androulla Vassiliou (Cypr) Komisarz ds. edukacji, kultury, wielojęzyczności i młodzieży; od 2008 roku komisarz ds. zdrowia. Żona byłego prezydenta Cypru, absolwentka prawa i stosunków międzynarodowych prestiżowych uczelni brytyjskich. Ponadto była przewodniczącą Cypryjskiej Federacji Kobiet Prowadzących Działalność Gospodarczą i Wykonujących Wolny Zawód. |
|
|
humor
|
"Nowy Pompon" 2010-01-26
W styczniu podobnie jak i w grudniu powstają kolejne przyczyny, dzięki którym będzie można powołać następną komisję śledczą w celu ich wyjaśnienia. Chodzi o typowe związki biznesu z polityką umożliwiające dokonanie w lutym uchwalenia ustawy ułatwiającej w marcu przeprowadzenie zmian w konstytucji torujących drogę do wdrożenia nowych przepisów prawa w kwietniu, na mocy których będzie można zatuszować wielomiliardowe przekręty w maju.
„Nie wiemy, czym to się skończy”, przewiduje Donald Tusk (nazwisko zmienione – przyp. red.), obecny premier (nazwa stanowiska zmieniona – przyp. red ). „Przewiduję jakąś brudną grę polityczną na jesieni”, kończy wypowiedź. „To będzie znów prawdziwy absurd”, znowu zaczyna i na dowód tego, co powiedział, dodaje, że wie, o czym mówi. „Dlatego mam zamiar spotkać się. Niestety, nie pamiętam, kiedy to spotkanie się odbędzie ani z kim”.
Rodzącymi się powodami powołania kolejnej komisji śledczej zajmuje się już prokuratura.
„Trudno mi w tym momencie podawać jakieś bliższe szczegóły na ten temat”, mówi prokurator z prokuratury apelacyjnej, po czym potwierdza, że w najbliższym czasie zamierza ulec naciskom szefa rządu w sprawie tymczasowego aresztowania prezesa sądu najwyższego zanim ten zdąży wydać wyrok na zabójcę poprzedniego sędziego tego sądu. „Mogę dodać, że notatka, którą sporządzę w tej sprawie, zostanie objęta tajemnicą państwową zanim przecieknie do prasy”. Według innego prokuratora treść tej notatki będzie wyjaśniała okoliczności samobójstwa popełnionego w celi przez prezesa sądu najwyższego, oraz zawierała dowód, że autor notatki bawił w tym czasie na Hawajach.
Podczas debaty w sejmowej komisji ds. służb specjalnych zwrócono uwagę na konieczność zsynchronizowania jej działań z kampanią wyborczą poprzedzającą jesienne wybory. Powinno to odwrócić uwagę od aferzystów, którzy mogą odwrócić uwagę od swoich zwykłych zadań, angażując się w kampanię wyborczą odwracającą od nich uwagę. Uczestnicy debaty podkreślili, że nie można dopuścić, aby przestępstwa wpłynęły na przebieg demokratycznych wyborów i spowodowały niemożność ich przełożenia na następny rok. Zostaną także poczynione starania o wpasowanie nowej ramówki telewizyjnej w działania komisji.
|
|
|
humor
|
"Nowy Pompon" 2009-12-17
Bieżąca działalność BDDS-ów w oparciu o współzależności uwzględniające ogólną charakterystykę HDK w skali 50 punktowej, w której połowa odpowiada prognozom w granicach 2,5 proc. rocznie, nie przewiduje konieczności większych zmian – wynika z opublikowanych danych PPOFG Feniks.
Zdaniem organizacji ocena CLBC nie powinna mieć wpływu na dotychczasowe założenia tendencji spadkowych czynnika wzrostu ani inklinacji podwyższenia współczynnika spadku, których do końca nie można przewidzieć.
Kulminacja nieprzewidywalności zostanie zneutralizowana przez stałą hipotetyczną, co w rezultacie przyspieszy spowolnienie albo odwrotnie, wytworzy nadmiar braku.
|
|
|
humor
|
"Nowy Pompon" 2010-01-26
„I bardzo dobrze się stało”, powiedział Arkadiusz G. pseudonim Kowadło, na wieść o wyborze nowego szefa stołecznej mafii. „Rafineria nadaje się na bossa jak nikt. Z tego, co wiem, przed wyborem dokładnie go sprawdzono. Jest czysty, od lat zajmował się wyłącznie wyłudzaniem, praniem brudnych pieniędzy, korupcją i malwersacją. W zasadzie nigdy nie miał żadnych powiązań z polityką. Nawet nie głosował w czasie wyborów”, ciągnął Kowadło. „Uważam, że szefem mafiii nie może być polityk. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, że ktoś łupie społeczeństwo ile wlezie i jednocześnie bierze kasę za to, że to społeczeństwo reprezentuje”.
Arkadiusz G. powołał się na zasady, według których, ktoś, kto przechodzi do świata mafii, powinien zrezygnować ze stanowisk politycznych przynajmniej na okres w jakim zamierza łamać prawo.
|
|
|
Związek Socjalistycznych Republik Europejskich
|
http://suwerennosc.blogspot.com/2009/11/luminarz-fundacji-batorego-jak.html
Źródło: Andrzej Rapaczynski *), A Europe of Provinces, Not States, marzec 2002
W
chwili, gdy zespoły Europejskiego Konwentu Konstytucyjnego mają
debatować nad podstawami przyszłych instytucji Unii Europejskiej, jest
teraz moment, aby pomyśleć o tym co trudne do pomyślenia, a mianowicie
- dokąd Europa w istocie obecnie zmierza. Lub przynajmniej rozważyć być
może zupełnie inną kwestię: dokąd UE powinna zmierzać, by uczynić to w
sposób racjonalny.
Upadek komunizmu doprowadził do pojawienia
się w Europie szeregu małych państw. Estonia, Łotwa i Litwa uwolniły
się od sowieckiej okupacji. Czechosłowacja podzieliła się na dwa
oddzielne państwa. Rozpad Jugosławii doprowadził do powstania Słowenii,
Chorwacji, Bośni, Serbii i Macedonii - być może niebawem wypluje z
siebie także Kosowo i Czarnogórę. Aczkolwiek republiki bałtyckie
jedynie odtworzyły swoją przedwojenną niepodległość, a walki w
Jugosławii były taką samą jak tyle innych wojen o niepodległość, jest w
tym wszystkim również coś niepokojąco nowego.
W latach
międzywojennych państwa bałtyckie były często uważane za niepotrzebne,
sztuczne twory wykreowane przez wielkie mocarstwa. Czechosłowacja i
Jugosławia zaistniały, ponieważ ich części składowe nie wydawały się
byc zdolne do samodzielnego bytu jako państwa niepodległe. Dlaczego tak
było? Ponieważ 80 lat temu, kiedy Wilson, Clemenceau i Lloyd-George
kreślili mapę Europy, małe państwa były dysfunkcjonalne zarówno w
czasie wojny, jak i pokoju. Aby być zdolne do życia, państwo musiało
być dostatecznie duże aby obronić się i stworzyć względnie samodzielny
rynek ekonomiczny.
Żaden z tych względów nie jest obecnie
aktualny. W perspektywie wstąpienia do UE rynki narodowe nie są tak
znaczące. Zarówno członkostwo w UE jak i w NATO czynią wojnę pomiędzy
państwami członkowskimi nie do pomyślenia, a atak na najmniejszego
nawet członka NATO spowoduje odpowiedź ze strony wszystkich pozostałych
członków NATO. Z powodu braku takich zagrożeń zewnętrznych więzi
pomiędzy - dajmy na to - Czechami i Słowakami (nie mówiąc już o Serbach
i Chorwatach) są zbyt słabe, ażeby zapewnić trwałość wspólnemu ich
rządowi.
Czy mówi nam to coś o przyszłości Europy jako całości?
Różnica pomiędzy Czechosłowacją a Włochami czy Niemcami wynosi w
istocie 50 lat. Ostatecznie przecież czyż Włochy aż do lat 1860. nie
były zbiorem królestw i księstw? Czyż zjednoczenie Niemiec nie dokonało
się za sprawą "krwi i żelaza"?
Francja i Hiszpania są wprawdzie
starsze, ale czyż mariaż Basków, Katalończyków i Korsykanów z ich
państwami narodowymi jest znacznie szczęśliwszy niż do niedawna mariaż
Czechów i Słowaków? Czy rzeczywiście byłby większy powód, dla którego
Szkoci i Walijczycy powinni pozostawać częścią tego samego państwa
narodowego, co i Anglicy?
Abstrahujmy na moment od idei
tożsamości narodowej Francuzów lub Niemców czy Włochów, patriotyzmu,
ich zbiorowej pamięci wojny oraz od rzezi, które cementowały świadomość
dzisiejszych wspólnot językowych i pomyślmy: do czego Europejczykom
potrzebne jest pośredni szczebel rządowy, znajdujący się pomiędzy
wspólnymi ramami europejskimi a ich lokalnymi władzami samorządowymi?
Do
czego Piemontczykom, Bawarczykom czy Szkotom potrzebna pośrednia
biurokracja państwowa przy prowadzeniu swojej polityki podatkowej, przy
realizacji programów zapewniania dobrobytu, bezpieczeństwa albo
utrzymywanie własnych, bezużytecznych w znacznym stopniu armii? Czyż
ich życie nie byłoby łatwiejsze, gdyby wspólny rynek, wspólna waluta i
kilka innych wspólnych rzeczy było prowadzonych na płaszczyźnie
ogólnoeuropejskiej, gdy tymczasem reszta byłaby pozostawiona bardziej
przez to znaczącym jednostkom samorządowym?
Modną jest dzisiaj
rzeczą wyśmiewać biurokratyczną drobiazgowość przepisów europejskich.
Ale europejskie ustawodawstwo jest niczym w porównaniu z górami
państwowych ustaw i rozporządzeń, z miliardami marnowanymi na
polityczne poparcie i z kolosalnymi machinami państwowymi, które
zjadają do 30-40 proc. ekonomicznego produktu państw narodowych Europy.
Czyż jakieś jedno Państwo Europejskie mogłoby postępować gorzej od nich?
W
rzeczywistości stworzenie europejskiego rządu federalnego i eliminacja
szczebla pośredniego w postaci państw narodowych prawdopodobnie
doprowadziłoby największej liberalizacji gospodarki (i społeczeństwa
jako całości) w całej historii Europy. Spójrzmy na Amerykę 1787:
stworzenie rządu federalnego zmiotło zbałkanizowany system
przedrewolucyjnych kolonii, zapoczątkowując erę ekspansji
przedsiębiorczości na całym kontynencie amerykańskim.
Jest
oczywistym faktem, że Europa jest zbyt zróżnicowana, aby mogła być
przechwycona przez grupy interesu ekonomicznego i politycznego, które
obecnie opanowały państwa narodowe. [Państwa narodowe] to jedynie dodatkowy
(czyt. zbędny - oryginalne wyróżnienie w tekście przez autora zostało
zaznaczone tu i dalej kolorem czerwonym - przyp. J.R.) szczebel
sprawowania władzy, tak iż UE jawi się jako uciążliwy i biurokratyczny.
Gdyby rządy narodowe zostały usunięte, brzemię UE byłoby niczym w porównaniu z tym, które dźwigają one dzisiaj.
Same
narody [europejskie] również zakłócają konstytucyjną równowagę Europy.
Niemcy i Włochy są po prostu zbyt duże w porównaniu z Portugalią czy
Belgią (która sama jest raczej wątpliwym amalgamatem Flamandów i
Walonów), i to wytwarza rodzaj nierównowagi przywodzący na myśl ciężką
stopę Prus w dawnym imperium Bismarka.
Czy federalna Europa
mogłaby wyeliminować dzisiejsze tożsamości narodowe? Czy Francuzi i
Brytyjczycy poczuliby się w w takiej "Europie" jak w swoim duchowym
domu, tak jak czują się obecnie u siebie w swoich państwach narodowych?
Nie, ale czy muszą? Ilekroć Europejczycy będą myśleli o przyszłych
instytucjach europejskich, zawsze pojawiać się będzie napięcie pomiędzy
narodowymi różnicami, a ich wspólną tożsamością europejską. Ale co
będzie, jeśli te wspólne instytucje europejskie nie będą już
postrzegane przez pryzmat ich instytucji narodowych (państwowych)? I co
będzie, jeżeli ewolucja świadomości europejskiej będzie przebiegać nie
poprzez podniesienie na wyższy szczebel uzależnienia państw od
ponadnarodowych instytucji, ale przez rozpad i degenerację dotychczasowych systemów podległości w ramach państwa (tu: devolution of loyalties - przyp. J.R.) i odrodzenie się przez to mniejszych wspólnot, bardziej przez to znaczących?
Oczywiście,
śmierć państw narodowych nie jest natychmiastowa, ale nie dlatego, żeby
miały być one jakoś głeboko zakorzenione w świadomości swoich
obywateli. W rzeczywistości tożsamości narodowe są przeważnie
podtrzymywane przez abstrakcje, stereotypy, jak rasa, klasa i tym
podobne wytwory ideologiczne. Pomyślmy, jak o wiele bardziej oryginalna
różnorodność mogłaby w zjednoczonej Europie zaistnieć, gdyby nie
usadowione pośrodku państwa narodowe.
Ale europejskie państwa narodowe nie zamierzają same zaniknąć za chwilę, ponieważ są one centrami władzy.
Ostatecznie jednak, czterdzieści centów na jednym euro PKB jest czymś,
o co warto walczyć. Jeśli jednak Europejczycy uzyskają świadomość, w
jakim kierunku powinni zmierzać, być może z czasem narodowe tożsamości
wzmacniane w ciągu kilku ostatnich setek lat (bo tyle, a nie więcej,
sobie właśnie liczą), staną się one niczym wyrostek robaczkowy - część
ludzkiego ciała, będąca niczym innym, jak miejscem przypadkowego stanu
zapalnego.
*)
prof. Andrzej Rapaczyński
- członek Rady Fundacji im. Stefana Batorego, wykładowca amerykańskiego
prawa konstytucyjnego na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. Uczeń i
wieloletni przyjaciel Leszka Kołakowskiego. Doradca rządu Polski i
Federacji Rosyjskiej przy tworzeniu projektów konstytucji i
prywatyzacji. Mąż Wandy Rapaczyński
z domu Gruber, b. prezes a obecnie członek rady nadzorczej spółki Agora
S.A. m.in. wydawcy "Gazety Wyborczej" (red. nacz. Adam Michnik, b.
członek KOR). Rapaczyńska, obecnie obywatelka USA, wyemigrowała z
Polski w 1968 r. W latach 1984-1992 wiceprezes Citibank NA. Agora S.A.
Amerykański magazyn „Fortune” uznał ją za jedną z 50 najbardziej
wpływowych kobiet biznesu na świecie (poza USA), a dziennik „Financial
Times” umieścił ją na 8. miejscu listy 25 najbardziej wpływowych kobiet
biznesu w Europie.
________________________________
P.S.
>>W
2002 roku w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł prof. Andrzeja
Rapaczyńskiego, w ktorym autor ten sugerował, aby Unia Europejska
zmierzała w kierunku umocnienia „podstawowych jednostek lokalnych” tj.
regionów (landów) i stworzenia silnego europejskiego państwa
federalnego, mało kto w Polsce spodziewał się, iż ta wizja tak szybko
przybierze realne kształty. Nawet Aleksander Hall, który wówczas
polemizował z Rapaczyńskim, wskazując, iż jego „proroctwo” tylko
niepotrzebnie „straszy Polaków, że będzie to koniec państwa polskiego.”
Hall przestrzegał, iż artykuł Rapaczyńskiego może stać się obowiązkową
lekturą dla przeciwników integracji z Unią Europejską. Dodajmy, że
artykuł Halla w „Rzeczpospolitej” opatrzony został wymownym nadtytułem
„Pomysł likwidacji państwa narodowego jest sprzeczny z elementarnym
wymogiem realizmu.”<< Jerzy Rachowski, Suwerenność Narodu, albo śmierć, Nowa konstytucja UE - planowa dezintegracja państw i narodów, Biblioteka „Suwerenności Narodu”, Zagrożenia dla Polski, Listopad-Grudzień 2003 |
|
|
globalne ocieplenie
|
http://nczas.com/publicystyka/korwin-mikke-umierajaca-europa-a-globcio/ Janusz Korwin Mikke
Nasza cywilizacja umiera. Jeszcze 20–30 lat, a III Rzeczpospolita graniczyć będzie nie z Niemcami, lecz z Kurdyjską Republiką Saksonii, Sułtanatem Brandenburgii czy Emiratem Meklemburgii. Możliwe zresztą, że III RP nazywać się już będzie Cng Hňa Xă Hi Che Ngha thuôc vę Ba Lan – albo podobnie. Choć mało prawdopodobne; ale za 60 lat? Kto wie?
|
|
|
totalna kontrola żywności
|
http://www.aspektpolski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2911&Itemid=1
Rząd przygotowuje ustawę, która spowoduje zalew Polski żywnością genetycznie zmodyfikowaną – ostrzegają przeciwnicy GMO. Rząd twierdzi, że nie ma wyjścia, bo tego wymaga od nas UE. W jutrzejszej dyskusji w sejmie weźmie udział ponad 80 organizacji.
Jedna z najbardziej prężnych, Koalicja “Polska wolna od GMO”,ostrzega przed pozwoleniem na uprawy genetycznie zmodyfikowane, nad którym nikt nie zapanuje.
|
|
|
Wojciech Jaruzelski
|
http://www.rp.pl/artykul/15,423254_Dokument_o_Jaruzelskim_nareszcie_w_TVP_1_.html sku 22-01-2010,
Telewizyjna Jedynka zamiast Teatru TV wyemituje 1 lutego film dokumentalny „Towarzysz Generał”. Po emisji dokumentu planuje dyskusję o filmie, do której zostali zaproszeni m.in. Wojciech Jaruzelski i Adam Michnik.
Z reguły dokumenty pokazywane są przez TVP w mało atrakcyjnych dla widzów godzinach, tym razem ten film zostanie wyemitowany w najlepszej porze oglądalności (po godz. 20). Jak tłumaczy biuro prasowe TVP, stanie się tak ze względu „na wagę i rangę tematu”.
Autorami biografii generała Wojciecha Jaruzelskiego są Robert Kaczmarek i Grzegorz Braun. Film powstał na zamówienie kanału TVP Historia (pojawił się tam w grudniu 2009 r.).
W filmie autorzy pokazują, jak Jaruzelski walczył z antykomunistycznym podziemiem, jego związki z Informacją Wojskową oraz rolę w inwazji na Czechosłowację. – To dokument dekomunizacyjny. Opowiada o ostatnich 70 latach życia w Polsce. Ale taki film powinien powstać już kilkanaście lat temu – mówi „Rz” Robert Kaczmarek.
|
|
|
aborcja
|
|
http://www.bibula.com/?p=17235 Dr Louise A. Brinton, pracownik naukowy amerykańskiego
Narodowego Instytutu Raka (National Cancer Institute – NCI) publicznie
ogłosiła, że zmieniła poglądy w sprawie wpływu aborcji na
zachorowalność na raka piersi.
W 2003 r. dr Brinton była głównym organizatorem warsztatów
szkoleniowych NCI w dziedzinie ginekologii onkologicznej, podczas
których tłumaczyła uczestnikom, że jest „doskonale udowodnione”, iż
„dokonanie aborcji nie ma żadnego związku ze wzrostem ryzyka
zachorowania na raka piersi’.
Po zapoznaniu się z wynikami najnowszych badań zrewidowała swoje
poglądy i teraz podkreśla, że aborcja oraz stosowanie doustnej
antykoncepcji hormonalnej zwiększa ryzyko wystąpienia raka piersi.
Materiałem, który ostatecznie przekonał dr Brinton do zmiany
stanowiska były wyniki badań prowadzonych przez Fred Hutchinson Cancer
Research, renomowany ośrodek naukowy z Seattle w stanie Washington.
Jessica Dolle ze współpracownikami potwierdziła związek między
stosowaniem antykoncepcji hormonalnej a wystąpieniem przerzutowego
potrójnie negatywnego raka piersi (TNBC).
TNBC jest nowotworem bardzo agresywnym, o wysokich wskaźnikach
przerzutów i gorszej przeżywalności w porównaniu z innymi odmianami
raka piersi. Zachorowalność na TNBC jest większa u kobiet młodszych.
Po ogłoszeniu wyników badań z Seattle, w Narodowym Instytucie Raka
podjęto decyzję o przeprowadzeniu własnych badań. Do udziału zaproszono
kobiety z doświadczeniem aborcji. Rezultaty zaskoczyły naukowców.
Okazało się, że przerwanie ciąży zwiększa o 40 proc. ryzyko
zachorowania na nowotwór. Natomiast stosowanie antykoncepcji
hormonalnej przez kobiety poniżej 18 roku życia zwiększa ryzyko
zachorowania na przerzutowego potrójnie negatywnego raka piersi aż o
270 proc. U kobiet, które obecnie stosują antykoncepcję ryzyko wzrasta
o 320 proc.
Oznacza to, że kobiety, które zaczynają stosować antykoncepcję
hormonalną przed ukończeniem 18 roku życia są trzykrotnie bardziej
narażone na zachorowanie na TNBC, a kobiety aktualnie stosujące –
czterokrotnie bardziej.
Wyniki badań z Fred Hutchinson Cancer Research opublikowano w
czasopiśmiennictwie naukowym. Ale pacjentek dalej nikt nie ostrzega
przed ryzykiem.
[Za: LifeSiteNews – 07.01.2010 r.]
Materiał źródłowy: Jessica M. Dolle, Janet R. Daling, Emily
White i in., “Risk Factors for Triple-Negative Breast Cancer in Women
Under the Age of 45 Years”, w: “Cancer Epidemiology, Biomarkers and
Prevention”, 2009;18(4), s. 1157–1166.
Informacje na temat występowania raka piersi po aborcji:
Coalition on Abortion/Breast Cancer – http://www.abortionbreastcancer.com
|
|
|
totalna kontrola elektroniczna
|
|
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100108&typ=my&id=my11.txt
Nowe dowody osobiste będą przypominać obecne, które
nosimy w portfelu, ale poza imieniem, nazwiskiem i numerem PESEL reszta
danych będzie zakodowana w mikroprocesorze. Niewykluczone, że z czasem
dane te staną się elementem większej superbazy.
Zapowiedź wprowadzenia od 2011 roku nowych dowodów
osobistych wywołała dyskusję na temat wolności osobistych Polaków i
obywatelskiego prawa do prywatności. Inicjatywa rządu jest tym bardziej
zastanawiająca, że przecież 31 grudnia 2007 roku zakończono operację
wymiany starych, książeczkowych dowodów osobistych na nowe, plastikowe
dokumenty z dziesięcioletnią datą ważności, które reklamowano jako
lepsze i nowocześniejsze. Dlaczego zatem w tak krótkim czasie ma zostać
przeprowadzona kolejna kosztowna wymiana?
Formalnym powodem wymiany jest problem ze stałym adresem
zameldowania. W obecnych dowodach każdorazowa zmiana danych zawartych w
dokumencie, a przede wszystkim najczęściej się zdarzająca zmiana
stałego pobytu, powoduje konieczność wymiany dowodu osobistego. Do 31
grudnia 2009 roku wiązało się to również z wniesieniem opłaty w
wysokości 30 złotych. Poza tym po uzyskaniu dokumentu z aktualnymi
danymi na obywatelu ciąży kłopotliwy obowiązek poinformowania o
zmianach urzędu skarbowego, banku oraz innych urzędów i instytucji, z
którymi jest związany. Autorzy koncepcji nowych dowodów
postanowili rozwiązać ten problem przy pomocy nowoczesnych technologii.
Proponują wprowadzenie wielofunkcyjnych, elektronicznych i
biometrycznych dokumentów. Elektroniczne dowody niewiele będą się
różniły od plastikowych kart, które nosimy w portfelach. Przypominać
zatem będą obecne dowody, ale poza imieniem, nazwiskiem i numerem PESEL
reszta danych, w tym nasza podobizna, a także adres zamieszkania,
będzie zakodowana w mikroprocesorze. Zniknie również rysopis
zawierający wzrost w centymetrach oraz kolor oczu. Dzięki temu zmiana
miejsca zamieszkania nie będzie się wiązała ze zmianą całego dokumentu,
a jedynie z zakodowaniem w odpowiedniej zakładce chipa nowego adresu.
Bardzo istotną zmianą będzie tzw. e-podpis, czyli możliwość
potwierdzania tożsamości drogą elektroniczną. Dzięki temu – co
podkreślają, chwaląc swój pomysł, przedstawiciele Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych i Administracji – obywatele będą mogli dokonywać czynności
prawnych w obszarze administracji publicznej, a więc w urzędach i
izbach skarbowych, przy pomocy internetu. Certyfikat podpisu cyfrowego
będzie uaktywniany podczas odbioru dowodu. Od urzędu wydającego dowód
osobisty dostaniemy kod PIN, którego podanie będzie każdorazowo
wymagane w czasie składania podpisu osobistego. Ale to jest dopiero
jedna strona medalu.
Obywatel jak przestępca? Docelowo nowy dowód
będzie uniwersalnym dokumentem obywatela RP spełniającym funkcje dowodu
osobistego, ale również paszportu i legitymacji ubezpieczeniowej.
Służyć to ma naszej wygodzie i wygodzie instytucji państwowych.
Wszelkie bowiem dane posiadaczy dokumentów – w tym szczegółowe dane
personalne, wizerunek, a także informacje dotyczące certyfikatu
e-podpisu – zgromadzone zostaną w Rejestrze Dowodów Osobistych.
Uprawnienie do korzystania z bazy poza urzędami ewidencji ludności
otrzymają m.in.: prokuratura, policja, straż graniczna, Służba Wywiadu
Wojskowego, Służba Kontrwywiadu Wojskowego, ABW i CBA.
Witold Drożdż, wiceminister w MSWiA odpowiedzialny za informatyzację,
reklamując nowy dowód, już na wstępie operacji wymiany dokumentów
starał się rozproszyć obawy o totalną państwową inwigilację obywateli
przy pomocy elektroniki. – Nie planujemy, żeby w mikroprocesorze
znajdowały się jakiekolwiek dane poza tymi, które już dziś są
umieszczone na dowodzie osobistym. Wszystkie obawy, że w
mikroprocesorze znajdą się dane np. o stanie naszego zdrowia czy o
pobieranej pomocy socjalnej, czyli potencjalnie dane wrażliwe, są
bezpodstawne – zapewniał.
Jednak jest coś na rzeczy, że nowy dowód będzie znacznie
skuteczniejszym instrumentem wszechobecnej kontroli obywateli. Od czasu
do czasu przebija się do opinii publicznej informacja, że w dowodzie
miałby być np. odcisk palca. Traktowanie każdego obywatela jako
przestępcy to kuriozum mające się nijak do standardów demokratycznego
państwa prawa. Co prawda rząd wycofał się z tego pomysłu, jednak
niewykluczone, że to się jeszcze zmieni. Na razie jest mowa o
biometrycznym wizerunku, czyli o owalu twarzy, ale nie wiadomo, czy za
jakiś czas w mikroprocesorze nie znajdzie się obraz tęczówki oka i
odcisk palca. Nawet Witold Drożdż zastrzegł, że jeśli pojawią się
istotne argumenty, przemawiające za tym, by to zrobić, sprawa zostanie
jeszcze rozważona. Poza tym dowód – według założeń resortu – ma być
kluczem, przy pomocy którego będziemy mogli uzyskać w określonych
sytuacjach dostęp do informacji zapisanych w różnych bazach danych.
Jeśli ktoś z takim dowodem w ręku uda się do lekarza, to dzięki niemu
lekarz będzie mógł otworzyć naszą elektroniczną kartę choroby. – To nie
znaczy, że ta karta będzie zawarta na dowodzie. Ta karta choroby będzie
dostępna w systemie zbudowanym przez resort zdrowia – tłumaczył
wiceminister. Ale są jeszcze inne bazy danych, np. w Zakładzie
Ubezpieczeń Społecznych, w urzędzie skarbowym, w bankach.
Nie jest tajemnicą, że wymiana dowodów na nowe jest częścią szerszego
projektu “pl.ID – polska ID karta”. Jak wynika z informacji podawanych
przez przedstawicieli rządu, program jest kontynuacją działań
rozpoczętych w ramach projektu PESEL2, w którym chodzi o integrację
rejestrów państwowych. Projekt pl.ID ma też na celu ułatwienie kontaktu
obywatel – administracja rządowa i samorządowa poprzez usługi
e-government. W ramach projektu nastąpi m.in. informatyzacja urzędów
państwowych oraz uproszczenie procedur administracyjnych w kontaktach z
urzędami. Zrealizowana zostanie także przebudowa, modernizacja i
integracja istniejących rejestrów państwowych oraz informatyzacja
urzędów stanu cywilnego. Realizacja projektu ePUAP2 umożliwi
upowszechnienie dostępu do usług publicznych drogą elektroniczną,
ułatwienie korzystania z usług publicznych dostępnych on-line poprzez
wprowadzenie jednolitej klasyfikacji usług (katalogu usług), a także
udostępnienie mechanizmów integrujących jednostki samorządu
terytorialnego na platformie ePUAP.
Według wcześniejszych zapowiedzi wice ministra Drożdża, ma powstać
również Elektroniczna Platforma Gromadzenia, Analizy i Udostępniania
Zasobów Cyfrowych o Zdarzeniach Medycznych.
Dzięki tej platformie ZOZ-y, apteki, praktyki lekarskie będą mogły
gromadzić dane dotyczące naszego zdrowia. Administracja państwowa
będzie też mogła analizować przepływy finansowe i statystyczne
dotyczące ochrony zdrowia. Inne projekty, które będą realizowane w
ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, to m.in.
informatyzacja wydziałów ksiąg wieczystych, rozwijanie usług służących
rozliczaniu się on-line z podatków. Nowy elektroniczny dowód osobisty
jest zatem kluczem do integracji tworzonych przez instytucje państwowe
i publiczne baz danych oraz do monitorowania w prawie każdym wymiarze
życia codziennego obywateli.
Superbaza danych o Polakach Na nowe dowody
osobiste, które umożliwią zakodowanie całego szeregu informacji,
certyfikatów i danych, których w obecnych dowodach nie ma, trzeba też
spojrzeć w perspektywie Narodowego Spisu Powszechnego, który zostanie
przeprowadzony w Polsce w dniach od 1 kwietnia do 30 czerwca 2011 roku.
Według opracowań GUS proponowany zakres powszechnego spisu ludności i
mieszkań uwzględnia poszerzenie zbieranych informacji o pewne elementy
– ważne z punktu widzenia międzynarodowych zobowiązań wobec ONZ (np.
niepełnosprawność) oraz Unii Europejskiej (taki obowiązek nakłada
rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady 763/2008 z 9 lipca 2008
r. w sprawie spisów powszechnych ludności i mieszkań), a także z punktu
widzenia krajowych potrzeb (np. emigracja zarobkowa, cudzoziemcy w
Polsce, wyznanie jako przynależność do Kościoła lub związku
wyznaniowego, źródła utrzymania ludności, sytuacja rodzinna i jej
charakterystyka). Pełna charakterystyka rodzin ma dotyczyć typu rodziny
biologicznej (małżeństwo lub partnerzy z dziećmi, małżeństwo lub
partnerzy bez dzieci, samotny rodzic z dziećmi) rodziny rozszerzonej i
zrekonstruowanej. W celu uzyskania takich informacji konieczne będzie
pozyskanie danych o stosunku pokrewieństwa lub powinowactwa osób
tworzących gospodarstwo domowe, pozycji w rodzinie, jak również o
charakterze związku, w jakim pozostają osoby, niezależnie od faktu, czy
został on zalegalizowany, czy też nie. Pytanie o przynależność
wyznaniową – jako część kwestionariusza do spisu – po raz ostatni
zostało zadane w roku 1931.
Jeżeli nastąpi integracja informacji uzyskanych ze spisu ze
zmodernizowanymi bazami danych już istniejącymi, to na kanwie systemu
PESEL2 powstanie jedna superbaza danych o wszystkich Polakach.
Jeżeli ktoś będzie miał dostęp do systemu, kliknie i będzie wiedział:
nie tylko, jak się nazywamy, jak wyglądamy, kiedy się urodziliśmy,
gdzie mieszkamy, ale także, czy pracujemy, czy szukamy pracy, czy
jesteśmy ubezpieczeni i czy nie zalegamy ze składką na ZUS, jaka jest
nasza sytuacja rodzinna, ile zarabiamy, czy jesteśmy zadłużeni, jaki
majątek posiadamy, jakie płacimy podatki, czy nie zalegamy z opłatami
za nośniki energii, telefon i innymi rachunkami, jakie mamy saldo na
koncie, jakie są nasze numery telefonów stacjonarnych i komórkowych
oraz numery kart kredytowych, czy jesteśmy karani, czy otrzymywaliśmy
mandaty i płaciliśmy za nie, ile dni byliśmy na zwolnieniu, na co się
leczymy.
Powtórka z Orwella Proces informatyzacji
Polski wpisuje się w tendencję, by pod hasłem dbałości o nasze
bezpieczeństwo maksymalnie rozszerzać zakres monitorowania ludzi.
Ostatnio w Europie i Stanach Zjednoczonych został znacznie zaostrzony
zakres kontroli osobistej i kontroli bagażu. W miastach i w budynkach
są wszędobylskie kamery, w centrach handlowych bramki elektroniczne. W
powszechnym użyciu są karty kredytowe łatwo umożliwiające monitorowanie
ich właścicieli. W wyniku wdrażania obowiązującej od 1 stycznia 2010
roku unijnej dyrektywy o retencji danych jest opracowane rozporządzenie
określające, którzy operatorzy i w jakim zakresie mają przechowywać
dane o połączeniach użytkowników telefonów komórkowych. Nowe przepisy
zmuszą operatorów do obligatoryjnego przechowywania wszystkich danych o
lokalizacji użytkowników w momencie nawiązania połączenia, a nawet
przez cały czas rozmowy. Te dane już i tak były gromadzone, a
korzystanie z nich nie było obwarowane takimi przepisami, jak legalne
zakładanie podsłuchu, a na ich podstawie można ustalić, kto jest na
imieninach u cioci lub wczoraj był w pracy czy w kinie.
W związku z tym rodzi się wiele pytań, np. co będzie, jeśli takie
informacje będą wykorzystywane bezprawnie albo wpadną w niepowołane
ręce? Co będzie, jeśli pojawi się pokusa nadużycia władzy nad
obywatelem przez państwo? W Polsce, niestety, nie odbywa się pogłębiona
dyskusja na temat gromadzenia przez państwo tego typu danych, chociaż
na świecie dyskutuje się na ten temat. Warto zatem przytoczyć wnioski
wypracowane przez Grupę Roboczą ds. Ochrony Danych powstałą na mocy
art. 29 dyrektywy 95/46/WE. Grupa jest niezależnym europejskim organem
doradczym w zakresie ochrony danych i prywatności, którego zadania
określają przepisy art. 30 dyrektywy 95/46/WE i art. 14 dyrektywy
97/66/WE.
W konkluzji Opinii 3/2005 jej autorzy zwracają m.in. uwagę, że:
wyczerpująca debata społeczna winna poprzedzić zastosowanie danych
biometrycznych w paszportach i dokumentach podróży oraz dowodach
tożsamości; celem ograniczenia zagrożeń związanych nierozerwalnie z
samym charakterem biometrii nieodzowne jest możliwie wczesne
wprowadzenie skutecznych zabezpieczeń; konieczne jest zapewnienie
ścisłego rozgraniczenia pomiędzy danymi biometrycznymi gromadzonymi i
przechowywanymi dla dobra publicznego (np. kontroli granicznej) na
podstawie zobowiązań prawnych a danymi służącymi celom umownym,
uzyskanymi za zgodą; wykorzystanie danych biometrycznych w paszportach
i dowodach tożsamości powinno być technicznie ograniczone do celów
weryfikacji poprzez porównanie cech dokumentu z danymi posiadacza nim
się legitymującego; należy zagwarantować, aby dostęp do danych
zapisanych w mikroprocesorze miały wyłącznie właściwe władze.
Czy rację ma prof. Michał Kulesza, specjalista w zakresie administracji
publicznej, który przestrzega, że czekające nas zmiany to praktyki
rodem z Orwella? Ów słynny pisarz i wizjoner w swojej słynnej książce
“Rok 1984″ sugestywnie odmalował anatomię totalitaryzmu. Ukazał, w jaki
sposób zaawansowana technologia może być wykorzystywana jako instrument
zniewolenia człowieka. W każdych czasach i w każdym systemie aktualna
jest bowiem zasada: kto ma informację, ten ma władzę, a wszechstronna
wiedza o obywatelach znakomicie umożliwia sterowanie społeczeństwem i
bardzo łatwo może być wykorzystywana przeciwko niemu.
Jan Maria Jackowski
|
|
|
socjalizm źródłem komunizmu i nazizmu
|
2010-01-11 Prof. Mieczysław Ryba, ”Nasz Dziennik"
Z punktu widzenia historycznego mocno zastanawiający jest chaos
pojęciowy, jaki dotyczy systemów politycznych i ideologicznych z czasów
II wojny światowej. Jako ogólnie przyjęte uznano stwierdzenie, że
system hitlerowski w Niemczech zaliczyć można do ustrojów "skrajnie
prawicowych", zaś ustrój stalinowski miałby być "skrajnie lewicowy".
Powszechne jest używanie terminu "faszyzm" na określenie niemieckiego
narodowego socjalizmu, tak jakby nie różnił się on niczym od ustroju
włoskiego (Mussolini). Równie wielkie zamieszanie budzi porównywanie
nacjonalizmu niemieckiego z nacjonalizmami krajów katolickich, takich
jak Hiszpania czy Polska. Taka uproszczona wizja świata powoduje
ogromne nieporozumienia i zafałszowania w tzw. polityce historycznej i
wywołuje nieprawdopodobny wręcz zamęt.
Tymczasem tak ustrój sowiecki, jak i niemiecki można zakwalifikować do
kategorii tzw. socjalizmów; przy czym w Moskwie dominował socjalizm
kolektywistyczny, w Niemczech - socjalizm narodowy. Obie te wizje
starały się zrealizować pewne utopijne założenia, zaczerpnięte z
idealistycznych, postoświeceniowych systemów filozoficznych (marksizm,
heglizm, nietzscheanizm, darwinizm itp.). Jak pisze prof. Henryk
Kiereś, w socjalizmie "państwo jest logicznie i faktycznie przed
człowiekiem, zatem człowiek to wyłącznie surowiec, który jest
przetwarzany przez państwo-maszynę pod kątem założonej przez państwo
idei człowieka" (H. Kiereś, Trzy socjalizmy, Lublin 2002).
Nie pasujesz do socjalizmu, więc giń
Pierwotnym projektem utopijnego państwa w epoce nowożytnej było państwo
francuskie z czasów XVIII-wiecznej rewolucji, zaprojektowane w dużej
mierze jako idealistyczna wizja życia społecznego mająca prowadzić do
wyzwolenia obywateli z dotychczasowego ucisku. Przy czym owo wyzwolenie
miało mieć niemalże religijny, mesjanistyczny charakter.
Socjalizmy funkcjonują w życiu publicznym jako coś w rodzaju
quasi-religii, ze specyficzną teorią zbawienia. Organizacja państwa
przypomina czasem starożytne teokracje starające się w sposób
niewolniczy podporządkować całość życia człowieka.
Jak pisze Kiereś: "Idea socjalizmu, w imię lansowanej utopii, rządzi i
tumani trudną do rozpoznania, perfidną kombinacją nadziei i terroru;
rozbudzanie nadziei należy do propagandy, a terror do cenzury i
ludobójstwa. Ta nierozerwalna kombinacja, w której zgoda na terror jest
warunkiem nadziei na osiągnięcie celu zaprojektowanego przez... utopię,
powoduje, że ludobójstwo i cenzura znajdują moralne usprawiedliwienie
oraz prawną sankcję (ochronę!), a jest to niezależne od tego, czy
miejscem eksterminacji jest obóz koncentracyjny, szpital psychiatryczny
czy też szpital, w którym na podstawie społecznego (demokratycznego)
consensusu (konwencji) dokonuje się aborcji, eutanazji lub
sterylizacji. Dla socjalisty zabicie człowieka nie pasującego do Idei
Człowieka jest nie tylko obowiązkiem, ale również aktem najwyższego
humanizmu".
Terror zatem jest niejako z góry wpisany w projekt państwa utopijnego,
gdyż można ze stuprocentową pewnością założyć, że ludzie nie będą
pasować do socjalistycznych założeń. Konieczne staje się zatem
"dopasowanie" ludzi do teorii (a nie odwrotnie). Socjaliści starali się
poprzez totalitarne państwo ingerować we wszystkie sfery życia
człowieka, od moralności począwszy (moralność socjalistyczna), a na
sztuce kończąc (socrealizm). Tak było zarówno w państwie niemieckim,
jak i sowieckim.
Owo religijne wręcz podejście do ideologii kończyło się zwykle
tworzeniem w całym systemie państwowym spersonalizowanego quasi-bóstwa.
W Niemczech był nim Hitler, w Sowietach - Stalin, w Chinach - Mao itp.
Oczywiście tak pojęta utopijna quasi-religia w sposób niezwykle ostry
zwalczała tradycyjne religie, w szczególności chrześcijaństwo.
Jak pisał przedwojenny jezuita polski ks. Jan Urban: "Głęboki sens
walki między chrześcijaństwem, lub ściślej wyrażając się -
katolicyzmem, a sztandarem czerwonym, w tym się zawiera, że socjalizm
usiłuje być religią, że ma nawet pretensję do tego, by się stać jedyną
religią przyszłości. (...) To nie paradoks: socjalizm jest religią mimo
tylokrotnie powtarzanych zapewnień, że zagadnienia religijne są mu
obce, on jest - powiedzmy - religią na wspak, religią odwróconą niby
surdut do góry podszewką, religią bez Boga, materialistyczną, bądź co
bądź jest jakąś religią".
Brunatny i czerwony terror
Podobieństwa między systemem hitlerowskim i stalinowskim stają się
bardziej widoczne, im głębiej postępują badania nad oboma systemami. Co
ciekawe, na systemie sowieckim wzorowało się wielu narodowych
socjalistów. Dotyczy to nade wszystko metod działania. Sam Hitler mówił
18 września 1922 r.: "Marksiści uczą: jeżeli nie będziesz mi bratem,
rozbiję ci łeb. Naszym hasłem musi być: jeżeli nie będziesz Niemcem,
rozbiję ci łeb; jesteśmy bowiem przekonani, że nie zwyciężymy bez
walki. Musimy walczyć za pomocą naszych idei, ale jeżeli zajdzie
potrzeba, także pięściami" (Alan Bullock, Hitler - studium tyranii,
przeł. T. Evert, Warszawa 1997). W innym miejscu Hitler, w dyskusji z
radykalniejszym od siebie narodowym socjalistą Ottonem Strasserem,
mówił: "Jestem socjalistą (...). Nie ma innych rewolucji prócz
rewolucji rasowych; nie może być rewolucji politycznej, ekonomicznej
lub socjalnej, zawsze jest to tylko walka niższej warstwy, gorszej rasy
przeciwko panującej wyższej rasie i jeżeli ta wyższa rasa zapomni o
swoim prawie do życia, to poniesie klęskę". W jego rozumieniu po
zwycięstwie narodowego socjalizmu zapanować miało "porozumienie między
różnojęzycznymi elementami jednej wspaniałej rządzącej rasy".
Widać tu uderzające wręcz podobieństwo do pragnień bolszewików
zmierzających do zintensyfikowania walki klas i ostatecznego
zaprowadzenia w świecie społeczeństwa bezklasowego. Gdybyśmy zatem w
usta Hitlera włożyli zamiast słowa "rasa" termin "klasa", jego tezy
mógłby wygłosić nawet najbardziej zagorzały komunista.
Owa współpraca dwóch socjalizmów, niemieckiego i sowieckiego, jest nam
dobrze znana z czasów traktatu Ribbentrop - Mołotow. Z jednej strony
mordy w Katyniu i Miednoje oraz wywózki na Sybir, z drugiej Akcja AB i
obozy koncentracyjne. Wszystko to zadziwia niebywałym okrucieństwem, a
zarazem zaskakującym podobieństwem. Skala owych zbrodni znowu rodzi
pytanie o przyczyny takiego zacietrzewienia. Doskonale uchwycił ten
problem Richard Pipes, opisując terror w Rosji sowieckiej: "Mimo jego
rozpaczliwych wysiłków w celu wyparcia się ojcostwa 'czerwony terror'
był duchowym dzieckiem Lenina. Strażnikiem tego nie uznawanego
potomstwa był Dzierżyński, założyciel i szef Czeki. W roku wybuchu
rewolucji miał prawie 40 lat. Urodził się w pobliżu Wilna w
patriotycznej polskiej rodzinie szlacheckiej, ale zerwał z religijną i
narodową spuścizną rodziny i wstąpił do Socjaldemokratycznej Partii
Litwy, poświęcając się agitatorskiej i organizatorskiej działalności
zawodowego rewolucjonisty. Jedenaście lat spędził w carskich
więzieniach i na katordze. Były to trudne lata, toteż pozostawiły w
jego psychice nie zabliźnione rany; jednocześnie rozwinął w sobie
niezłomną wolę połączoną z nienasyconą żądzą zemsty. Był zdolny do
popełniania najstraszliwszych okrucieństw bez przyjemności, z poczucia
idealistycznego obowiązku. Chudy i ascetyczny, z religijnym oddaniem
wykonywał instrukcje Lenina; 'burżujów' i 'kontrrewolucjonistów'
posyłał pod salwy plutonów egzekucyjnych (...)" (R. Pipes, Rewolucja
rosyjska, Warszawa 1994).
W hitlerowskich Niemczech również możemy znaleźć cały szereg "chudych i
ascetycznych" fanatyków mordujących miliony niewinnych istot ludzkich.
Owo "religijne oddanie" socjalistycznej utopii w sposób niezwykły
motywowało tych zbrodniarzy.
Z nienawiści do chrześcijaństwa
Mało kto dziś zastanawia się nad symboliką używaną przez Niemców i
bolszewików. Czerwona sowiecka flaga w swej barwie niczym nie różniła
się od flagi narodowosocjalistycznych Niemiec. W obu krajach świętowano
1 maja. W obu kreowano tzw. model gospodarki planowej, sterowanej przez
państwo (oczywiście w ZSRS na sposób o wiele bardziej radykalny).
Moglibyśmy znaleźć dużo więcej takich podobieństw. Jednakże oponenci
najczęściej posługują się argumentem, że hitlerowcy nie byli tak
skrajnie antychrześcijańscy i odwoływali się do narodu, co miałoby ich
sytuować po prawej stronie sceny politycznej. Pamiętajmy jednak, że ich
koncepcja narodu była rasistowska, a więc stojąca w skrajnej
sprzeczności do wizji chrześcijańskiej (naród jako wspólnota zbudowana
na bazie kultury chrześcijańskiej). Nietzscheańska etyka, na którą się
powoływali, również odrzucała zasady Dekalogu. Prześladowanie Kościoła
miało mniejszy zasięg tylko z powodów taktycznych oraz ze względu na
fakt, że hitlerowcy rządzili krócej niż bolszewicy.
Jeszcze w czasie II wojny światowej Hitler mówił: "Zło, które przeżera
nasze siły, to księża obu wyznań. W tej chwili nie mogę ich tak
potraktować, jak na to zasługują, ale... to wszystko jest zapisane w
mojej księdze. Przyjdzie czas, kiedy się z nimi porachuję... Jeszcze o
mnie usłyszą. Nie będę brał przykładu z żadnych sądów". I w innym
miejscu również w czasie wojny: "Dogmat chrześcijaństwa ustępuje przed
rozwojem nauki... Mity powoli się wykruszają. Pozostaje tylko
stwierdzić, że natura nie zna granicy między organicznym i
nieorganicznym. Kiedy znajomość wszechświata się rozpowszechniła, kiedy
większość ludzkości już wie, że gwiazdy nie są źródłem świata, lecz
światami, może zamieszkanymi tak jak nasz, wtedy doktryna
chrześcijaństwa staje się absurdem... Człowiek, który żyje w łączności
z naturą, musi się znaleźć w opozycji do Kościoła i dlatego Kościół
zmierza ku upadkowi - bo nauka musi zwyciężyć". Owo postpozytywistyczne
głoszenie triumfu "nauki" nad wiarą wiele mówi o stosunku narodowych
socjalistów do chrześcijaństwa.
Podsumowując, należy jednoznacznie stwierdzić, że w XX wieku
przeżyliśmy dominację dwóch nieludzkich, zbrodniczych socjalizmów,
które starały się wprowadzić w życie utopijne założenia życia
społecznego. Triumf owych utopii oznaczał olbrzymie prześladowanie
chrześcijaństwa i zbrodnie określane mianem ludobójstwa. Powraca tylko
pytanie, dlaczego tak skutecznie udaje się dziś współczesnym
europejskim socjalistom wprowadzić zamęt pojęciowy, który tak mocno
zaciemnia nasze rozumienie współczesnej historii i współczesnej
polityki.
Za: naszdziennik.pl
|
|
|
niszczenie Kościoła katolickiego
|
2010-01-13 Jacek Bartyzel, ”Polonia Christiana”
W jakobińskiej demokracji tkwią korzenie wszystkich ideologii oraz ruchów egalitarnych XX wieku z międzynarodową i narodowąodmianą socjalizmu na czele. Od gilotyn i kazamatów Conciergerie prowadzi prosta droga do Auschwitz i Archipelagu Gułag. Jedna i niepodzielna,
centralistyczna republika Robespierre’a nie mogła ścierpieć żadnej
różnorodności ponad sto lat przed tym, zanim gauleiterzy NSDAP
przeprowadzali glajchszaltung Rzeszy, a komisarze bolszewiccy – zrównanie wszystkich i wszystkiego w Raju Krat.
Akademia terroru
Rewolucję (anty)francuską można postrzegać jako archetypową matrycę
uniwersalnych mechanizmów każdej rewolucji: politycznej, społecznej,
religijnej i obyczajowej. W pierwszym rzędzie dotyczy to
wszechobecności terroru, sadyzmu i kłamstwa, dalej przechodzenia
chaotycznych aktów gwałtu i „spontanicznych” zbrodni pierwszej fazy
rewolucji w terror permanentny i planowy, a w końcu w metodyczne
ludobójstwo metodami „przemysłowymi” (genocyd wandejski to właśnie jego
pierwszy historyczny przykład). Jeśli sobie przypomnimy, że uwięzionych
w Rennes cechowano jak bydło literami: „F” (fusiller – rozstrzelać) lub „G” (guillotiner –
zgilotynować), niechybnie stanie nam przed oczami obraz selekcji Żydów
na rampie oświęcimskiej; jeśli z kolei wspomnimy słowa prokuratora
Carriera: Raczej zamienimy Francję w cmentarz, niż odstąpimy od zamiaru odrodzenia jej na nasz sposób, usłyszymy, że jak echo odpowiadają mu ponad wiek później słowa Lenina: Lepiej, żeby zginęło dziewięć dziesiątych Rosjan, niż gdyby jedna dziesiąta nie miała ujrzeć zwycięstwa komunizmu.
Rewolucjoniści paryscy okazali się także wynalazcami nowoczesnych,
błędnie przypisywanych zazwyczaj dopiero dwudziestowiecznym
totalitaryzmom, metod kłamstwa i bezczelnej propagandy. Wybitny
historyk rojalistyczny Pierre Gaxotte zwraca w tym kontekście uwagę na
zastosowaną przez spiskujących klubistów już w czerwcu 1789 metodę
„urabiania” opinii publicznej przez hipnotyzowanie niezorientowanej
większości tajemniczym zaimkiem bezosobowym „się”: Ksiądz-apostata
(wkrótce „biskup” konstytucyjny), abbé Grégoire wspominał: „Czy
jednak – odezwał się ktoś – poglądy dwunastu, piętnastu osób mogą
wpłynąć na głosy tysiąca dwustu deputowanych?” Odpowiedziano mu, że
zastosowanie formy bezosobowej w połączeniu z zaimkiem „się” działa
magicznie. Będziemy mówili: król zamierza to i tamto, lecz wśród
patriotów uważa się, że należy podjąć następujące kroki. „Się” może
równie dobrze odnosić się do czterystu, jak do dziesięciu osób. I to
działało (Rewolucja francuska). Działało – ponieważ
klubiści wybornie opanowali wiedzę i taktykę, których autorstwo znów
przypisuje się mylnie dopiero Leninowi: utożsamiania woli powszechnej czy dyktatury mas z wolą ewidentnej, lecz zdecydowanej i świadomej swoich celów mniejszości zawodowych rewolucjonistów.
Nad wyraz „nowoczesne” były już także inne wynalazki rewolucjonistów
francuskich: zastąpienie w postępowaniu sądowym dowodów rzeczowych
„dowodami moralnymi” winy, wprowadzenie kar za „szeptankę”, periodyczne
„weryfikacje obywatelskie” oraz drobiazgowe kwestionariusze,
zawierające pytania takie jak: Czym
zajmowałeś się przed rewolucją? Czym zajmujesz się obecnie? Co zrobiłeś
dla rewolucji? Czy byłeś szlachcicem, bankierem, maklerem? Nie
należy zapominać także o ogromnych „postępach” na drodze do gospodarki
etatystycznej w postaci zniesienia tajemnicy handlowej, upaństwowienia
handlu zagranicznego, ustanowienia tabeli cen maksymalnych,
wprowadzenia obowiązkowych kontyngentów i dekretów przeciwko
spekulantom, przejmowania bezpośrednio przez państwo wielu obszarów
produkcji, a wreszcie udręk życia codziennego, zwiastujących „realny
socjalizm”: racjonowania żywności, kolejek do piekarń, mleczarń czy
składów węgla, ustawiających się o trzeciej nad ranem, oraz zakazu
sprzedawania ryb w dni postne.
Mistrzostwo w autodestrukcji
Nie mniej istotna od skutków rewolucji jest także kwestia tego, co
właściwie zdołała ona z taką zaciekłą pracowitością zniszczyć.
Rekonstruując faktyczny obraz katolicko-monarchicznej Francji ancien régime’u,
cytowany już historyk (Gaxotte) przyrównywał ją do olbrzymiej i
prastarej budowli, do której każde pokolenie dodawało swoją
kondygnację, nie niszcząc poprzedniej, a choć ogólny plan tak wielkiego
gmachu stał się z biegiem czasu nieco pogmatwany, (…) niektóre skrzydła były zaniedbane i groziły ruiną, inne znów niewygodne lub zbyt wykwintne, to całość jednak tchnęła zamożnością, fasada miała wygląd wspaniały, a życie w gmachu było lepsze i bujniejsze niż gdzie indziej. Chociaż od czasu studiów Alexisa de Tocqueville’a (Dawny ustrój i rewolucja)
skłonni jesteśmy przywiązywać wagę – atoli często przesadną – do
zapoczątkowania procesów centralizacji w ramach XVII- i XVIII-wiecznej
„monarchii administracyjnej” Burbonów, to wciąż jednak niewyobrażalnie
wielka wręcz dla współczesnych, scentralizowanych państw
demokratycznych była autonomia stanów, korporacji, prowincji,
trybunałów, parlamentów i innych „ciał pośredniczących” między państwem
a rodziną i jednostką. Monarchia ancien régime’u była w
istocie tysiącem małych, arystokratycznych, mieszczańskich i wiejskich
republik, spajanych taktownie i cierpliwie przez administrację
nieliczną, ale sprawną, uczciwą i o delikatnych manierach. W rękach
instytucji społecznych i poszczególnych poddanych wciąż znajdowało się
wiele instrumentów – na czele z prawami zwyczajowymi – do ustawicznego
szachowania rzeczywistych i potencjalnych posunięć centralizacyjnych
rządu. Ta „absolutystyczna” władza była w istocie na każdym kroku
krępowana tysiącami najrozmaitszych praw nabytych i przywilejów.
Rewolucja tedy – co przyznać musiał nawet marksizujący apologeta jakobinów Albert Mathiez – nie wybuchła w kraju wyczerpanym, lecz w państwie kwitnącym i w chwili jego pełnego rozwoju.
W przedrewolucyjnej Francji nie było biedy jako zjawiska powszechnego,
a ostatnie pół wieku przed nią trwał nieprzerwany wzrost gospodarczy,
który uczynił społeczeństwo francuskie najzamożniejszym społeczeństwem
ówczesnego świata. W rękach Francuzów znajdowała się połowa gotówki
będącej w obiegu europejskim. Systematycznie bogaciły się prawie
wszystkie warstwy społeczeństwa – mieszczanie, kupcy, przedsiębiorcy,
chłopi – z wyjątkiem jednej: prowincjonalnej, wiejskiej szlachty! Wielu
ubogich ziemian wiodło żywot, który byłby nie do zniesienia dla ich
formalnych poddanych, w zrujnowanych pałacach i dworach, pozbawionych
umeblowania, na ziemiach obciążonych długami hipotecznymi. Z wyjątkiem
kilku miejscowości w górach Jury i Bourbonnais, nie istniała już we
Francji pańszczyzna, a chłopi władali co najmniej połową gruntów
uprawnych w kraju. Rzekoma wielogłowa i nienasycona hydra podatkowa
to nazbyt pochopny wniosek, wysnuty w nieświadomości istnienia różnych
nazw tych samych danin, których w rzeczywistości nie było więcej niż
cztery czy pięć.
Nad tym bogatym społeczeństwem władzę sprawowało jednak ubogie
państwo. To rząd królewski, a nie społeczeństwo, był niewypłacalnym
bankrutem. Bez wątpienia, Francja około 1789 roku potrzebowała
poważnej, gruntownej i nade wszystko upraszczającej przestarzały,
skomplikowany system podatkowy, reformy skarbowej. Zamiast tego,
zorganizowana i świadoma swoich zupełnie odmiennych celów, lecz długo
ich nieujawniająca mniejszość zafundowała krajowi krwawą rewolucję,
która w ostateczności, po błyskotliwych fajerwerkach wojen
imperialnych, cofnęła Francję głęboko w rozwoju społecznym i
gospodarczym, sprowadziła na powrót dawno zapomniany głód i
analfabetyzm oraz nieodwołalną utratę pozycji pierwszego mocarstwa
świata, którą zbudowało jej czterdziestu królów. „Osiągnięcia”
rewolucji najlepiej podsumował – widzący zaledwie początek tego szału
autodestrukcji – Edmund Burke: Francuzi okazali się największymi
na świecie mistrzami w dziele zniszczenia. Obalili całkowicie swoją
monarchię, zburzyli Kościół, handel i manufaktury. (…) Gdybyśmy
całkowicie pokonali Francję, gdyby leżała powalona u naszych stóp, to i
wówczas wstydzilibyśmy się (posyłając komisję w celu uregulowania ich
spraw) narzucić Francuzom tak bezwzględne i zgubne warunki, jakie sami
sobie narzucili.
Intelektualna gnoza
Do wybuchu rewolucji doprowadziły zatem nie przyczyny ekonomiczne czy
społeczne, lecz kryzys umysłowy i moralny, który spustoszył laicyzujące
się błyskawicznie elity francuskie w wieku XVIII, proklamującym się
„wiekiem świateł”. Jeśli skonfrontujemy ów wiek „oświecenia” z
poprzedzającym go bezpośrednio klasycystycznym Grand Siècle, stanowiącym harmonię ładu oraz triumf rozumu i woli nad tym, co Charles Maurras nazywał ciemnym królestwem fizyczności (obscur royaume physique),
to zobaczymy, że Francuz XVII wieku był katolikiem i konserwatystą,
cenił hierarchię i dyscyplinę, znał słabość swojej skażonej grzechem
natury, więc nie opierał ani wiedzy, ani moralności na uczuciach i
pragnieniach. Wiek XVIII natomiast był umysłowym przewrotem,
stanowiącym prostą negację zasad ładu wcielonego w chrześcijańską
monarchię potomków Hugona Kapeta. Zanim rewolucja polityczna i
społeczna spustoszyła majestatyczną, tysiącpięćsetletnią budowlę
państwa, przez kilka dziesięcioleci trwała nieustanna, kontrkulturowa
rewolucja deprawująca umysły, moralność i obyczaje. Ta oświeceniowa
kontrkultura objawiła się między innymi w rozplenieniu się (jak pisał
Louis de Bonald) nazbyt paryskich Irokezów, paplających o
szlachetnych i bezgrzesznych dzikusach, przede wszystkim jednak w
prymitywnej, lecz niesłychanie skutecznej, antyreligijnej propagandzie
Encyklopedystów i innych les philosophes. Ci pierwsi w
historii „zawodowi intelektualiści” wynaleźli dwie metody utwierdzania
ideologicznego terroru lewicy: przedstawianie ideologii jawnie
zaprzeczających choćby tylko zdrowemu rozsądkowi jako twierdzeń
„naukowych” i jako „filozofii” przy traktowaniu obrazoburczości
wypowiadanych twierdzeń jako wystarczającego probierza „głębi” i
„oryginalności” myśli, oraz mistrzowską autoreklamę, posuniętą aż do
prestidigitatorskiej umiejętności przedstawiania siebie jako „ofiar
tyranii”, podczas gdy w rzeczywistości „prześladowani” mają dostęp do
wszelkich instrumentów represjonowania, zamykania ust i negatywnej
stygmatyzacji swoich przeciwników. To właśnie podkopujący każdym swoim
artykułem Kościół i monarchię Encyklopedyści cieszyli się protekcją
naczelnego cenzora Malesherbesa, który łamał prawo po to, aby zapewnić
dystrybucję Encyklopedii i innych wywrotowych druków.
Rewolucja jest więc produktem intelektualnej gnozy; poczyna się
w umyśle, ale kończy wyzwoleniem sił, nad którymi spekulujące dotąd
swobodnie w złudzeniu „lekkości bytu” czyste „ja” (kantowski rozum spekulatywny) nie jest już w stanie zapanować.
Rewersem „spisku elit” był postępujący już od połowy wieku paraliż
władzy i zanik woli rządzenia. Zaraza była nawet w samym centrum
„Grenady” – przecież Wielkim Mistrzem Grand Orient,
a więc faktycznym przywódcą buntu, był królewski kuzyn, książę Filip
Orleański. Siły (teoretycznie) Starego Porządku: parlamenty (na czele z
paryskim), szlachta i duchowieństwo, które hodowały w swoich salonach
żmiję rebelii, pierwsze wypowiedziały w latach 1787-88 posłuszeństwo
Koronie, dając najgorszy przykład motłochowi, a w 1789 dokonały
samobójstwa, godząc się na zastąpienie reprezentacji stanowej
indywidualistyczno-egalitarną, okazały się więc „uczniami
czarnoksiężnika” rozpętującymi demoniczne moce, nad którymi wkrótce
utracą kontrolę. Ponad wszelką wątpliwość miał zatem rację Joseph de
Maistre głoszący z naciskiem, iż przy całej swojej nicości rewolucja
jako fakt była karą Bożą, ognistym mieczem karzącym Francuzów za
największy z grzechów – niedowiarstwo.
Królobójstwo jako Bogobójstwo
Kulminacyjnym momentem rewolucji jest oczywiście zgilotynowanie
królewskiego suwerena Francji – Ludwika XVI. Powszechność rozpoznawania
przełomowości tegoż aktu królobójstwa nader rzadko idzie w parze z
rozumieniem jego zarówno symbolicznego, jak realnego znaczenia.
Zazwyczaj fakt detronizacji, a następnie dekapitacji króla postrzegany
jest pod dyktando ideologicznego schematu wykoncypowanego przez
inspiratorów i wykonawców zbrodni, czyli jako – być może nawet smutny i
budzący grozę, niemniej konieczny – „ryt przejścia” (rite de passage)
od monarchicznego „despotyzmu” do republikańskiego „ustroju wolności”.
Tymczasem, sprawy przedstawiają się zgoła zupełnie inaczej. To nie sama
monarchiczna forma ustroju budziła nienawiść rewolucjonistów
– przynajmniej początkowo (w roku 1789 żaden z aktorów rewolucji, także
Robespierre, nie był republikaninem). Tym, co naprawdę budziło
nienawiść i co sprawiało, że jednak monarchia – po widocznym fiasku
ustrojowej farsy „monarchii konstytucyjnej” z królem jako nominalnym
„szefem władzy wykonawczej” do roku 1792 – musiała zostać zniszczona,
było jej nieusuwalne znamię religijne, chrześcijańskie. Śmiertelnym
wrogiem dla nowego „królestwa” Praw Człowieka i Obywatela nie było królestwo jako typ reżimu, lecz teologia polityczna (i płynące z niej zobowiązania) arcychrześcijańskiego (très-chrétienne) Królestwa Francji jako najstarszej córy Kościoła (la fille ainée de l’Église) i jej arcychrześcijańskiego (très-chrétien)
króla. W świetle tej teologii – a przede wszystkim dogmatu Wcielenia
oraz dogmatu osobowej Trójjedyności Boga, wyrażonej także symbolicznie
w znaku heraldycznym Kapetyngów: trzech złotych liliach na błękitnym
polu – „Królestwo Lilii” Ludwika Świętego stawało się mistycznym ciałem
trójstanowego narodu chrześcijańskiego, którego ziemskim Ojcem jest
król, a wszyscy poddani z każdego stanu i z każdej prowincji stanowią
Rodzinę Św. Ludwika.
Jak pisał sławny konwertyta (wnuk bluźniercy Renana!) Ernest Psichari,
odwiecznym powołaniem Francji było szerzyć wiarę katolicką, ponieważ tego
wymaga porządek francuski, i zmieniać go nie wolno. U stóp francuskiego
drzewa stoi święty, który wstawia się za całą dynastią francuską. A
jakżeż moglibyśmy oddzielić dynastię francuską od samej Francji, samą
Francję od tych, którzy ją stworzyli? (Głosy wołające na puszczy).
Powołaniem Królestwa Francji – bez czego nie ma ono usprawiedliwiającej
racji bytu, jest obrona Kościoła i szerzenie wiary katolickiej, co
składa się na gesta Dei per Francos, zgodnie z przypomnianą przez Henri’ego Massisa, a pochodzącą od Karola Wielkiego, definicją Francji: Naród
Franków wydaje owoce dla Boga; owoce te są liczne i bardzo płodne, gdyż
jest on nie tylko wierny, ale i nawraca innych, przynosząc im zbawienie (Na okopach Zachodu).
Król Francji musiał zatem zostać zdetronizowany, poniżony i zamordowany
nie dlatego, że stał na czele państwa (oświeceniowi mistrzowie
rewolucjonistów, jak Voltaire czy Diderot, wynosili wszak pod niebiosa pierwszego sługę państwa – Fryderyka Pruskiego czy Semiramidę Północy – carycę Katarzynę), lecz dlatego, że (zapoczątkowana koronacją Pepina Krótkiego w 754 roku) tradycja namaszczania – jako imitatio Davidi regis
– monarszego ciała olejem ze Świętej Ampułki przyniesionej przez
gołębicę z Nieba podczas chrztu króla Franków Chlodwiga (w 496 roku)
czyniła osobę monarszą prawdziwie „królem-kapłanem”, „biskupem
zewnętrznym” (l’évêque du dehors), mającym od Boga łaskę uzdrawiania przez dotyk, wedle formuły rytualnej: Król cię dotyka, Bóg cię uzdrawia (le Roi te touche, Dieu te guérit). Dlatego też akt publicznego roztrzaskania Świętej Ampułki miał dla królobójców nie mniejszą wagę niż zniszczenie fizycznego ciała króla.
Gdyby król Francji mógł stać się oświeconym sługą
państwa i „postępu”, zapewne rewolucjoniści pozostawiliby tę atrapę
monarchii, jaka w tylu innych krajach istnieje (na pośmiewisko) do
dzisiaj: ale był on ze swojej istoty i nieodwołalnie „porucznikiem Boga
na ziemi” (lieutenant de Dieu), co było nie do zaakceptowania.
Tę kardynalną różnicę wspaniale uwypuklił obrońca Tronu i Ołtarza,
wicehrabia de Chateaubriand: Kiedy gołębica przyniosła Klodwigowi
oleje święte, kiedy długowłosych królów wznoszono na tarczy, kiedy
Ludwik Święty z drżeniem przysięgał na koronacji, że władzy swej użyje
tylko dla chwały Boga i dobra ludu, kiedy Henryk IV, wkroczywszy do
Paryża, padł na kolana w Notre-Dame i po prawicy króla ujrzano naprawdę
albo w wyobraźni piękne dziecię uznane za jego anioła stróża, korona
była święta; królewski proporzec spoczywał w Niebie. Ale odkąd na placu
publicznym władca z uciętymi włosami i związanymi na plecach rękami dał
głowę pod miecz przy dźwiękach bębna; odkąd przy dźwiękach tego samego
bębna inny władca na innym placu wśród plebsu żebrał o głosy do swojej
elekcji [mowa o Ludwiku Filipie Orleańskim– J.?B.] – kto może zachować najmniejsze złudzenia co do korony? (Pamiętniki zza grobu).
Zbrodnia królobójstwa ma tedy charakter na wskroś sakralny.
Nie chodzi w niej tylko o ugodzenie w instytucję reprezentującą
najwyższy autorytet polityczny. Jej istotny, najgłębszy sens jest
wprost Bogobójczy: zabijając włodarza władzy ziemskiej, otrzymanej z
łaski Boga, ugodzić chciano w Autora i Dawcę wszelkiej władzy. Bogofobia i chrystianofobia
rewolucjonistów stanowi ich najbardziej wyrazistą autoidentyfikację.
Już pierwsze, zbuntowane Zgromadzenie Narodowe uważało się za
kompetentne nawet w kwestiach religijnych, uznając się za coś w rodzaju
„Soboru Powszechnego”. Przemawiający 3 maja 1790 roku deputowany Camus
oświadczył: Jesteśmy zgromadzeniem narodowym: mamy więc oczywiste prawo zmienić religię [tego kraju] – acz „wspaniałomyślnie” dorzucił, że (na razie) tego nie zrobimy.
Powiedzmy zatem na koniec: kiedy dziś wzmaga się w Europie walka z Krzyżem, a nawet w Polsce pojawiają się dziwaczne koncepty konserwatyzmu laickiego, okraszonego zachwytami nad oświeconymi despotami
typu Józefa II czy „monarchistami” pokroju Voltaire’a, nigdy dość
przypominać, że potomek Ludwika Świętego – Ludwik XVI musiał stać się
Ludwikiem Męczennikiem dlatego, że był Wikariuszem Boga w swoim
ziemskim królestwie. Krew spływająca z jego odciętej głowy miała zmyć z
czoła krzyżmo oleju świętego, którym był namaszczony. Lecz, dzięki
Bogu, daremne to: złość ludzka może zniszczyć ciało, ale nawet wzburzone wody wszystkich mórz nie zmyją piętna pomazania (William Shakespeare, Ryszard II).
Za: "Polonia Christiana", nr 12, styczeń-luty 2010
|
|
|
totalna kontrola inteligencji
|
http://nczas.com/publicystyka/polinteligenci-zwani-naukowcami/ Janusz Korwin Mikke
Gdy pół wieku temu śp. Bertrand, III Earl of Russell, uważany za wybitnego matematyka i logika (a także laureat Nagrody Nobla z… literatury) jako najlepszy środek na walkę z „sowieckim totalitaryzmem” zalecał Stanom Zjednoczonym i Zjednoczonemu Królestwu… jednostronne rozbrojenie się, Brytyjczycy kiwali głowami i nazywali lorda Russella „Najmądrzejszym durniem Anglii”. Bo Brytyjczycy kierują się nie tytułami naukowymi, lecz zdrowym rozsądkiem.
Ćwierć wieku temu wśród partyjniaków zapanowała moda na robienie magisteriów, a nawet doktoratów. ŚP. Janusz Groszkowski, przedwojenny mason i socjalista, wtedy prezes Polskiej Akademii Nauk, załamywał ręce i mówił: „Jest tyle pięknych tytułów: hrabia, książę – czy koniecznie te ciemniaki muszą przybierać tytuły naukowe?”. Niestety: nie pomogło. Tak przy okazji: chciałbym poznać nazwiska tych profesorów, którzy w 1975 r. zaświadczyli, że Polska jest 10.tym mocarstwem. I taka jest obecnie tendencja światowa.
System „oświaty” w krajach Białego Człowieka produkuje masowo durniów z dyplomami. Musicie Państwo zdać sobie sprawę, że 95% obecnych „doktorów”, „docentów”, „profesorów” – z całym szacunkiem dla pozostałych 5% – to zwyczajni idioci, którym nie chciało się uczyć np. frezerki czy kamieniarstwa – więc wybrali „karierę naukową”. Znacznie łatwiejszą – bo gdy kamieniarz źle ułoży kamień, to natychmiast to widać; gdy frezer źle wyfrezuje tryb – maszyna nie będzie działać; natomiast dzisiejszy „naukowiec” może wypisywać dowolne bzdury – byle „naukowym” żargonem – i nie spotkają go z tego powodu przykrości.
Skąd! Im więcej bzdur opublikuje – tym większe zaszczyty. Dziś bowiem „pracownik naukowy” (na szczęście nie odważają się jeszcze mówić o sobie: „uczeni”) awansuje, jeśli opublikuje dużo prac – i będą one często cytowane. Liczne „Kongresy naukowe”, z punktu widzenia nauki zbędne i szkodliwe (od czego internet?) – służą jednemu celowi: przy barach powstają „spółdzielnie” ludzi, którzy wzajemnie się cytują. Stąd dawniej w pracy naukowej było może z pięć odnośników do prac poprzedników – dzisiejsza praca liczy ich często 1500! Trzeba bowiem wymienić prace wszystkich członków „spółdzielni” – po to, by oni z kolei cytowali nas.
„Science Citation Index” obiektywnie mierzy wartość naukowca – liczbą zacytowań… Istnieją i prawdziwi uczeni – ale nie mają szans. W dzisiejszej „nauce” panuje bowiem d***kracja – a mądrych jest zaledwie garstka, więc są wiecznie pomijani. Napisałem to w związku z aferą GLOBCIO. Tłum „naukowców” (chcących też załapać się na dwa tygodnie darmowych wczasów na jakimś „Kongresie” na wyspie Bali – i zarobić jako „konsultanci w walce z GLOBCiem”) ochoczo świadczy, że z GLOBCIem trzeba walczyć do ostatniego dolara podatnika. Ci „naukowcy” za parę dolarów podpiszą WSZYSTKO. Pamiętam, jak jeden z moich (byłych…) kolegów przewodniczył naukowemu jury, które naukowo wyliczyło, że najlepszą polską firmą jest Stocznia Gdańska. I nawet wręczył jakiś puchar wicedyrektorowi tej stoczni, który przyjął go nie mrugnąwszy okiem. Cóż: parę miesięcy temu uczciwie zapłacił… Nazajutrz Stocznia ogłosiła bankructwo!
Jak zapewne nie przeczytaliście Państwo w “Angorze” nr 50 (pt. „Globalne ocieplenie to religia”) „handel limitami CO2 to świetny business”. Jak powiedział tam p. prof. Tymoteusz Ball: w ub. roku firma p. Alberta Gora „General Investment Manager” zarobiła na samym pośrednictwie sprzedaży kredytów CO2 ponad 50 mln dolarów! Ile zarobili inni? Jest z czego opłacić tych sprzedajnych pół-inteligentów nazywanych dziś „naukowcami”?
|
|
|
Pius XII
|
29 grudnia 2009 19:13
Francuscy Żydzi z organizacji B’nai B’rith wyrazili swój sprzeciw wobec decyzji Ojca Świętego w sprawie uznania heroiczności cnót papieża Piusa XII. Stworzyli specjalną stronę internetową, na której można podpisać petycję przeciwko jego beatyfikacji. Jednocześnie wyrazili zadowolenie z powodu bliskiej beatyfikacji Jana Pawła II.
Jego ewentualna beatyfikacja może tylko rozdrapać we wspólnocie żydowskiej ranę, której daleko do zabliźnienia – podkreśla przewodniczący B’nai B’rith France, André Nadjar. W zamiarze beatyfikacji widzi bowiem aprobatę dla „postawy Piusa XII wobec katów” narodu żydowskiego z czasów nazistowskiego barbarzyństwa.
Podkreśla, że po wyborze na papieża w 1939 roku Pius XII porzucił zamiar Piusa XI dotyczący opublikowania encykliki potępiającej rasizm i antysemityzm. Nadjar powtarza zarzuty, że Pius XII, „najwyższy autorytet chrześcijaństwa”, „wydawał się milcząco, ale w pełni świadomie przyzwalać na nazistowskie zbrodnie” na narodzie żydowskim i nazywa tę postawę „moralną winą”.
Jednocześnie przewodniczący B’nai B’rith France wyraża radość z powodu bliskiej beatyfikacji Jana Pawła II, wskazując na „wielkość jego charyzmatycznych działań, powszechnie docenianych i uznawanych”.
Organizacja B’nai B’rith (Synowie Przymierza) istniejąca od 1846 roku. Zajmuje się dbaniem o prawa Żydów i zwalczaniem antysemityzmu. Zaangażowana jest również w dialog chrześcijańsko-żydowski.
http://www.fronda.pl/news/czytaj/francuski_oddzial_b_nai_b_rith_protestuje_przeciwko_beatyfikacji MaRo/KAI/Wiara.pl |
|
|
totalna kontrola elektroniczna
|
30/12/2009 http://nczas.com/wazne/tuska-panstwo-totalne/ Dariusz Kos
ABW przejęła kontrolę nad NASK, najważniejszą instytucją polskiego internetu. Rząd przygotował projekt prawa cenzurującego treści w sieci, a służbom specjalnym i policji dał możliwość śledzenia internautów i abonentów komórek. Czy premier Donald Tusk buduje w Polsce państwo totalitarne na wzór „Roku 1984”? Czy też jest zwykłym pionkiem w wojnie razwiedek o jak najgłębszą kontrolę naszego życia?
Na początku listopada „Najwyższy CZAS!” ostrzegał, iż Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, tajna policja chce przejąć kontrolę nad NASK-iem, instytucją przydzielającą polskie domeny i sprawującą technologiczną pieczę nad polską częścią sieci. To właśnie w NASK nastąpiło pierwsze, historyczne polskie połączenie internetowe. W połowie listopada szefem NASK mianowano pułkownika ABW w czynnej służbie. W tym samym czasie rząd przygotował projekt zmian w ustawach dający tajnym specsłużbom prawo inwigilacji i cenzurowania internetu. Przypadek?
Domeny ABW
Pretekstem do przejęcia kontroli nad NASK-iem było odwołanie poprzedniego szefa tej jednostki naukowej po kontroli finansowej. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego ogłosiło konkurs na nowego dyrektora. W ostatnim dniu konkursu przedłużono go o kolejne dni. Działo się to wszystko w październiku. W tym samym czasie co wybuch afery hazardowej. Gdy przedłużono konkurs swą kandydaturę zgłosił oficer ABW, płk. Michał Chrzanowski, szef Departamentu Bezpieczeństwa Teleinformatycznego tej tajnej służby. Kandydatów na nowego dyrektora NASK oceniała pięcioosobowa komisja konkursowa powołana przez ministra nauki i szkolnictwa wyższego. ABW do komisji „wsadziła” dwóch swoich ludzi, w tym podwładnego płk. Chrzanowskiego. Oficjalnie reprezentowali ministerstwo nauki. Wyniki konkursu były w tej sytuacji do przewidzenia.
Komisja konkursowa za najlepszą kandydaturę uznała oczywiście osobę czynnego oficera tajnej policji. Wyniki konkursu ogłoszono w połowie października tego roku. Ostateczne słowo należało do minister nauki i szkolnictwa wyższego p. Barbary Kudryckiej. Ta zwlekała miesiąc z mianowaniem. W tym czasie rozwijała się afera hazardowa, a premier Tusk ogłosił plan likwidacji hazardu m.in. w internecie. W rządzie trwały intensywne prace nad odpowiednią ustawą. Projekt zakładający inwigilację i cenzurę sieci ogłoszono w tym samym mniej więcej czasie co ostateczne postawienie na czele NASK-u oficera ABW. Minister Kudrycka powołała płk. Chrzanowskiego na dyrektora NASK 16 listopada tego roku. Od tej chwili NASK stał się de facto kolejnym departamentem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Trzeba sobie uzmysłowić, że polskie domeny internetowe przydziela teraz ABW. Kupując sobie adres internetowy dajemy zarabiać specsłużbom. Korzystając z sieci radiowego dostępu do internetu stworzonej przez NASK korzystamy z infrastruktury całkowicie kontrolowanej przez tajną policję. NASK i ABW stały się jednością.
Cenzorzy z razwiedki
Tymczasem w połowie listopada, premier Tusk ogłosił, iż Urząd Komunikacji Elektronicznej będzie cenzurować internet i blokować te witryny, które specsłużby uznają za „strony niedozwolone” w myśl ustawy. A projekt zakłada, że będą nimi witryny z e-hazardem, pedofilskie i propagujące faszyzm. O tym jakie to konkretne witryny znajdą się w tym rejestrze ma decydować ABW i policja. UKE ma prowadzić jedynie rejestr „usług i stron niedozwolonych” a w ciągu sześciu godzin od wpisania danej strony do rejestru musi wysłać do dostawców internetu informację o tym. Ci z kolei natychmiast muszą zablokować dostęp do tej witryny. Oczywiście definicje jakie strony internetowe są tymi zakazanymi są rozmyte i nieostre. Projekt prawa wprowadzał więc po prostu cenzurę, a ze specsłużb robił cenzorów. Jednak to nie wszystko.
Do projektu wpisano przepisy umożliwiające śledzenie internautów, a właściwie ich ruchu w sieci bez wyroku sądu. W połowie grudnia dodano kolejne inwigilujące artykuły. Rząd Tuska chce by policja bez zgody sądu mogła żądać od operatorów danych każdego internauty, jego numeru PESEL czy e-maili. Policjant mógłby też sprawdzać, jakie strony odwiedzał. Dziś też o podobne dane może występować do operatorów komórkowych czy właścicieli portali, ale w większości przypadków dopiero z nakazem sądowym. Rząd takie przepisy tłumaczy “ochroną społeczeństwa przed skutkami niektórych negatywnych zjawisk”. Jak w PRL.
Co prawda tuż przed świętami minister Michał Boni zapowiedział, że rząd wycofa się z części przepisów, ale trzeba poczekać, bowiem to tylko zapowiedź a konkretne artykuły nie zniknęły jeszcze z projektu ustawy. Według słów ministra Boniego nie będzie nowych uprawnień policji do inwigilacji internautów, a strony „propagujące faszyzm” nie będą blokowane, bowiem „trudno o jasną definicję”. ABW i policja nie będą nakazywać wpisania jakieś strony do rejestru witryn zakazanych. O tym będzie decydować tylko sąd. Ostateczny kształt prawa poznamy jednak w pierwszej połowie stycznia. Nie łudźmy się, iż specsłużby tak łatwo oddadzą nowe prerogatywy, które są tylko na wyciągnięcie ręki. Inwigilacja i cenzurowanie sieci do zbyt łakomy kąsek by z niego zrezygnować bez walki.
Permanentna inwigilacja
Gdy wszyscy zajęci byli patrzeniem jak rząd Tuska walczy z hazardem także w internecie pojawił się projekt rozporządzenia, który wprowadza permanentną (dosłownie!) inwigilację posiadaczy telefonów komórkowych. Minister Infrastruktury musi wydać nowe rozporządzenie do nowelizacji prawa telekomunikacyjnego, które weszło w życie w lipcu tego roku. Dokument czeka już tylko na podpis ministra, a w treści rozporządzenia są trzy słowa „oraz jego trwania”. Chodzi o lokalizację osoby, która właśnie wykonała połączenie telefonem komórkowym. Operatorzy telefonii muszą zbierać i przechowywać dane o tym kto do kogo zadzwonił oraz z jakiego miejsca dokonano połączenie inicjujące rozmowę. Dotyczy to wszystkich posiadaczy komórek bez wyjątku. Jednak dopisanie trzech powyższych słów powoduje, że operatorzy będą musieli śledzić każdy krok rozmówców. Wszystkich bez wyjątku.
Jeśli Kowalski zadzwoni do Nowaka, to operatorzy będą musieli zapisywać każdy krok tych dwóch i przechowywać te dane kilka lat. Specsłużby i policja gdy o te dane wystąpią muszą je otrzymać. W ten sposób rząd Tuska wprowadził po prostu całkowitą inwigilację społeczeństwa bowiem łatwiej jest zliczyć tych co komórek nie mają.
Dziś także można śledzić osoby rozmawiające przez telefon, ale tylko te podsłuchiwane, na co zgodę wydał sąd. Projekt rozporządzenia nie przewiduje żadnych sądowego nadzoru nad danymi z inwigilacji Polaków. Tajemnicą poliszynela jest to, że pracownikami departamentów przechowujących dane o połączeniach klientów oraz ich śledzących w firmach będących operatorami telefonii komórkowej są wyłącznie byli pracownicy specsłużb i policji. W ten sposób różnego rodzaju tajne policje mają nieograniczony wgląd w nasze dane. Bez jakiejkolwiek kontroli. Z drugiej strony byli pracownicy jednej specsłużby pracujący u operatora komórkowego niechętnie przekazują takie dane specsłużbom będącym w konflikcie z byłym pracodawcom. Po prostu, jak ktoś był z ABW, to nie przekazał informacji ludziom z WSI i na odwrót. Do tego w czasach rządów PiS dochodziły animozje polityczne. Pozostały zresztą do dziś.
Wypowiedzieć wojnę zaufaniu
Jeśli więc nie chcesz być śledzony przez specsłużby to po prostu wyrzuć komórkę, odłącz internet, przestań korzystać z komunikacji publicznej (przynajmniej w Warszawie, bo nowe bilety okresowe mają zakodowany PESEL i pozwalają śledzić drogę użytkownika), zdemontuj satelitę, no i nie wychodź w ogóle z mieszkania, by nie namierzyła cię kamera miejskiego monitoringu, a jeśli posiadasz dom to od razu wypowiedz umowę z firmą ochroniarską i pozbądź się czym prędzej ich systemu czujek. Dziś trudno funkcjonować w świecie bez inwigilacji. Pytanie, czy można się przed nią obronić? Nawet jeśli nie do końca to można wydać jej chociaż wojnę. Inaczej nasze dzieci będą żyły w „Roku 1984”, zbudowanym przez tych, dla których zaufanie to podstawa rządów miłości.
|
|
|
chrześcijaństwo
|
 „ A światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła” (J 1, 5)
|
|
|
globalne ocieplenie
|
http://www.bibula.com/?p=16616
Z profesorem nauk przyrodniczych Zbigniewem Jaworowskim, badaczem zanieczyszczeń lodowców i stężenia CO2 w atmosferze, autorem wielu publikacji na temat zmian klimatycznych, wieloletnim przedstawicielem Polski w Komitecie Naukowym ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego, członkiem Nongovernmental International Panel on Climate Change (NIPCC), który zrzesza naukowców sceptycznych wobec teorii ocieplenia klimatu, rozmawia Mariusz Bober
|
|
|
niszczenie Kościoła katolickiego
|
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20091214&typ=sw&id=sw01.txt 2009-12-13
Londyn chce zmusić Kościół do przyjmowania homoseksualistów do stanu kapłańskiego
Młot na katolickich homofobów – depesze Radia Watykańskiego rzadko opatrywane są tak dosadnymi tytułami. Zważywszy na kaliber informacji, jest to jak najbardziej uzasadnione. Brytyjska Izba Lordów będzie jutro głosowała nad tzw. ustawą o równości. Jeżeli kuriozalny projekt wejdzie w styczniu w życie, biskupi, którzy odmówią wyświęcenia na księży homoseksualistów i kobiet, będą narażeni na horrendalne kary pieniężne, konfiskatę dóbr kościelnych, a nawet więzienie.
Ustawa równościowa obliguje Kościół katolicki do bezwzględnego podporządkowania się regulacjom państwowym dotyczącym zakazu rzekomej dyskryminacji ze względu na płeć, tzw. orientację seksualną i stan cywilny. Co ciekawe, drakońskie prawo dotyczy tylko katolików. Procedująca wcześniej ustawę Izba Gmin zgodziła się, by spod jej jurysdykcji wyłączyć inne wyznania. Poprawki przyjęte przez niższą izbę parlamentu zostały sformułowane w taki sposób, że pojęcie osoby duchownej nie dotyczy kapłanów katolickich. Katoliccy hierarchowie przez wiele miesięcy na próżno zabiegali o możliwość konsultacji. 8 grudnia na spotkaniu z katolickimi członkami Izby Lordów prosili polityków, by zrobili wszystko, co w ich mocy, dla odrzucenia projektu lub przynajmniej aby poprawki dotyczące osoby duchownej obejmowały również katolików.
Autorem ustawy jest minister ds. kobiet i równości Harriet Harman, która twierdzi, że pomoże ona uczynić Wielką Brytanię krajem większej równości i “zbudować bardziej sprawiedliwe społeczeństwo”. Tymczasem przygotowane na zlecenie katolickiego Episkopatu ekspertyzy prawne jednoznacznie dowodzą, że konsekwencje przyjęcia nowego prawa będą dla Kościoła miażdżące. Biskupi katoliccy nie będą mogli np. odmówić przyjęcia do seminarium kobiet, homoseksualistów, transseksualistów i żonatych mężczyzn. Ponadto osoby, których postępowanie w sposób jawny przeczy nauczaniu Kościoła, jak np. aktywni homoseksualiści czy aborterzy, zyskają prawo do zatrudnienia w instytucjach katolickich.
Jak podkreślił w rozmowie z Catholic News Service Richard Kornicki, koordynator projektów prawnych zamówionych przez biskupów, jeśli ustawa wejdzie w życie, Kościół katolicki będzie nieprzerwanie nękany pozwami sądowymi z powodu rzekomych dyskryminacji wszelkiego rodzaju. Inny katolicki prawnik specjalizujący się w prawie antydyskryminacyjnym i jednocześnie dyrektor Centrum Prawnego im. św. Thomasa More’a Neil Addison precyzuje, że Kościół jako instytucja nie może zostać pozwany. Pozwy będą kierowane personalnie pod adresem księży biskupów uchylających się od nowych zobowiązań. Addison podkreśla, że grozić im będą wówczas nie tylko wysokie kary pieniężne i konfiskaty dóbr kościelnych, ale nawet więzienie. Jak zauważa Addison, w tej sytuacji państwo bardzo utrudni biskupom utrzymanie dyscypliny wśród duchowieństwa. Ustawa zakłada też, że ze szkół, szpitali i innych instytucji prowadzonych i finansowanych przez Kościół będą musiały zostać usunięte krzyże i wszelkie inne symbole religijne. Ich pozostawienie narazi placówki na zarzut pogwałcenia uczuć niechrześcijańskich pracowników.
Katoliccy biskupi już w listopadzie apelowali do Izby Lordów o odrzucenie ustawy w całości lub przynajmniej jej zmodyfikowanie. “Ustawa powoduje, że nie będzie zgodne z prawem wymagać, by ksiądz był mężczyzną, osobą niepozostającą w związku małżeńskim, ani też w związku partnerskim” – napisali hierarchowie. “Ta kontrowersyjna definicja została utworzona bez żadnych konsultacji i jest popierana przez rząd pomimo zastrzeżeń zgłaszanych przez Konferencję Biskupów i petycji wielu wspólnot religijnych w Wielkiej Brytanii” – dodali w swoim oświadczeniu.
– Ta ustawa, jeśli zostanie uchwalona, będzie sprzeczna z zasadą poszanowania wolności religijnej w wymiarze instytucjonalnym. Kościół rządzi się bowiem swoim prawem i państwo nie może jemu narzucać tego typu rozwiązań. Może co najwyżej narzucić je Kościołowi państwowemu, czyli w tym przypadku anglikańskiemu – podkreślił w rozmowie z “Naszym Dziennikiem” ks. prof. dr hab. Józef Krukowski z Wydziału Prawa Kanonicznego i Administracji Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Działanie Episkopatu nie spodobało się lewicowemu rządowi. 8 grudnia rzecznik rządu wystąpił z oficjalną krytyką biskupów za to, że starają się wyłączyć księży spod ustawy. Rzecznik podkreślił, że Kościół katolicki powinien zadowolić się tym, co przewiduje ustawa. A zapisy posuwają się do tego, że regulują czas pracy kapłanów. Księżom stawiany jest wymóg poświęcania 51 proc. czasu na czynności liturgiczne i wyjaśnianie doktryny (to według legislatorów jest konieczne do otrzymania statusu “księdza”, nie zaś zwykłego “pracownika kościelnego”). Jeśli kapłan nie będzie poświęcał codziennie 51 proc. czasu na czynności liturgiczne i wyjaśnianie doktryny, gdyż będzie wykonywał także inne należące do niego zadania, wtedy otrzyma status zaledwie “pracownika Kościoła”. W tym tkwi haczyk: jako “pracownik kościelny” będzie podlegał pod nową ustawę równościową.
Brytyjscy biskupi podkreślają, że ten wymóg jest niemożliwy do spełniania, bo w projekcie ustawy nie znalazły się inne ważne obowiązki księdza, które musi on spełniać, jak choćby praca duszpasterska, prywatna modlitwa, studia i doglądanie spraw związanych z administracją parafialną, w tym także budową i drobnymi pracami wokół świątyni.
– Brytyjski rząd traktuje religię jako problem i przejaw ekscentryzmu. Zdaniem laburzystów, wiarę praktykują jedynie dziwacy, obcokrajowcy i mniejszości. Rząd chce także, aby wiara była postrzegana jako coś nienormalnego, co nie pasuje do nowoczesnej Wielkiej Brytanii – powiedział w wywiadzie dla dziennika “Daily Telegraph” duchowy zwierzchnik anglikanów abp Rowan Williams, cytowany przez Radio Watykańskie. Jego zdaniem, taka postawa pokazuje, jak bardzo klasa polityczna oddaliła się od zwykłych obywateli, dla których wiara wciąż pozostaje ważnym elementem życia. – Z drugiej strony ów negatywny stosunek do religii wynika stąd, że rządzący całą swą uwagę skupiają na islamie, a chrześcijan traktują po macoszemu – podkreślił. Wielka Brytania od czasów zerwania łączności ze Stolicą Apostolską w XVI w. do chwili obecnej pozostaje państwem wyznaniowym. Pozycję Kościoła oficjalnego mają Kościół anglikański oraz Kościół szkocki. Wolność tych Kościołów jest ograniczona. Najwyższym ich rządcą jest król, a biskupi są mianowani przez króla na wniosek premiera.
Marta Ziarnik
|
|
|
niszczenie Kościoła katolickiego
|
2009-12-10 http://www.piotrskarga.pl/ps,4556,2,0,1,I,informacje.html
Biskupi katoliccy Anglii i Walii obawiają się prześladowań z powodu proponowanej nowej ustawy równościowej. Określa ona bowiem kto może zostać księdzem. Ustawa zakazuje dyskryminacji kandydatów na kapłanów ze względu na płeć i „orientację seksualną”.
15 grudnia w wyższej izbie parlamentu brytyjskiego odbędzie się debata nad projektem nowej ustawy równościowej, która ma położyć kres dyskryminacji w miejscu pracy. Biskupi wystosowali do katolickich członków Izby Lordów specjalne oświadczenie, prosząc ich o odrzucenie ustawy albo przynajmniej jej zmianę.
Zgodnie z projektem nowej ustawy równościowej Kościół uniknie szykan tylko wtedy, gdy zaakceptuje kobiety, aktywnych seksualnie pederastów i lesbijki oraz transseksualistów jako kandydatów na kapłanów. Co więcej, kapłani będą zobowiązani do spędzania 51 proc. swojego czasu na wyjaśnianiu i nauczaniu doktryny katolickiej albo na praktykowaniu nabożeństw. Projekt nie uwzględnia czasu księży spędzanego na pracy pasterskiej, modlitwie prywatnej oraz nauce, załatwianiu spraw administracyjnych, czy spraw związanych z budową lub utrzymaniem świątyń itp.
„Ta kontrowersyjna definicja kapłana została przyjęta przez rząd bez konsultacji i utrzymana mimo zastrzeżeń zgłaszanych przez episkopat oraz przedstawicieli innych organizacji religijnych” – zauważyli w oświadczeniu hierarchowie.
8 grudnia rzecznik rządu skrytykował biskupów za to, że próbują wyłączyć katolickich księży z obowiązywania ustawy. W listopadzie tego roku Izba Gmin odrzuciła poprawkę, która dawałaby większą swobodę Kościołowi katolickiemu w ramach obowiązywania nowej ustawy równościowej. Obserwatorzy spodziewają się, że ustawa ta wejdzie w życie najprawdopodobniej na początku przyszłego roku.
Richard Kornicki, koordynator parlamentarny biskupów stwierdził, że episkopat nie może się zgodzić z proponowaną przez rząd definicją kapłana. Powiedział on, iż prawnicy są pewni, że Kościół katolicki byłby ciągle nękany pozwami sądowymi z powodu dyskryminacji na tle seksualnym, skoro Kościół odrzuca kandydatów na księży, którzy nie są mężczyznami, są homoseksualistami, transseksualistami itp. Rząd tymczasem upiera się przy stwierdzeniu, że Kościół nie może pozostawać przy własnych poglądach na temat tego, kto może zostać kapłanem.
Katolicki prawnik Neil Addison, szef Centrum Prawnego im. Tomasza More’a, specjalizujący się w prawie dyskryminacyjnym stwierdził, że Kościół jako instytucja nie może zostać pozwany do sądu, ale pozywani będą biskupi, którym grozi kara pozbawienia wolności i wysoka grzywna, przez co majątek kościelny może zostać znacznie uszczuplony. Ponadto zauważył on, że biskupi nie będą w stanie utrzymać dyscypliny wśród duchowieństwa, bo prawo nie pozwoli im zabraniać kapłanom prowadzić „alternatywnych stylów życia”.
Zgodnie z nową ustawą katolickie szkoły oraz przychodnie zdrowia i inne instytucje będą musiały usunąć ze ścian krzyże, gdyż w przeciwnym razie będą one naruszały uczucia niechrześcijańskich pracowników.
Źródło: catholicnews.com, AS
|
|
|
kara śmierci
|
Stanisław Michalkiewicz 2009-12-10 http://www.bibula.com/?p=16436
W związku z naszym jasnym i zdecydowanym stanowiskiem w sprawie aborcji, niektórzy ludzie zarzucają nam niekonsekwencję. Skoro bowiem – powiadają – domagacie się poszanowania życia ludzkiego, to dlaczego optujecie za przywróceniem kary śmierci do kodeksu karnego?
Moim zdaniem braku konsekwencji w naszym stanowisku nie ma, ponieważ właśnie dlatego jesteśmy za przywróceniem kary śmierci, gdyż stanowi ona niezbędny element prawnej ochrony życia ludzkiego.
Intencją przyświecającą przeciwnikom kary śmierci jest chęć eliminacji z systemu prawnego możliwości bezkarnego pozbawienia człowieka życia. Intencja ta, aczkolwiek bardzo szlachetna, jest w praktyce niemożliwa do zrealizowania.
Przyczyna jest następująca. Otóż zarówno w polskim, jak i w innych systemach prawa karnego, występuje instytucja obrony koniecznej. Polega ona na tym, że człowiek będący obiektem bezprawnego zamachu, ma prawo odeprzeć go przez własne działanie, używając środków skutecznych, acz proporcjonalnych do zaistniałego zagrożenia. Vim vi repellere licet – siłę godzi się odeprzeć siłą – ta zasada prawa rzymskiego znalazła wyraz w jednym z orzeczeń Sądu Najwyższego (Izba Karna), który stwierdził, że człowiek zaatakowany przez przestępcę nie ma prawnego obowiązku ratowania się ucieczką. To uprawnienie zakłada również możliwość pozbawienia życia napastnika, jeśli jego postępowanie niedwuznacznie wskazuje na identyczny zamiar a niebezpieczeństwa nie da się uniknąć w jakiś inny sposób. Nie potrzebuję dodawać, że takie działanie człowieka zaatakowanego nie jest przez prawo uznawane za przestępstwo, a więc nie można -w przypadku broniącego się – mówić o winie, a tym samym i o karze, nawet gdyby skutkiem jego obrony była śmierć napastnika.
Gdyby zatem konsekwentnie wyeliminować wszelką możliwość bezkarnego pozbawienia życia człowieka z systemu prawnego, to trzeba by również zlikwidować instytucję obrony koniecznej. W takim jednak przypadku prawo traktowałoby identycznie zarówno bezprawny zamach, jak i obronę przed nim, a więc skutecznie zacierałoby granicę między prawem a bezprawiem, między przestępczym zamachem, a obroną przed nim. Taka sytuacja przekreślałaby ochronną funkcję prawa karnego i podważałaby sens prawa w ogóle.
Z tych właśnie względów, zatrącających o paradoks, utrzymanie w systemie prawnym możliwości bezkarnego zabicia człowieka objawia się jako jeden z fundamentów ochronnej funkcji prawa karnego i sensu prawa w ogólności. I właśnie dlatego intencje przeciwników kary śmierci nie są możliwe do zrealizowania w pełni bez podważenia samej istoty prawa.
Czy jednak nie są możliwe do zrealizowania częściowo? Wróćmy raz jeszcze do instytucji obrony koniecznej. Jak wspomniałem, człowiek zaatakowany przez napastnika ma prawo się bronić. Zakres tej dopuszczalnej obrony zakłada możliwość pozbawienia napastnika życia. Napastnik zatem, decydując się na zaatakowanie swojej ofiary, nie może nie liczyć się z tą możliwością i przystępując do napadu ryzykuje życiem. Zwróćmy uwagę, że z punktu widzenia prawnego możliwość utraty życia przez napastnika zachodzi już wtedy, gdy znajduje się on zaledwie na etapie usiłowania (np. usiłowania zabójstwa). Skoro kara śmierci została zniesiona , napastnik, który na etapie usiłowania jest zagrożony utratą życia, otrzymuje od systemu prawnego nagrodę, o ile tylko doprowadzi swój zbrodniczy zamiar do końca, to znaczy, o ile ofiarę życia rzeczywiście pozbawi. Wtedy bowiem ze strony ofiary żadne niebezpieczeństwo już mu nie grozi, zaś prawo od tego momentu gwarantuje mu ochronę życia, zwłaszcza, gdy zostanie schwytany, osądzony i skazany. Mówię o gwarantowaniu życia, ponieważ w takiej sytuacji inne osoby są odpowiedzialne przed prawem za ochronę życia aresztowanego i skazańca. W ten oto sposób likwidacja kary śmierci premiuje zbrodniarzy szczególnie brutalnych, bezlitosnych, którzy nie wahają się przed doprowadzeniem swoich ofiar do stanu bezbronności i zgładzeniem ich. W zasadzie zaś, likwidacja kary śmierci poprawia sytuację przestępcy pod warunkiem wszakże, że przekroczy on etap usiłowania i osiągnie etap realizacji zbrodniczego zamiaru.
Tymczasem funkcją prawa karnego nie jest zapewnianie przestępcom bardziej komfortowej sytuacji, ale ochrona jednostek przed bezprawnymi zamachami. Zatem wykonywanie ochronnej funkcji prawa powinno zmierzać do utrzymania sytuacji co najmniej takiej, jaka istniała na etapie usiłowania, to znaczy dopóki zaatakowana ofiara mogła skorzystać z obrony koniecznej. Zadaniem prawa karnego powinno być zatem przedłużenie zagrożenia życia napastnika również na okres, gdy ofiara została doprowadzona do stanu bezbronności, albo pozbawiona życia.
W tym momencie – jak przypuszczam – leży przyczyna nieporozumienia między zwolennikami kary śmierci, a jej przeciwnikami. Ci pierwsi, do których również i jam się zaliczam, uważają, że prawo powinno występować w imieniu jednostki, której dobra zostały w wyniku przestępstwa naruszone, a więc powinno działać tak jak ona, również wtedy, kiedy ona sama z tych czy innych powodów działać już nie może. Ci drudzy natomiast uważają, że prawo powinno działać w imieniu społeczeństwa. W takiej zaś sytuacji wspomnienie zbrodni i krzywdy ofiary schodzi na plan dalszy, a przedmiotem uwagi staje się sytuacja przestępcy, skonfrontowanego ze społeczeństwem. Pod wpływem tej, oczywiście niesymetrycznej, sytuacji rodzą się pytania o prawomocność kary śmierci itp. objawy współczucia. Takie są praktyczne konsekwencje różnicy między indywidualistyczną, a kolektywistyczną koncepcją prawa karnego. Tymczasem prawo to powinno przede wszystkim kierować się nakazem sprawiedliwości, a więc oddawania każdemu tego, co mu się należy, a dopiero potem współczuciem dla zbrodniarza. I z tego punktu widzenia powinna być w kodeksie i kara śmierci, i prawo łaski.
I jeszcze jedna uwaga. Obawiam się, że postulat zniesienia kary śmierci prowadzi w gruncie rzeczy do uproszczenia procedury jej orzekania i wykonywania. Oto przykład: w swoim czasie ówczesna Niemiecka Republika Demokratyczna zniosła karę śmierci. W tym samym jednak czasie straż graniczna tego państwa strzelała do ludzi usiłujących sforsować mur berliński, a liczba uśmierconych w ten sposób nieszczęśników sięgała setek. Jak więc było naprawdę? Ist-niała tam kara śmierci, czy nie istniała? Uważam, bo faktom zaprzeczać nie potrafię, że nadal istniała, tylko zabroniono jej orzekania sądom działającym mimo wszystko według jakiejś procedury, a przekazano jej orzekanie i wykonywanie żołnierzom straży granicznej, którzy nie prowadzili żadnego postępowania, nie przesłuchiwali podejrzanych, nie określali stopnia ich winy, nie wysłuchiwali argumentów obrońców, ani też nie pouczali o przysługujących środkach odwoławczych, tylko repetowali karabin i strzelali.
Osobiście wolałbym, żeby jednak o karze śmierci decydowały sądy, które – cokolwiek by o nich nie powiedzieć – dają pewne gwarancje praworządności. Trudno natomiast mi pogodzić się z postulatem, wskutek którego prawo orzekania tej kary i jej wykonywania miałyby osoby przypadkowe. Tymczasem nie tylko w byłej NRD, ale również u nas, tu i teraz, taka tendencja występuje.
Jest rzeczą charakterystyczną, że kręgi domagające się zniesienia kary śmierci zawsze w znacznym stopniu się pokrywały z kręgami domagającymi się kontynuowania legalizacji aborcji. Warto przysłuchać się ich argumentacji: oto o życiu człowieka jeszcze nie urodzonego miałaby decydować “kobieta”. A więc nie sąd, nie za jakieś przestępstwo, nie po zbadaniu stopnia winy, ale “kobieta”, kierująca się przesłankami znanymi tylko jej samej. Czyż nie jest to fragment tendencji zmierzającej do uproszczenia procedury orzekania i wykonywania kary śmierci? Może ktoś powiedzieć, że mieszam pojęcia, bo przecież w przypadku dziecka nie można mówić o przestępstwie. Wolne żarty! Tym gorzej! Z punktu widzenia człowieka pozbawianego życia taka żonglerka słowami nie ma żadnego znaczenia.
Dlatego też sprzeciwiam się jakimkolwiek pomysłom, które zmierzałyby do upraszczania procedury orzekania i wykonywania kary śmierci. Zaś ona sama powinna figurować w kodeksie karnym, zarezerwowana do przypadków umyślnych zabójstw, zwanych ongiś morderstwami. Jej likwidacja bowiem prowadzi do poważnych i demoralizujących niekonsekwencji w systemie prawnym. Quod erat demonstrandum. Stanisław Michalkiewicz
|
|
|
totalna kontrola życia
|
Adam Wawrzyniec źródło tekstu: wp.pl, Gazeta Wrocławska
Wrocławskiej firmie Redeco grozi wysoka – 73 tys. zł – kara za wycięcie drzewa. Pieniędzy chce od przedsiębiorstwa miasto. Tyle tylko, że klon, którego dotyczy decyzja… rośnie w najlepsze. Pięć lat temu spółka Redeco, budująca obiekty sportowe we Wrocławiu, rozpoczęła stawianie Centrum Tenisowego przy alei Hallera. W miejscu, gdzie powstawały korty tenisowe, rosły trzy klony. – Wystąpiliśmy o zgodę na ich przesadzenie. Przyszła pani z urzędu miejskiego, sprawdziła na miejscu, jak to wygląda i wydała decyzję – wspomina Mirosław Gorczyca, prezes Redeco.
|
|
|
globalne ocieplenie
|
Aktualizacja: 2009-12-4 http://www.bibula.com/?p=16346
ONZ zapowiedziała odrębne śledztwo w sprawie wycieku e-maili naukowców z Uniwersytetu Wschodniej Anglii. Ze skradzionych wiadomości miało wynikać, że globalne ocieplenie to mit, a naukowcy celowo manipulują wynikami badań, by utrzymać w mocy twierdzenie, że klimat na Ziemi się ociepla i proces ten w dużej mierze spowodowany jest działalnością człowieka.
W wywiadzie dla radia BBC przewodniczący międzynarodowego panelu ds. zmian klimatu, Rajendra Pachauri powiedział, że informacje ujawnione w e-mailach są bardzo poważne i istotne. – Będziemy to badać szczegółowo – obiecał Pachauri zapowiadając niezależne śledztwo. – Z pewnością nie ma mowy o zamiataniu sprawy pod dywan – przekonywał przewodniczący. Komisja ONZ zbada informacje w celu ustalenia, czy istnieją dowody na manipulację i ukrywanie danych, co jest sprzeczne z powszechną praktyką naukową.
Brytyjski sekretarz ds. zmian klimatu, Ed Miliband przyznał, że międzynarodowa afera ze skradzionymi wiadomościami naukowców będzie miała wpływ na rozmowy podczas najbliższego szczytu klimatycznego ONZ, który odbędzie się 7 grudnia w Kopenhadze. – Potrzebujemy jak najwięcej przejrzystości na temat danych, które wyciekły – powiedział Miliband.
Sensacyjne dane wyciekły dzięki hakerowi, któremu udało się włamać na stronę Hadley Climatic Research Unit, największego w Wielkiej Brytanii instytutu zajmującego się badaniami w zakresie klimatologii. Wykradziono ponad 1000 e-maili i 72 dokumenty. Wynika z nich jasno, że tzw. “globalne ocieplenie”, to nic innego jak wielkie oszustwo. Z opublikowanych listów wyłania się obraz spisku, mającego na celu przekonanie opinii publicznej, że faktycznie czeka nas ocieplenie. Pojawiają się w nich sformułowania: “Właśnie poprawiłem dane, dodałem nieco wartości, tak aby ukryć rzeczywisty spadek temperatury”.
Wcześniej amerykański senator John Inhofe zwracał się z prośbą o zbadanie sprawy przez Senat w USA, jednak wpływowa członkini Partii Demokratycznej, Barbara Boxer w dość lakoniczny sposób wypowiedziała się na temat wątpliwości.
- Cała koncepcja “Jesteśmy ekspertami, zaufajcie nam” runęła po ujawnieniu tych e-maili – komentuje Judith Curry, klimatolog z Georgia Institute of Technology. Curry razem z innymi naukowcami domaga się , żeby metody analizowania i gromadzenia danych dotyczących klimatu były bardziej przejrzyste. Badacze uważają, że należy zrewidować procedury selekcji artykułów stosowane przez niektóre czasopisma naukowe oraz Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatycznych (Intergovernmental Panel on Climate Change). To właśnie Panel w 2007 roku doszedł do wniosku, że za ocieplenie klimatu przede wszystkim odpowiada działalność człowieka. Te ustalenia są podstawą międzynarodowych dyskusji na temat nowego porozumienia w sprawie klimatu.
7 grudnia rusza wielki szczyt klimatyczny. To właśnie na nim Barack Obama (który przyjedzie 9 grudnia) ma zaprezentować plan redukcji przez Stany Zjednoczone (największego truciciela na Ziemi) emisji gazów cieplarnianych do 2020 roku o ok. 17 proc. w stosunku do 2005 roku. (Fox News)
|
|
|
Jan Hartman
|
2009-12-4 http://www.bibula.com/?p=16350
W Polsce rocznie powstaje grubo ponad 4000 doktoratów, o pracach magisterskich już nie wspomnę. Nikomu jakoś do głowy nie przychodzi by śledzić z zapałem ile jest tam zawartych bzdur, plagiatów czy prac pisanych przez wynajętych zawodowców za odpowiednią opłatą, a ile wartościowych dzieł.
Są jednak wyjątki. Wszyscy pamiętamy amok salonu po opublikowaniu solidnej i z pasją napisanej pracy magisterskiej Pawła Zyzaka na temat Lecha Wałęsy. Ostatnio w kraju gdzie broni się kilkanaście doktoratów dziennie przypuszczono atak na świeżo upieczonego doktora, ojca Tadeusza Rydzyka.
Warto tu zatrzymać się przy osobie, która ten furiacki atak zainicjowała. Chodzi o profesora filozofii Jana Hartmana z Uniwersytetu Jagiellońskiego i jednego z założycieli reaktywowanej w 2007 roku żydowskiej loży B’nai B’rith Polska, której członkiem może zostać osoba fizyczna, która ma i deklaruje tożsamość żydowską, świecką bądź religijną, opartą na pochodzeniu żydowskim (z ojca lub matki) lub na konwersji na judaizm.
Przypomnieć również należy, że 9 września 2007 roku przy okazji otwarcia nowej loży B’nai B’rith w Polsce odbyło się spotkanie z udziałem ambasadora USA w Warszawie Victora Asha i prezesa Moishe Smitha. Nakreślono tam główne zadania tej organizacji w Polsce związane z ustawodawstwem dotyczącym zwrotu mienia żydowskiego oraz „kwestie” związane z Radiem Maryja.
Profesor Jan Hartman oprócz wielu naukowych zajęć, zajmuje się również (o zgrozo) nauczaniem etyki przyszłych adeptów sztuki lekarskiej. Mogliśmy go bliżej poznać podczas telewizyjnego tourne, jakie odbywał w towarzystwie Kazimiery Szczuki z okazji uśmiercenia Włoszki, Eluany Englaro.
To wtedy ci piewcy eutanazji i „zabijania z wyższych pobudek” wyartykułowali zdania, które zapadły w moją pamięć.
Profesor Hartman mówił: „Lepiej chodzić na groby bliskich niż opiekować się żywym grobem” albo „Podtrzymywanie funkcji życiowych ciał, które już dawno umarły nie ma sensu”.
Kazimiera Szczuka zaś informowała miliony Polaków o wielkiej uldze, jaką odczuła po śmierci zadanej Eluanie.
Po ostatnim przypadku Belga, Roma Haubena, którego mózg jak się okazuje przez 23 lata pracował normalnie, a lekarze jego stan określali, jako wegetatywny, ci nasi piewcy cywilizacji śmierci i jednocześnie jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności zacięci wrogowie Radia Maryja jawią mi się, jako postaci niezwykle niebezpieczne.
Wszystkim tym, którzy ich poglądy uważają za postępowe i nowoczesne, a hasło „Śmierć z litości” za nośne, świeże oraz moralnie i etycznie uzasadnione przypomnę coś, co może się wydać analogią zbyt daleko idącą. Ale czy aby na pewno?
***
W dniach od 9 grudnia 1946r. do 20 sierpnia 1947r. odbywał się Norymberski Proces Lekarzy. Podczas jego trwania opinia światowa dowiedziała się jak doszło do masowej na niespotykaną skalę eksterminacji bezbronnych ludzi za pomocą eutanazji. Warto dziś to przypominać gdyż wiele dowiedzieć się dzięki temu możemy o obecnej kondycji ludzkości.
W 1938 roku do kancelarii Hitlera, który wraz ze swym osobistym lekarzem Karlem Brandtem zastanawiał się jak pozbyć się ludzi starych, chorych i upośledzonych, wpłynął list od niejakiego Knauera z Lipska, ojca upośledzonego dziecka, który prosił o „łaskę śmierci” dla pozbawionego jednego przedramienia, ze zdeformowana stopą i „wrodzonym idiotyzmem” niemowlęcia.
Postanowiono ten przypadek potraktować, jako pilotażowy, oprawić go odpowiednio propagandowo i w razie sukcesu ten „patent” zastosować na skalę masową.
Osobiście zajął się tym lekarz Hitlera Karl Brandt, a sprawie nadano kryptonim „Dziecko K”.
Karl Brandt uznał za najważniejsze wymyślenie „reklamowego sloganu” i sposobu takiej perswazji skierowanej do rodzin i rodziców uśmiercanych oraz lekarzy, personelu medycznego i obywateli, aby ewentualne poczucie winy za śmierć zamienić w uczucie satysfakcji ze spełnienia dobrego uczynku powodowanego uczuciami wyższymi.
Spośród wielu propozycji padło na hasło „ŚMIERĆ Z LITOŚCI”.
I tak 25 lipca 1939 roku śmiertelnym zastrzykiem zabito „Dziecko K” pierwowzór dzisiejszych Terri Schiawo i Eluany Englaro.Akcja zakończyła się pełnym sukcesem.
Kolejnym etapem miał być nakręcony na zlecenie Hitlera i Brandta film mający całe społeczeństwo przekonać o zbawiennych skutkach zabijania ludzi chorych, starych i upośledzonych.
Zalecano, by scenariusz zawierał przesłanie mówiące, że
1. Szpitale są przepełnione takimi pacjentami
2. Ci ludzie tak naprawdę już nie żyją
3. Oni sami tego chcą, lub chcieliby, gdyby mogli to powiedzieć
4. Ich wygląd musi być odrażający i budzący wstręt
5. Tytuł filmu ma być jednocześnie hasłem kluczem mówiącym, że te osoby tak naprawdę już nie żyją.
Tak powstała pierwsza robocza wersja niemieckiego filmu pod tytułem „ISTNIENIE BEZ ŻYCIA”, niezaakceptowana jednak przez kancelarię Hitlera. Obraz oceniono, jako za mało ponury, mogący w społeczeństwie wzbudzić uczucie litości.
Druga ocalała do dziś kopia wersji roboczej filmu o tym samym tytule wzbogacona została o techniczne efekty. Wszystkich chorych, zdeformowanych, w stanie wegetatywnym i psychicznie chorych za pomocą odpowiedniego oświetlenia ukazano, jako potwory. Jeden z chorych na schizofrenię zapięty w kaftan bezpieczeństwa recytuje wyuczone na pamięć formułki o tym, że jest bardzo chory, marzy o śmierci i świętym spokoju.
Po tym propagandowym wstępie dokonano masowej zagłady ludzi chorych, starych i upośledzonych na niespotykaną do dziś skalę przy bierności, a nawet cichym poparciu ówczesnej opinii publicznej.
***
Mam nadzieję, że o przyznawaniu doktoratów w Polsce czy nauce moralności i etyki nigdy nie będą decydowali tacy ludzie jak Jan Hartman, Kazimiera Szczuka czy środowisko Gazety Wyborczej.
Na koniec przypomnę fragment pamiętnego sejmowego przemówienia Jana Pawła II
„…pojawia się dzisiaj nie mniej poważna groźba zanegowania podstawowych praw osoby ludzkiej i ponownego wchłonięcia przez politykę nawet potrzeb religijnych, zakorzenionych w sercu każdej ludzkiej istoty: jest to groźba sprzymierzenia się demokracji z relatywizmem etycznym, który pozbawia życie społeczności cywilnej trwałego moralnego punktu odniesienia, odbierając mu, w sposób radykalny, zdolność rozpoznawania prawdy. Jeśli bowiem “nie istnieje żadna ostateczna prawda, będąca przewodnikiem dla działalności politycznej i nadająca jej kierunek, łatwo o instrumentalizację idei i przekonań dla celów, jakie stawia sobie władza. Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”
Póki, co namawiam swoją córkę, aby wybierając się na studia medyczne omijała Kraków dopóki etyki uczy tam przyszłych lekarzy profesor Jan Hartman.
Mirosław Kokoszkiewicz
|
|
|
Związek Socjalistycznych Republik Europejskich
|
Stanisław Michalkiewicz 2009-12-2 http://www.bibula.com/?p=16284
Szanowni Państwo! W wierszu opisującym koniec świata Czesław Miłosz kładzie nacisk na to, że wszystko wygląda na pozór zwyczajnie; “pijak zasypia na brzegu trawnika, nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa(…)a którzy czekali błyskawic i grzmotów, są zawiedzeni”. Więc niby nic szczególnego się nie dzieje, ale koniec świata już właśnie się rozpoczął – no a kiedy nawet najmniej spostrzegawczy obserwator zorientuje się, co się dzieje – będzie już za późno na cokolwiek. Podobnie nic szczególnego nie działo się 1 grudnia, kiedy wszedł w życie traktat lizboński, a Polska stała się częścią składową proklamowanego właśnie europejskiego cesarstwa pod nazwą Unią Europejska. Nic się nie działo – jeśli oczywiście nie liczyć tego, że pod Kancelarią Premiera demonstrujący policjanci krzyczeli: “złodzieje, złodzieje!”, zaś w Sejmie, do którego właśnie powrócił “Zbycho”, czyli były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej, sejmowa komisja śledcza próbuje ustalić, kto jest większym, a kto mniejszym łajdakiem – bo w związku z postępującą utratą przez Polskę politycznej suwerenności – nasi politycy żadnymi poważniejszymi sprawami zajmować się już nie mogą. Jeśli w ogóle cokolwiek mogą, to sprawiać wrażenie, jakoby podejmowali suwerenne decyzje, podczas gdy tak naprawdę, tylko wykonują ustalenia i polecenia starszych i mądrzejszych. Znakomitym przykładem takiego postępowania jest niedawna deklaracja premiera Donalda Tuska o wysłaniu kolejnego kontyngentu askarisów na wojnę w Afganistanie. Rząd przedstawia to jako własną decyzję, podjętą po rozmowie z amerykańskim prezydentem Obamą, ale przecież żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak przed kilkoma tygodniami amerykański ambasador Lee Feinstein dziekował polskiemu rządowi za podjęcie decyzji o wysłaniu dodatkowego kontyngentu askarisów do Afganistanu. Minister obrony Bogdan Klich sprawiał wrażenie zaskoczonego, że to niby żadnej decyzji w tej sprawie jeszcze nie podjęto, bo przecież ostatnie słowo ma Zwierzchnik Sił Zbrojnych, czyli pan prezydent – ale okazuje się, że ambasador Feinstein wiedział lepiej. Co tu ma do gadania jakiś tubylczy minister, czy nawet prezydent, kiedy starsi i mądrzejsi decyzję w sprawie askarisów już podjęli? W tej sytuacji wygląda na to, że telefoniczna rozmowa z prezydentem Obamą pozwoliła premieru Tusku uratować pozory, że to niby o wszystkim zdecydował sam. Trzerba powiedzieć, że ze strony prezydenta Obamy to duża uprzejmość, bo przecież askarisi zostaliby wysłani i bez tej rozmowy. Ale – powiedzmy sobie szczerze – co prezydentowi Obamie szkodzi okazać trochę uprzejmości tubylczemu mężykowi stanu, któremu zależy już tylko na ratowaniu pozorów? Nic mu nie szkodzi, zwłaszcza że za wysyłkę askarisów i ich pobyt w Afganistanie Polska zapłaci tak, jak płaci do tej pory. Jeśli wierzyć ministrowi Klichowi – ale czy któremukolwiek ministrowi można dzisiaj wierzyć? – ponad 600 milionów złotych rocznie. Ale dzięki temu możemy uczestniczyć w podtrzymywaniu tam iluzorycznej władzy amerykańskiego agenciaka Hamida Karzaja, co w oficjalnej nowomowie nazywa się “umacnianiem demokracji”. W ogóle demokracja, a już zwłaszcza nasza młoda, charakteryzuje się zwiększonym udziałem agenciaków na najwyższych szczeblach konstytucyjnych organów związanych z zewnętrznymi znamionami władzy. Nie dość, że desperacka obrona legendy byłego prezydsenta naszego państwa Lecha Wałęsy napotyka coraz większe trudności i przyjmowana jest z rosnącym niedowierzaniem, a tu IPN opublikował właśnie książkę, z której wynika, że agentem był również kolejny były prezydent naszego państwa Aleksander Kwaśniewski. Zważywszy, że i generał Wojciech Jaruzelski już w latach 40-tych został rezydentem Informacji Wojskowej, czyli ówczesnej razwiedki, możemy chyba mówić o prawidłowości. Czy w tej sytuacji można w Polsce w ogóle zostać politykiem nie będąc niczyim agentem? To oczywiście jest pytanie retoryczne, bo “koń – jaki jest – każdy widzi”, ale mimo, a może właśnie dlatego, dobrze objaśnia przyczyny dla których zarówno strategiczni partnerzy, jak również starsi i mądrzejsi z państw trzecich, penetrują Polskę na wylot i zawczasu informują tubylcze władze o decyzjach, jakie będą musiały suwerennie podjąć. A skoro już mowa o wysyłanych do Afganistanu askarisach, to jest to dobra okazja do przyjrzenia się naszej sławnej armii. W lecie tego roku liczyła ona 93 tysiące żołnierzy, w tym niewiele ponad 100 generałów, 22 tysiące oficerów, 45 tysięcy podoficerów, 12 tysięcy szeregowców zawodowych i 10 tysięcy – nadterminowych. Wynika z tego, że na jednego szeregowca przypada jeden oficer i dwóch podoficerów – zupełnie jak w czasach saskich, słusznie uchodzących za epokę najgłębszego upadku Polski. Ale jeśli z punktu widzenia polskiego interesu państwowego taka sytuacja wydaje się alarmująca, to z punktu widzenia strategicznych partnerów wygląda to zupełnie inaczej. Jeszcze pod koniec lat 80-tych ówczesny sowiecki minister spraw zagranicznych Edward Szedwardnadze powiedział, że Związek Radziecki zgadza się na zjednoczenie Niemiec pod warunkiem, że między zjednoczonymi Niemcami, a Związkiem Radzieckim zostanie ustanowiona strefa buforowa. Strefa buforowa – a więc obszar rozbrojony i pozbawiony przemysłu ciężkiego, który w razie potrzeby można by przestawić na produkcję broni. I w tym właśnie kierunku Polska jest przekształcana, za pośrednictwem władz tubylczych. Bo przecież i z punktu widzenia Naszej Złotej Pani Anieli jest znacznie lepiej, jeśli na straży polskich interesów państwowych stoi niezawodna Bundeswehra, gotowa – jak powszechnie wiadomo – bronić nas aż do ostatniej kropli krwi. Zatem, oparłszy kraj na takim fundamencie bezpieczeństwa, nasi mężykowie stanu spokojnie mogą skupić się już wyłącznie na dbałości o własny wizerunek – bo ważniejszymi sprawami zajmują się starsi i mądrzejsi. A więc, chociaż wszystko z pozoru wygląda zwyczajnie, niczym w wierszu Czesława Miłosza, to wiele wskazuje na to, że koniec świata dla nas już się właśnie rozpoczął, a skoro się rozpoczął, to pewnie zostanie doprowadzony do obmyślonego z góry finału.
Mówił Stanisław Michalkiewicz
|
|
|
Związek Socjalistycznych Republik Europejskich
|
|
|
|
|
globalne ocieplenie
|
http://www.bibula.com/?p=16125 2009-11-28
- “Nie możemy pozwolić, by te badania ukazały się w najbliższym raporcie IPCC (Miedzynarodowego Panelu ds Zmian Klimatycznych). Kevin [Prof.Kevin Trenberth] i ja [Prof. Phil Jones] zrobimy wszystko, by je jakoś ukryć – nawet gdybyśmy mieli na nowo zdefiniować pojęcie “recenzji naukowej” – takie i inne rewelacje odkryto dzięki hackerom, którzy włamali się na serwery pocztowe UEA (Jednostka Badania Klimatu Uniwersytetu Wschodniej Anglii).
Tak brzmiała treść maila do znanego klimatologa z Uniwersytetu Stanowego w Pensylwanii Michaela Mann’a, zwolennika teorii o ludzkim czynniku wywołującym ocieplanie się klimatu. Wykradziono około 4000 maili, wśród nich znalazły się te, dzięki którym zdemaskowano oszustwa o globalnym ociepleniu ziemii.
Maile odnaleźć można z łatwością i przeczytać w internecie. Wystarczy tylko wejść na stronę interentową www.eastangliaemails.com.
“Właśnie skończyłem tę sztuczkę z danymi Mike’a dla Nature, o prawdziwej temperaturze za ostatnie 20 lat i z danymi od 1961 roku,(…) żeby ukryć spadek (temperatury)” – napisał w mailu Phil Jones do adresata nazwanego “Mani’m”.
Maile, a przede wszystkim wiedza o procederze fałszowania danych wywołała ogromne poruszenie. Były minister finansów Wielkiej Brytanii Lord Lawson ma nadzieję, że uda się jak najszybciej wyjaśnić, co najmnej dziwne metody czołowych badaczy ocieplenia klimatu.
Sam zaś prof. Jones próbuje tłumaczyć, że “publikacja danych jest zorganizowaną próbą postawienia pod znakiem zapytania badań nad ocieplaniem się klimatu, tuż przed zbliżającą się konferencją klimatyczną w Kopenhadze”. I dodaje, że ocieplanie się klimatu jest widoczne nie tylko na podstawie danych o temperaturach, ale także dzięki obserwacjom zmniejszania się lodowców, czy podnoszenia poziomu oceanów. Co – jak podkreśla – dowodzą także inni naukowcy z całego świata.
Skandalu jednak ukryć się nie da. Przeciwni teoriom globalnego ocieplenia wzywają prof. Jones’a do rezygnacji. Ale czy będą potrafili, nawet przy tak dużej kompromitacji badaczy – “proociepleniowców” obalić setki, a może i tysiące raportów i badań, które być może powstały w podobny sposób? Zobaczymy.
Kaja Małecka-Kotlarz
|
|
|
2009 - ? Polska województwem Unii Europejskiej
|
"Wolność i Praworządność" (d. Platforma Janusza Korwin-Mikkego)
zaprasza na konferencję prasową w dniu 30-XI o godz. 13.15 w Domu
Dziennikarza przy ulicy Foksal 3/5. Tematy konferencji:
1. Ostatni
dzień suwerenności Rzeczypospolitej Polskiej - konsekwencje Traktatu
„Lizbońskiego”.
Przy okazji zawiadamiamy, że o 16.30 przed bramą Uniwersytetu
Warszawskiego odbędzie się palenie flagi nie mającej jeszcze osobowości
prawnej „Unii Europejskiej” a o 23.15 – 24.00 ściągnięcie z masztu
flagi RP i wciągnięcie na jej miejsce flagi nowego suwerena.
2. Notyfikacja zmiany nazwy P-JKM na WiP. Kierunki działania partii "Wolność i Praworządność"
|
|
|
Herman Van Rompuy
|
http://www.bibula.com/?p=16041
Paul Belien, Meet the President of Europe, The Brussels Journal, 2009-11-20
Herman Van Rompuy. Zapamiętaj to nazwisko. Jest to pierwszy Prezydent Unii Europejskiej, która to Unia wraz z ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego przez wszystkie 27 państw członkowskich na początku listopada 2009 przekształcona została w rzeczywiste Stany Zjednoczone Europy. Ten prezydent Europy nie został wybrany – został mianowany na tajnym spotkaniu głów rządów 27 państw-członków UE. Wybrali takiego, jakimi są oni sami. Herman Van Rompuy był premierem Belgii. Znałem go, kiedy dopiero z trudnością rozpoczynał swoją karierę polityczną.
Ażeby zrozumieć, kim jest Herman Van Rompuy, powinniście wiedzieć coś o Belgii, małym kraju w Zachodniej Europie – to właśnie prototyp Unii Europejskiej. Belgowie nie istnieją jako naród. Belgia jest sztucznym państwem, stworzonym przez mocarstwa europejskie w 1830 r. jako polityczny kompromis i eksperyment. Kraj ten liczy 6 mln Holendrów mieszkających we Flandrii, północnej części kraju i 4 mln Francuzów, zamieszkujących Walonię, południową część. Belgijscy Holendrzy, nazywani Flamandami woleli w swoim czasie pozostać częścią Holandii, którą byli do 1830, podczas gdy belgijscy Francuzi chcieliby przyłączyć się do Francji. Mimo to i jedni i drudzy zostali zmuszeni zamieszkać razem w jednym państwie.
Belgowie nie lubią swojego państwa. Gardzą nim. Mówią, że ono nic nie reprezentuje. Nie ma tam żadnych patriotów, ponieważ nikt nie jest gotów umierać za flagę, która niczego nie reprezentuje. Ponieważ Belgia nie reprezentuje niczego, Belgię uwielbiają ideologowie wielokulturowości. Mówią oni, że bez patriotyzmu nie będzie wojen, a świat przez to stanie się lepszy. Jak śpiewał John Lennon: “Wyobraź sobie że nie ma państw, to nie takie trudne, żadnego zabijania i umierania za coś, i żadnej religii też“.
W 1957 belgijscy politycy byli ojcami chrzestnymi Unii Europejskiej. Ich celem było przekształcenie całej Europy w jedną Wielką Belgię, tak, ażeby wojny między narodami nie były już więcej możliwe, gdyż nie byłoby już dłużej narodów – wszystkie narody Europy miały zostać wcielone w ramy jednego sztuczne superpaństwa europejskiego.
Bliższe przyjrzenie się Belgii, temu prototypowi Europy, pozwala zauważyć, że temu krajowi brakuje czegoś więcej, niż tylko patriotyzmu. Brakuje mu także demokracji, brakuje szacunku dla rządów prawa, brakuje moralności politycznej. W 1985 flamandzki filozof Lode Claes (1913-1997), w swej książce “Nieobecność moralności” przekonywał, że bez tożsamości i poczucia autentycznej przynależności narodowej nie może też być ani demokracji, ani moralności.
Jednym z tych, na których teza Lode Claes’a wywarła głęboki wpływ, był młody polityk nazwiskiem Herman Van Rompuy. W połowie lat 1980. Van Rompuy, konserwatywny katolik urodzony w 1947 r. był aktywistą sekcji młodzieżowej Partii Chrześcijańskich Demokratów. Pisał on wtedy książki i artykuły na temat znaczenia tradycyjnych wartości, roli religii, ochrony życia nienarodzonych, chrześcijańskich korzeni Europy i o potrzebie ich zachowania. Niedemokratyczna i amoralna natura polityków belgijskich odrzuciła go, co wprowadziło go w stan swego rodzaju kryzysu. Lode Claes tuż przed swoim przejściem na emeryturę zaproponował Hermanowi, żeby ten został jego następcą jako redaktor naczelny pisma Trends, belgijskiego tygodnika ekonomiczno-finansowego. W tych też okolicznościach zawarłem znajomość z Hermanem. Pewnego dnia zaprosił mnie na lunch, ażeby zapytać, czy nie przyłączyłbym się do niego, gdyby ewentualnie przyjął ofertę pracy dziennikarskiej. Odpowiedziałem twierdząco. Mówił mi, że zastanawia się nad porzuceniem polityki i nie jest zdecydowany, który kierunek życia zawodowego powinien obrać.
Nie jestem pewny, co stało się potem. Być może coś z tego, co mówił, dotarło do przywódców partii chadeckiej, że Herman, błyskotliwy ekonomista i intelektualista rozważa porzucenie polityki – być może złożono mu ofertę nie do odrzucenia. Tak czy inaczej, Herman pozostał w polityce. Został senatorem i członkiem rządu jako młody minister. W 1988 został przywódcą flamandzkich chrześcijańskich demokratów.
Nasze drogi krzyżowały się od czasu do czasu aż do 1990, kiedy belgijski parlament uchwalał bardzo liberalną ustawę aborcyjną. Belgijski król Baudouin (1930-1993), gorliwy katolik, który ubolewał bardzo, że nie może mieć ze swoją żoną dzieci, powiedział swoim przyjaciołom, że “abdykuje, a nie podpisze tej ustawy”. Belgijscy politycy, przekonani, że król blefuje, nie chcieli dopuścić, żeby Belgowie obywatele dowiedzieli się o zastrzeżeniach króla wobec tej ustawy. Pisałem na ten temat na łamach The Wall Street Journal, w rezultacie czego otrzymałem naganę ze stony gazety dla której pracowałem po telefonie od belgijskiego premiera, chrześcijańskiego demokraty do mojego wydawcy, byłego rzecznika tego premiera. Nie wolno mi już było więcej pisać na temat spraw belgijskich w pismach zagranicznych.
W kwietniu 1990 król rzeczywiście abdykował z powodu ustawy aborcyjnej, a Partia Chrześcijańskich Demokratów, kierowana przez Hermana Van Rompuy, który zawsze nosił się dumnie, że jest dobrym katolikiem, zatwierdziła ustawę przez kolegium ministrów -według procedury przewidzianej w belgijskiej konstytucji na wypadek, kiedy nie ma króla. Wtedy przegłosowano przywrócenie króla na tron następnego dnia. Opisałem całą tę sprawę w krytycznym artykule zamieszczonym w The Wall Street Journal, w konsekwencji czego zostałem zwolniony z pracy przez moją gazetę za “ubolewania godne prowadzenie”. Kilka tygodni później spotkałem Hermana na ślubie naszego wspólnego przyjaciela. Podszedłem do niego na pogawędkę. Widziałem, że czuł się bardzo niezręcznie – unikał kontaktu wzrokowego i przerwał rozmowę przy pierwszej lepszej okazji. Od tamtego czasu więcej ze sobą nie rozmawialiśmy.
Polityczna kariera Hermana toczyła się dalej. Został ministrem finansów rządu belgijskiego i wicepremierem, potem przewodniczącym Izby Reprezentantów i ostatecznie premierem. Nadal publikował swoje inteligentne intelektualne książki, ale zamiast bronić koncepcji dobra, obecnie bronił koncepcji “mniejszego zła”. I zaczął też pisać haiku.
Dwa lata temu Belgia stanęła w obliczu najgłębszego politycznego kryzysu w swej historii. Kraj był na krawędzi załamania w następstwie orzeczenia Sądu Najwyższego z 2003 r., że istniejący okręg wyborczy Bruksela-Halle-Vilvoorde (BHV), obejmujący dwujęzyczną Brukselę i otaczające ją niderlandzkojęzyczne otoczenie Halle-Vilvoorde jest niezgodne z belgijską konstytucją i że parlament powinien znaleźć sposób naprawienia tego stanu rzeczy. Orzeczenie to było rezultatem skargi, że okręg BHV jest niegodny z konstytucją, gdyż powinien być on podzielony na dwujęzyczny okręg wyborczy Bruksela i niderlandzkojęzyczny okręg wyborczy Halle-Vilvoorde. Skarga ta została wniesiona przez flamandzkiego mieszkańca okręgu Halle-Vilvoorde… Hermana Van Rompuy.
W 2003 chrześcijańscy demokraci nie znaleźli się u steru rządów i Herman stał się przywódcą opozycji. Jego skarga konstytucyjna miała w swej intencji spowodować problemy polityczne rządu liberałów, który uchylił się od przeprowadzenia podziału okręgu BHV, ponieważ partie frankofońskie w rządzie belgijskim odmówiły uznania orzeczenia belgijskiego Sądu Najwyższego. Flamandzcy chrześcijańscy demokraci poszli więc do wyborów w 2007 ze swoim głównym hasłem wyborczym, że jeśli uzyskają władzę, doprowadzą do podziału okręgu BHV. Herman prowadził kampanię pod tym kątem i jego partia wygrała wybory i stała się najsilniejszą partią flamandzką w parlamencie.
Kryzys polityczny w Belgii ciągnął się od czerwca do grudnia 2007, ponieważ okazało się rzeczą niemożliwą powołanie rządu, składającego się z dostatecznej liczby ministrów niderlandzkojęzycznych (Flamandów) i frankofońskich (Walonów). Flamandowie domagali się, żeby BHV był podzielony tak, jak nakazał Sąd Najwyższy, Walonowie natomiast odmawiali zastosowania się do tego werdyktu. Ostatecznie flamandzcy chrześcijańscy demokraci dali za wygraną, sprzeniewierzyli się obietnicy wyborczej, jaką składali swoim wyborcom i zgodzili się przystąpić do rządu bez podziału okręgu BHV. Co gorsza, nowy rząd miał teraz więcej ministrów walońskich, niż flamandzkich i nie miał poparcia większości flamandzkiej w parlamencie, pomimo, iż Flamandowie stanowią 60 proc. ludności Belgii.
Herman został przewodniczącym parlamentu. Pełniąc tę funkcję nie mógł dopuścić, żeby parlament i znajdująca się tam większość flamandzka zagłosowała za ustawą o podziale BHV. Dopuszczał się w tym celu wszelkiego rodzaju chwytów. Pewnego dnia okazało się, że zamki w drzwiach wejściowych do sali posiedzeń zostały wymienione, tak iż parlament nie mógł zebrać się w celu przeprowadzenia głosowania w tej sprawie. Kiedy indziej przez cały tydzień Herman nie pojawiał się w swoim biurze tylko dlatego, aby uniknąć otwarcia listu, domagającego się wniesienia sprawy pod obrady. Jego taktyka sprawdzała się. W grudniu 2008, kiedy belgijski premier zmuszony był poddać się do dymisji w obliczu skandalu finansowego, Herman został nowym przywódcą rządu, w którym przeważali ministrowie frankofońscy i który nie jest reprezentatywny dla większości flamandziej kraju. Podczas ostatnich 11 miesięcy Herman z wielką zręcznością unikał jakiegokolwiek parlamentarnego głosowania w sprawie BHV, przeciągając w nieskończoność sytuację, którą Sąd Najwyższy, w odpowiedzi na wniesioną przez tegoż samego Hermana skargę w 2003 r., uznał za sprzeczną z belgijską konstytucją.
Obecnie Herman doszedł do przewodnictwa Europie. Podobnie jak Belgia, tak i Unia Europejska jest niedemokratyczną instytucją, która potrzebuje przebiegłych liderów, którzy są zdolni odrzucić wszystko, co kiedykolwiek głosili i którzy wiedzą, jak się narzuca narodowi decyzje wbrew woli narodu. Mniejsza o demokrację, moralność i rządy prawa, nasi lepsi wiedzą, co jest dla nas dobre, lepiej niż my sami. A Herman jest właśnie jednym z tych naszych lepszych. Przebył długą drogę od czasu, kiedy był zdegustowany polityką w belgijskim stylu.
Herman jest jak przebiegły czarownik z “Władcy pierścieni” Tolkiena, Saruman, który przeszedł na stronę przeciwnika. Kiedyś rzeczywiście było dla niego ważne to, co i dla nas. Ale nie trwało to długo. Teraz wybudował sobie wysoką wieżę, z której sprawuje nad nami wszystkimi swoją władzę.
________________________
Paul Belien jest autorem książki “Tron w Brukseli – Wielka Brytania, Saxe-Coburgowie i belgizacja Europy”, Imprint Academic, Exeter (UK), Charlottesville, VA (US)
|
|
|
globalne ocieplenie
|
"Rzeczpospolita" Jacek Przybylski , Marcin Szymaniak 23-11-2009 http://www.rp.pl/artykul/395886.html?print=tak
Hakerzy wykradli i zamieścili w Internecie materiały sugerujące, że sami naukowcy nie wierzą w globalne ocieplenie. W informacjach na temat ocieplenia klimatu zapanował chaos.
Ofiarą ataku hakerów padł system komputerowy Uniwersytetu Wschodniej Anglii, którego naukowcy specjalizują się w problematyce globalnego ocieplenia. Rabusie ściągnęli z serwera uczelni 61 megabajtów danych, w tym wyniki badań i e-mailową korespondencję uczonych. Po czym opublikowali w Internecie około tysiąca e-maili oraz 3 tysiące innych poufnych dokumentów. Posłużyli się rosyjskim serwerem, by trudniej było ich wykryć.
Ujawnione materiały wywołały prawdziwą burzę. Jak twierdzi amerykański dziennik „The Wall Street Journal”, na podstawie prowadzonej przez ponad dziesięć lat korespondencji między naukowcami z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych można dojść do wniosku, że teza o odpowiedzialności człowieka za globalne ocieplenie została po prostu wymyślona.
Phil Jones, dyrektor zespołu klimatycznego uczelni, przyznaje w jednym z e-maili, że właśnie wykonał „sztuczkę Mike’a” polegającą na manipulacji danymi z ostatnich 20 lat, tak by ukryć spadek temperatury. Użycie przez Jonesa słowa „sztuczka” to zdaniem klimatycznych sceptyków dowód na zmowę naukowców, której celem było zniekształcenie danych i udowodnienie tezy o wpływie człowieka na zmiany klimatu.
– Te słowa zostały wyrwane z kontekstu po to, by coś trywialnego wyglądało na coś nikczemnego – tłumaczy swego kolegę Michael E. Mann, który kieruje Earth System Science Center na Uniwersytecie Pensylwanii.
W innym e-mailu Phil Jones wyraża zadowolenie ze śmierci australijskiego uczonego Johna L. Daly’ego, który umarł na atak serca w 2004 roku. Sceptycy są nazywani w listach durniami, szarlatanami, idiotami.
W niektórych wiadomościach autorzy przyznają, że są sfrustrowani z powodu niemożności znalezienia twardych dowodów na twierdzenie, że to działalność człowieka powoduje ocieplanie klimatu. „Prawda jest taka, że w obecnej chwili nie możemy wytłumaczyć braku ocieplania – i to jest farsa, że nie możemy” – przyznał w jednym z listów Kevin Trenberth z amerykańskiego Centre for Atmospheric Research.
Część autorów ujawnionych e-maili odmówiła udzielenia mediom komentarzy na ten temat. Inni podkreślają, że ich słowa zostały wyrwane z kontekstu.
Tłumacząc swą akcję, hakerzy napisali: „Sądzimy, że nauka o klimacie jest zbyt ważna, by ukrywać wyniki badań pod korcem. Publikujemy więc unikatowy wybór korespondencji i dokumentów. Mamy nadzieję, że umożliwi to zajrzenie za kulisy tej nauki i poznanie ludzi, którzy za nią stoją”.
Uniwersytet Wschodniej Anglii potwierdził, że z jego serwera skradziono dane, i zgłosił to policji.
– Z powodu objętości tych materiałów nie możemy obecnie potwierdzić, że całość jest autentyczna – powiedział rzecznik uczelni.
Opublikowane materiały natychmiast zostały skopiowane i udostępnione na stronach osób i organizacji sceptycznie odnoszących się do teorii globalnego ocieplenia. Ich ujawnienie może mieć kluczowe znaczenie przed rozpoczynającym się w grudniu w Kopenhadze szczytem klimatycznym, na którym przedstawiciele 192 państw będą się starali doprowadzić do podpisania traktatu o redukcji emisji gazów cieplarnianych. Niemcy i Francja chcą zapewnić sukces konferencji. Tylko wtedy UE będzie mogła zrealizować zapowiedź redukcji emisji CO2 o 30 procent do 2020 roku. W tym celu musi jednak zostać spełniony warunek – inni partnerzy zgodzą się na porównywalny wysiłek. Na razie UE uzgodniła jednostronnie, że obniży emisję o 20 procent, co i tak oznacza znaczne obciążenie dla europejskiego przemysłu. Na szczycie UE w październiku przywódcy państw i rządów potwierdzili, że najuboższe państwa potrzebują 100 mld euro rocznie na walkę ze zmianami klimatu. Nie powiedzieli jednak, ile z tej sumy gotowa jest wyłożyć UE.
Z efektu akcji hakerów cieszą się lobby przemysłowe i konserwatyści w USA. W sierpniu największa w Ameryce izba gospodarcza, reprezentująca 3 miliony przedsiębiorstw, zażądała od Agencji Ochrony Środowiska (EPA) dowodów na globalne ocieplenie. Prawnicy zapowiadali wówczas na łamach gazety „Los Angeles Times”, że są gotowi walczyć o swoje racje w sądzie. Biznesmeni obawiają się bowiem, że pod naciskiem ekologów władze USA mogą wprowadzić limity emisji zanieczyszczeń, co utrudniłoby funkcjonowanie przedsiębiorstw w czasach kryzysu.
Powiedzieli
Keith Farnish, brytyjski ekspert ds. środowiska"
Wykradzione informacje są nieistotne. Skandalu nie ma. Przechwycone dane pochodzą z jednego z tysięcy uniwersyteckich wydziałów ds. badania klimatu, a nie ze źródła rządowego. Pracownicy bezustannie wymieniają się tysiącami e-maili, w których dywagują na różne tematy. Gdyby faktycznie pojawiły się przełomowe dowody, dawno ujrzałyby światło dzienne. Złodzieje chcieli obalić teorię globalnego ocieplenia. Tym tropem poszedł też dziennikarz „Daily Telegraph” James Delingpole, desperacko szukający dowodów, że żadnych problemów z klimatem nie ma.
not. magm
Myron Ebell, competitive enterprise institute, USA:
Jest oczywiste, że niektórzy spośród „najważniejszych światowych naukowców zajmujących się klimatem”, bo zawsze są tak określani, poświęcają się bardziej promowaniu alarmistycznej politycznej agendy niż badaniom naukowym. Niektóre e-maile dobitnie pokazują małostkowość, nieetyczną zmowę i przekręcanie dowodów naukowych. Od lat przekonujemy, że wiele naukowych argumentów wspierających panikę związaną z globalnym ociepleniem jest słabych, a niektóre były wręcz oszustwami.
not. jap
Rzeczpospolita |
|
|
chrześcijaństwo
|
http://kultura.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1118387762&dzi=1117612076&katg=
W 1995 roku z okazji stulecia narodzin kina Kongregacja do spraw Środków Masowego Przekazu ogłosiła listę 45 filmów fabularnych, które zdaniem komisji zawirają szczególne wartości religijne, moralne i artystyczne. Listę podzielono na trzy kategorie podkreślając, że wybór filmów ma charakter subiektywny. Filmy o szczególnych walorach religijnych
Andriej Rublow - reż. Andriej Tarkowski(1966) Misja - reż. Roland Joffe(1986) Męczeństwo Joanny d'Arc - reż. Carl Teodor Dreyer(1928) Widowisko pasyjne - reż. Ferdynand Zecca i Lucien Nonguet, Francja(1902-1905) Franciszek, kuglarz Boży - reż. Roberto Rossellini(1949) Ewangelia wg św. Mateusza - reż. Pier Paolo Pasolini(1964) Teresa - reż. Alain Cavalier (1986) Słowo - reż. Carl Teodor Dreyer(1955) Ofiarowanie - reż. Andriej Tarkowski(1986) Św. Franciszek z Asyżu - reż. Liliana Cavani(1972) Ben Hur - reż. William Wyler(1959) Uczta Babette - Gabriel Axel(1987) Nazarin - Louis Buňuel(1958) Monsieur Vincent - Maurice Cloche(1947) Oto jest głowa zdrajcy - Fred Zinnemann(1966)
Filmy o szczególnych walorach moralnych
Gandhi - Richard Attenborough(1982) Nietolerancja - David Wark Griffith(1916) Dekalog - Krzysztof Kieślowski(1987) Do widzenia chłopcy - Louis Malle(1987) Dersu Uzała - Akira Kurosawa(1975) Drzewo na saboty - Ermanno Olmi(1978) Rzym, miasto otwarte - reż. Roberto Rossellini(1945) Tam, gdzie rosną poziomki - reż. Ingmar Bergman(1958) Siódma pieczęć - reż. Ingmar Bergman(1956) Rydwany ognia - reż. Hugh Hudson(1981) Złodzieje rowerów - reż. Vittorio De Sica(1949) Życie jest cudowne - reż. Frank Capra(1947) Lista Schindlera - reż. Steven Spielberg( Na nabrzeżu - Elia Kazan(1954) Harfa Birmańska - Kon Ichikawa(1955)
Filmy o szczególnych walorach artystycznych
Odyseja kosmiczna 2001 - reż. Stanley Kubrick(1968) La Strada - reż. Federico Fellini(1954) Obywatel Kane - reż. Orson Welles(1941) Metropolis - reż. Fritz Lang(1926) Dzisiejsze czasy - reż. Charles Chaplin(1936) Napoleon - reż. Abel Gance(1927) 8 1/2 - reż. Federico Fellini(1962) Towarzysze broni - reż. Jean Renoir(1937) Nosferatu - reż. Wilhelm F Murnau(1922) Dyliżans - reż. John Ford(1939) Lampart - reż. Luchino Visconti(1963) Fantazja - reż. J. Algar(1940) Czarodziej z Oz - reż. Victor Fleming(1939) Szajka z Lawendowego Wzgórza - reż. Charles Crichton(1951) Małe kobietki - reż. George Cukor(1933)
|
|
|
iluminaci, syjoniści, masoni
|
o. dr hab. Jan Mazur, Tygodnik Głos, 2001-05-03
Odcinanie się od teorii spiskowej należy niemalże do rytuału wszelkich wypowiedzi na temat masonerii i wydaje się, że pełni rolę zasłony dymnej. Odwraca uwagę od faktycznych wpływów i znaczenia lóż masońskich.
Masoneria - mit czy rzeczywistość
Arnaud de Lassus dał swej książce podtytuł: "Intrygująca tajemniczość". Trzeba bowiem przyznać, że problematyka masonerii zawiera w sobie wiele znaków zapytania. Badacz problemu trafia na niepokonane trudności dotyczące weryfikacji poszczególnych informacji na temat wolnomularstwa. Wynika to z prostego faktu, że organizacja ta z założenia ma charakter tajny.
W wielu środowiskach o masonerii mówi się z lekkim uśmieszkiem, jako o czymś, co należy do rzeczywistości domniemanej, która tak naprawdę jest fikcją. Większość intelektualistów, zabierając głos w sprawie masonerii od razu czyni zastrzeżenie, iż daleka jest od teorii spiskowej, wedle której masoneria rządzi potajemnie światem. To odcinanie się od teorii spiskowej, samo w sobie z pewnością słuszne, należy niemalże do rytuału wszelkich wypowiedzi na temat masonerii i wydaje się, że pełni rolę zasłony dymnej. Odwraca bowiem uwagę od faktycznych wpływów i znaczenia lóż masońskich. W obecnych rozważaniach chciałbym przybliżyć nieco obraz samego wolnomularstwa.
Początki masonerii
W słownikach pod hasłem masoneria czytamy, że: jest to międzynarodowe stowarzyszenie, częściowo tajne, o charakterze naturalistycznym i filantropijnym, którego członkowie rozpoznają się za pomocą odpowiednich znaków i emblematów. Zapis ten niewiele wyjaśnia. Jednak wspomniany już wybitny znawca problematyki Arnaud de Lassus w oparciu o analizę literatury masońskiej jak i pozamasońskiej twierdzi, że początek masonerii stanowi rok 1717. Wtedy nastąpiło połączenie dwóch stowarzyszeń : korporacji budowniczych (mularzy, czyli murarzy), sięgającej średniowiecza i okultystycznego stowarzyszenia różokrzyżowców.
Kim są wolni mularze? Zawdzięczamy im kościelne budowle, katedry budowane w średniowieczu aż do XVII wieku. Budowniczowie ci tworzyli pewien rodzaj bractwa. W XVII wieku utracili swoje podstawowe znaczenie zawodowe. Jednakże dla zachowania egzystencji i wpływów z czasem przekształcili swój cech (korporację) w związek towarzyski. Zaczęli do swojego grona przyjmować także nie-mularzy. Określano ich mianem "wolnych mularzy".
Różokrzyżowcy byli stowarzyszeniem alchemików, okultystów, spadkobierców dawnych templariuszy, kultywujących pierwotny gnostycyzm. Nazwa różokrzyżowcy pochodzi od przyjętego przez stowarzyszenie emblematu: róża umieszczona na krzyżu. Miało to symbolizować połączenie wiedzy i wiary. A dokładniej, zbawienie poprzez wiedzę, a nie przez wiarę. Członkowie tego stowarzyszenia zajmowali się okultyzmem i propagowaniem gnozy.
Cele jawne i ukryte
Masoneria wywodzi się zatem z połączenia dwóch stowarzyszeń: wolnych mularzy o tradycji liberalnej i okultystycznej, i jednocześnie tajemnej. Cel masonerii jest pochodną obu wspomnianych tradycji. Składa się nań propaganda liberalizmu ( jest to cel jawny) i zastąpienie katolicyzmu chrześcijaństwem gnostyckim (cel ukryty, tajemny). Owo chrześcijaństwo gnostyckie jest tutaj terminem umownym, bo w historii masonerii różnie było ono pojmowane, ale zawsze miało wspólny mianownik: chodzi o negację katolicyzmu. Kościoła katolickiego.
Samo słownictwo w odniesieniu do ideologii wolnomularstwa nie jest jednolite. Trzeba pamiętać, że zmienia się ono w zależności od autorów. Często zamiast okultyzmu mówi się o "gnozie", o "mistycyzmie" lub "iluminizmie". Z ideą liberalizmu łączy się zwykle racjonalizm, a także subiektywizm, kult człowieka jako pochodne oświeceniowej koncepcji człowieka.
Odnośnie fenomenu wolnomularstwa, warto także zwrócić uwagę na jego struktury organizacyjne. Otóż dzieli się ono na samodzielne wspólnoty występujące pod różnymi nazwami: Wielkie Loże, Wielkie Wschody, Federacje, Wyższe Rady, Siły Masońskie. Każdy wielki oddział masonerii rządzony jest przez Radę lub Komitet Wykonawczy z wielkim mistrzem na czele. Wielka Loża składa się z lóż (pisanych z małej litery) jednego kraju lub okręgu, będących podstawowymi komórkami organizacyjnymi. Poszczególne loże różnią się znacznie ilością istniejących w nich stopni wtajemniczania, obrzędami, symbolami - w zależności od przyjętego w danej loży rytu.
Wiara we wszystko i w nic
Obecne rozważania pragnę ograniczyć nade wszystko do aspektu religijnego wolnomularstwa. Od razu trzeba stwierdzić, że masoneria z zasady jest zawsze głęboko antykatolicka. Wynika to z jej ideologii. Ponieważ zdaniem wolnomularzy nie ma żadnej prawdy powszechnej, to nie ma także żadnej prawdy objawionej. W lożach można oczywiście powoływać się na różne Księgi uważane przez poszczególne religie za święte, także na Pismo Święte, ale pod warunkiem, że pojmuje się je jako osobistą predylekcję, a nie jako prawdy powszechne, dotyczące wszystkich ludzi. W tych warunkach masoneria nie może przyjąć katolickiej koncepcji objawienia, która wskazuje na niezmienne prawdy objawione.
Ideolodzy masonerii wyraźnie stwierdzają, że ich naturalistyczna, liberalna koncepcja świata jest "postawą niezależną i wrogą wobec porządku nadprzyrodzonego i objawionego. Jest antykatolicka w ideach i działaniu".
Długo można by rozwodzić się nad doktryną czy ideologią wolnomularstwa. Analizując wypowiedzi samych masonów, których nie mało można znaleźć na łamach zachodnich pism wolnomularskich, można śmiało udokumentować zdecydowaną wrogość masonerii do Kościoła katolickiego. (...)
Szkodliwość masonerii dla chrześcijaństwa obrazują zasady, którymi kieruje się ona w działaniu, przenikając swymi ideami życie społeczne. Są to zasady wolności, równości, braterstwa oraz zasada kierowania (manipulowania) poprzez ukrytych przywódców.
Przez "wolność" rozumie się wyzwolenie od jakiegokolwiek porządku transcendentnego (naturalnego albo nadnaturalnego).
"Równość" oznacza uwolnienie od wszelkiego autorytetu naturalnych hierarchii.
"Braterstwo" w sensie wolnomularskim wymaga przyłączenia się do opinii większości.
W praktyce oznacza redukcje, sprowadzenie wszystkich prawd religijnych, filozoficznych, moralnych i politycznych do przyjmowanego przez wszystkich minimum. Natomiast zasada kierowania czy manipulowania przez ukrytych przywódców zapewnia skuteczność działania. Okazuje się, że skutki realizacji tych zasad widoczne są jak na dłoni nie tylko w krajach zachodnich, gdzie loże od dawna nie kryją się ze swoją działalnością, ale także w Polsce.
Masoneria - państwo w państwie
Początek masonerii na ziemiach polskich przypada na lata 30-te XVIII wieku. Było nią "Czerwone Bractwo". (...) W XIX wieku masoneria polska była bardziej spiskiem niepodległościowym niż ideologiczną organizacją. Stanowiła wygodne pole działalności patriotycznej, niepodległościowej.
W drugiej połowie XIX wieku działalność wolnomularstwa w Polsce prawie zamarła. Odrodziła się dopiero w wieku XX, zwłaszcza w okresie Polski niepodległej. Istnieje obszerna literatura obrazująca działalność masonerii w okresie międzywojennym. Jej wpływy są niewątpliwe, a obecnie, w warunkach ponownie odzyskanej suwerenności państwowej, loże ubiegają się o rejestrację w sądach.
Kościół musi więc zachować czujność.
Nie bez znaczenia jest tu wypowiedź i przestroga Leona XIII: Masoneria stanowi rodzaj społeczeństwa na wspak, którego celem jest sprawować władzę tajemną nad społeczeństwem właściwym, a którego rację bytu stanowi jedynie walka przeciw Bogu i Kościołowi. Sekta owa zdołała przeniknąć do wszystkich warstw społeczeństwa. Tworzy ona jak gdyby niewidzialne, nieodpowiedzialne państwo w państwie legalnym. Jest pełna ducha szatana, który wedle słów Apostoła, potrafi w razie potrzeby przemieniać się w anioła światłości. Oświadcza, że nie ma żadnych celów politycznych, w rzeczywistości jednak prowadzi najbardziej czynną akcję w życiu prawodawczym i administracyjnym. W ramach walki z Kościołem realizuje konsekwentnie swój plan. Główny jej atak kierowany jest w najczulszy punkt, stanowiący o sile katolicyzmu, mianowicie moralność. Dlatego masoni pragną najpierw ograniczyć, a następnie całkowicie usunąć naukę religii ze szkół, by wychować całe pokolenia niewierzących lub obojętnych religijnie. Wykorzystując prasę codzienną, wiele wysiłku poświęcają oni na zwalczanie zasad moralnych głoszonych przez Kościół. Ponadto ośmieszają jego praktyki, aby skazić masy występkami i rozpustą - w przekonaniu, że w tych warunkach będą one całkiem w jej rękach.
Jak przeciwdziałać masonerii?
Chodzi rzecz jasna o postawę katolików.
Można w tym celu posługiwać się zarówno środkami przyrodzonymi, jak i nadprzyrodzonymi.
Środki przyrodzone
zapoznać się z odpowiednią literaturą na temat masonerii; trzeba koniecznie poznać cele masonerii i metody jej działania;
unikać demoralizacji systematycznie prowadzonej przez środki masowej informacji; krytycznie odnosić się do haseł głoszonych w imię wolności i tolerancji, np. "moje ciało należy do mnie", itp.;
nie akceptować postawy półśrodków i porozumienia za wszelką cenę;
wobec natarczywej propagandy nie tracić cierpliwości.
Środki nadprzyrodzone
modlitwa (Leon XIII w "Humanum genus" mówi o niej jako o podstawowej formie, podstawowej sile działania w walce z masonerią);
duch gorliwości apostolskiej, jako doza zapału do obrony Kościoła (a ściślej mówiąc wiernych) przed hasłami masonerii;
katolik musi pamiętać o przykazaniu miłości a równocześnie nie kryć się za wygodną obojętnością wobec tego, co czynią wrogowie Kościoła.
Niezwykle pouczająca w tym względzie jest wypowiedź Piusa X, która także dziś nie traci na swej aktualności:
W naszych czasach - zauważa papież - bardziej niż kiedykolwiek główną siłą złych jest słabość i ospałość dobrych. Istotny nerw królestwa szatana sprowadza się do braku gorliwości, do ospałości chrześcijan.
Przykładem tej gorliwości apostolskiej może być postawa św. Maksymiliana Marii Kolbego, który zwalczając masonerię, jednocześnie nie zatracił ducha ewangelicznej miłości, gdy podczas codziennej modlitwy wypowiadał słowa:
O Maryjo, bez grzechu poczęta módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy, i za wszystkimi, którzy się do Ciebie uciekają, a zwłaszcza za masonami i poleconymi Tobie.
|
|
|
SZTUKA KŁAMANIA - medialna propaganda
|
Artykuł napisał: Paweł Paliwoda http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1703
„Spiskowa teoria dziejów” – to jedno z podstawowych pejoratywnych określeń w słowniku wykształciucha. Tymczasem niemal wszystkie procesy i zjawiska decydujące o kształcie rzeczywistości, w której żyjemy, nie są w pełni – a zwykle nie są w ogóle – transparentne. Gdyby było inaczej, nie potrzebowalibyśmy ani socjologii, ani służb specjalnych. “Jesteśmy mądrzejsi od naszych rodziców i dziadków, jesteśmy mądrzejsi o wiedzę, czym kończy się idea utopii komunistycznej i czym kończy się realizacja utopii nacjonalistycznej. Jesteśmy też mądrzejsi o wiedzę na temat skutków spiskowego objaśniania procesu historycznego” – pisał w 1992 roku na łamach „Gazety Wyborczej” Adam Michnik w tekście „Czytajcie Hitlera, czytajcie Stalina…”.
Nie wierzę w nadzór kosmitów nad naszą planetą ani w sprzysiężenia Templariuszy czy Mędrców Syjonu. Doceniam natomiast mądrość mojej znajomej, która mawia, że „mądra kobieta pokazuje mężczyźnie co najwyżej pół d…” (w wersji męskiej: „Żołnierz dziewczynie nie skłamie itd.”). Jeśli nawet w związkach intymnych ludzie nie wiedzą o sobie wszystkiego, to jak mogą wiedzieć wszystko o działaniach służb specjalnych czy dyplomacji?
Transparentność instytucji demokratycznych jest postulatem wzniosłym, ale trudnym do spełnienia. Ani politycy, ani bankierzy, ani naukowcy, ani służby specjalne nie rozgłaszają swoich tajemnic. A wszyscy oni je mają. Każdy przeciętnie inteligentny człowiek ma coś do ukrycia. W języku ludzi oświeconych słowo „spisek” zastępuje się określeniem „afera” albo „niewyjaśnione okoliczności”. I wtedy jest dobrze. Śmierć JFK, zamachy na prezydenta Reagana czy Jana Pawła II nie były ponoć skutkiem spisku. Nie powinniśmy „spiskiem” objaśniać spraw Iran-Contras, Watergate, Whitewater, upadku Banku Ambrossiano czy walutowych operacji George’a Sorosa. Podobnie w przypadku FOZZ, Art-B czy PKN Orlen. A przecież najprawdopodobniej w każde z tych zdarzeń wplątany był tłum ludzi o różnych profesjach, ale zbieżnych interesach – działających niejawnie i w porozumieniu. Duże grupy wpływu nazywane są elegancko „lobbies”. Zwłaszcza w USA ich związki ze światem polityki i biznesu drobiazgowo określa prawo. I pewnie dlatego to Amerykanie przejawiają największą powściągliwość w stosowaniu słowa „conspiracy”. Z teorią spiskową w ścisłym sensie mamy do czynienia na ogół tam, gdzie jedna formuła staje się światopoglądem i narzędziem interpretacji całej rzeczywistości, każdego jej przejawu. To nie formułowanie przypuszczeń o istnieniu „czerwonej pajęczyny” było szkodliwe, ale zastępowanie nimi w świadomości polityków i wyborców drobiazgowej analizy stanu faktycznego. Same spiski zaś – jako tajne porozumienia i układy ludzi wpływowych – istniały, istnieją i istnieć będą. Ich ujawnianie służy nie „oszołomom”, lecz państwu prawa. I to powinny wreszcie zrozumieć te „moralne autorytety”, które wszelkie prób definitywnego rozliczenia i zamknięcia historii PRL kwitują nagonkami na ich autorów – pod hasłem zwalczania „spiskowej teorii dziejów”.
Adam Michnik (loc. cit.): „Krótko mówiąc: jesteśmy mądrzejsi o Oświęcim i o Katyń. Dlatego powinniśmy czytać pisma Hitlera i pisma Stalina i >>Protokoły mędrców Syjonu<< w kompetentnym, naukowym opracowaniu. Powinniśmy wiedzieć, jakie idee i jakie słowa prowadzą do zabijania ludzi. Dlatego powtarzam: czytajcie Hitlera, czytajcie Stalina”. Piękne słowa! Pozwalają zachować i transmitować do młodych pokoleń rodaków pamięć historyczną o dramatach XX wieku. Jakie natomiast idee, słowa i czyny po 1989 roku zabijają pamięć o czasach PRL, osłabiają państwo prawa, deprecjonują lustrację i dekomunizację, uniemożliwiają rozprawę z nieformalnymi układami w gospodarce? Jesteśmy dzisiaj mądrzejsi o szafę Lesiaka, dokumenty potwierdzające związki niektórych księży, polityków czy ludzi ekranu z komunistycznymi służbami specjalnymi, o nagrania rozmów Gudzowatego z Michnikiem i Oleksym. To, co widzialne, jest często znakiem tego, co niewidzialne.Oglądajmy dlatego TVN i Polsat, czytajmy Michnika, Pacewicza i Stasińskiego. Najlepiej „w kompetentnym, naukowym opracowaniu”.
|
|
|