Quantcast
M E N U
NEW WORLD ORDER
NIEZŁOMNI
ARTYŚCI
POLITYCY
DUCHOWNI
NAUKOWCY
DZIENNIKARZE
INNE OSOBY
III RP
POLEMIKI
HISTORIA
PAŃSTWA
DOKUMENTY
TRADYCJONALIZM
VARIA

O D W I E D Z I N Y
Wczorajsze384
Wszystkie444911
Przed Okrągłym Stołem cz 2 Email
Forum SW
Zbiór szokujących źródeł tyczących przejścia od PRL-u do III RP.
GORĄCO POLECAM


1991 Jarosław Kaczyński o fraternizacji obu lewic:


Pamiętne, a w swoim czasie (lato 1989 r.) słynne, hasło "wasz prezydent, nasz premier", będące tytułem artykułu Adama Michnika, NIE wyszło ze strony, nazywanej wtedy "solidarnościowo-opozycyjną", lecz z tej drugiej, nazywanej wtedy "koalicyjno-rządową":

"Myśleliśmy coraz częściej o własnym rządzie, myśleli o tym również komuniści. Właściwym autorem tego hasła był, jak sam twierdzi, Józef Czyrek. A publicznie ― choć w ograniczonym kręgu osób ― wypowiedział je Janusz Reykowski, ówczesny członek Biura Politycznego KC PZPR, na przyjęciu wydanym w Sejmie w parę dni po wyborach czerwcowych. To wtedy brzmiało jak propozycja, oczywiście sformułowana odwrotnie: >>nasz prezydent, wasz premier<<, bo mówił to członek Biura Politycznego. Michnikowi bardzo się ten pomysł spodobał, pobiegł z tym zaraz do Wałęsy. Wałęsa powiedział: >>Tak, zgadzam się. I Geremek na premiera<<. Michnik zaczął zaraz ciężko pracować nad wcieleniem tego hasła w życie i niedługo potem opublikował je w tym zgrabnym artykuliku. Najświatlejsza część PZPR miała znakomity pomysł na podzielenie się z nami władzą. Z ich punktu widzenia wyjście było genialne. Wiedzieli przecież, że długo już i tak się nie utrzymają (prawdopodobnie wiedzieli to lepiej od nas), do tego rozlatywała się gospodarka. Patrząc na to chłodnym okiem, układ >>nasz premier a ich prezydent<< ― oznaczał dla nich, że oni będą rządzić, zaś odpowiedzialność będzie spadała na >>Solidarność<<. Pezetpeeria, jako nasz sojusznik, otrzymałaby w ten sposób legitymacje społeczną. Nasza strona natomiast zostałaby skompromitowana, zarówno tym sojuszem, jak i wzięciem na siebie odpowiedzialności, bo przecież było wiadome, że będzie coraz gorzej i bardzo źle. Była jednak tam taka ich część, która chciała ocalić władzę w całości. Moim zdaniem, już co najmniej od czasów Okrągłego Stołu wśród naszych znajdowała się grupa, stawiająca na tę proreformatorską frakcję w łonie PZPR i planująca połączenie się z nią w jakiejś formie. Uderzająca była fraternizacja, która nastąpiła podczas rokowań ― miała ona, moim zdaniem, ze strony PZPR wyraźny cel polityczny. Cała grupa tzw. młodych z PZPR ― Kwaśniewski, Wiatr, Oleksy ― chciała stworzyć nową elitę, nową grupę władzy i otwierała się na nowych, chętnych partnerów ze strony >>Solidarności<<."

("Odwrotna strona medalu. z Jarosławem Kaczyńskim rozmawia Teresa Bochwic", Oficyna Wydawnicza MOST, Wydawnictwo VERBA, Warszawa 1991, str. 26-27)

Tow. Janusz Reykowski i ex-tow. Bronisław Geremek byli przy okrągłym stole współprzewodniczącymi najważniejszego tam "pod-stolika" ― tzw. "politycznego". Kilka lat wcześniej wystąpili także w rolach podobnych: mianowicie w sierpniu 1980 r. jako eksperci Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego (Geremek) i komisji rządowej (Reykowski) podczas rokowań w Stoczni Gdańskiej. Jednak "na ty" byli ze sobą od dzieciństwa, poznali się jako koledzy szkolni.



"W lecie [nadal chodzi o 1989 r. ― dopowiedzenie moje, E.Q.V.] miałem sygnały, że Kwaśniewski z kolegami chodzą po mieszkaniach >>reżimówka<<, popijają i przechwalają się, że niedługo razem z Michnikiem założą partię. Nie wiem, czy rzeczywiście Michnik uczestniczył w podobnym planie, czy w ogóle wiedział o tych przechwałkach. [...] Jednak walka o miejsce dla Kwaśniewskiego w naszym życiu politycznym była widoczna jeszcze na jesieni 1989 r., żeby choć wspomnieć wspólne wypady Michnika z Kwaśniewskim na spotkania publiczne, jedno zakończone wypadkiem samochodowym w drodze powrotnej z Poznania, i wspólne audycje w TV. Taką audycję-mecz mieli na parę dni przed rozwiązaniem się PZPR. Bujak, który powtarza często to, co usłyszy od Michnika, też wówczas mawiał, że trzeba zrobić miejsce w życiu politycznym takim ludziom jak Kwaśniewski."

("Odwrotna strona medalu. z Jarosławem Kaczyńskim rozmawia Teresa Bochwic", Oficyna Wydawnicza MOST, Wydawnictwo VERBA, Warszawa 1991, str. 73)


"[...] tzw. zwykli ludzie całkowicie utożsamiali Wałęsę z Geremkiem i Mazowieckim, panowało kompletne zamieszanie w świadomości społecznej, co do czasu wyborów w zasadzie nie szkodziło nikomu. [...] Ale pewność, że chodzi o pewne zmonopolizowanie ciał decyzyjnych[,] wzmacniały przygotowania do przekształcenia Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. Członkowie Komisji ds Przeorganizowania KO ― powołanej w czerwcu 1989 r. ― przygotowali całkowicie niemal utajnioną listę nowego składu Komitetu i plan działania ruchu. [...] Był to w istocie plan przekształcenia Komitetu Obywatelskiego, w połączeniu z komitetami regionalnymi, w niedemokratycznie formowaną partię polityczną. [...] Dobieranie członków miało się odbywać wyłącznie na zasadzie kooptowania, a ideowo rządzić partią miał >>consensus<< i >>etos Solidarności<<. To był system komitetów obywatelskich, z komitetem centralnym w Warszawie na czele. [...] Taki system pozwalałby, co więcej, sterować całym tym układem, odwołując się do magicznego dziedzictwa >>Solidarności<<, za pomocą łączników z komitetami terenowymi i załatwić wszystkie naprawdę ważne sprawy w Warszawie. [...] Ideologią tego ruchu miał być >>etos Solidarności<<. [...] Michnik kiedyś żartobliwie powiedział, że musimy zorganizować konferencję ideologiczno-teoretyczną, jak to się mówiło za czasów partyjnych. [...] Taka partia mogłaby mieć 100 procent w parlamencie. Profesor Geremek mówił o tym głośno. W pierwszej fazie, jak już pokazałem, chcieli jeszcze do tego wszystkiego dopuścić dawnych komunistów, tych zreformowanych i światłych. [...] jeszcze na jesieni 1989 r. Michnik pisywał artykuły o konieczności wsparcia władzy przez reformatorskie skrzydło partii, a wiosną 1990 wygłaszał filipiki przeciwko sejmowej ustawie o nacjonalizacji majątku partii, gdy wokół Polski już konfiskowano majątki partyjne. [...] Monopartia była starym planem z 1987 roku. Michnik nazywał ją żartobliwie PPS ― Polska Partia Solidarność. [...] Wielu, np. Kuronia, ciągnęło w tamtą stronę, a mieli z kolei rację, że politycznie [...] była wyjściem kompletnie nieefektywnym, zejściem na margines. [...] Lewica jednak nie zrezygnowała ze swego planu, jedynie go skorygowała. 9 grudnia odbyła się tzw. konferencja >>Etosu<<, ogólnopolskie zebranie komitetów obywatelskich razem z tym dużym Komitetem, na zaproszenie Wałęsy i Geremka [= 9-10 grudnia 1989, Konferencja Ruchu Obywatelskiego ― dopowiedzenie moje, E.Q.V.]. Był też Tadeusz Mazowiecki. Projektowano przekształcenie komitetów w jeden ruch polityczny. Mówiło się o powołaniu partii >>Solidarność<<."

("Odwrotna strona medalu. z Jarosławem Kaczyńskim rozmawia Teresa Bochwic", Oficyna Wydawnicza MOST, Wydawnictwo VERBA, Warszawa 1991, str. 73-77 i 79.)



<><><><>



1993 Jarosław Kaczyński o fraternizacji obu lewic:


"Ich idealnym scenariuszem, wiem to na pewno, było rozwiązanie PZPR i stworzenie sojuszu ― w skrajnie optymistycznym przypadku nawet jednej partii ― z lewicową elitą >>Solidarności<<. W sierpniu '89 pijaniusieńcy Kwaśniewski i Szmajdziński [...] chodzili po >>reżymówku<< [osiedle koło Wilanowa zamieszkałe przez nomenklaturę ― red.] z wódką od mieszkania do mieszkania i przechwalali się, że >>już niedługo będziemy z Michnikiem w jednej partii<<. Było to wtedy, gdy powstawał rząd Mazowieckiego. [...] Następowała w niebywałym wręcz tempie fraternizacja towarzyska lewicy solidarnościowej z tamtą stroną. W czerwcu '89, czyli dwa miesiące po okrągłym stole, mój brat Leszek odwiedził Kuronia mieszkającego na Żoliborzu 500 metrów od nas. Rozmowa. Nagle drzwi się otwierają (Kuroń miał takie obyczaje, że wchodziło się bez pukania w dzień i w nocy) i wkracza sobie najspokojniej w świecie Kwaśniewski, czyli >>Olek<<. [...] Część osób, o których już mówiliśmy, w odrażający sposób fraternizowała się z komunistami: piła mnóstwo wódki, opowiadała tłuste dowcipy, przymilała się i poklepywała. Kilka osób, jak mój brat, Mazowiecki, Frasyniuk zresztą też, reagowało na to z wielkim oburzeniem. [...] Dopiero przy okrągłym stole wyszło na jaw ― i to jest istotny element folkloru tej operacji ― z iloma eksponowanymi ludźmi z tamtej strony jest po imieniu Kuroń czy Geremek. Po imieniu ― nie dlatego, że zetknęli się przy okrągłym stole, a dlatego, że byli po imieniu od 30 lat. Krótko mówiąc ― po dwóch stronach znaleźli się ludzie, którzy doskonale się znali z czasów zetempowskich. [...] Komuniści nie chcieli mieć innego partnera niż nieformalny komitet z grupą decyzyjną, bo groziłoby to wszystkim, co >>najgorsze<<, łącznie z dekomunizacją. Geremek grał zaś o to, żeby być wszystkim na raz: prawicą, lewicą i centrum. Stąd walka tych obu sił o utrzymanie układu bipolarnego, w którym na czele >>naszej<< strony stanie, w największym uproszczeniu, Geremek z całym tym towarzystwem. [...] Oto scena z czasów powstawania rządów [>>]Solidarności[<<] w sierpniu '89: Kuroń spotyka mnie w dolnej palarni w sejmie [...]: >>słuchaj, nie ukrywam, że Bronek [Bronisław Geremek ― E.Q.V.] powinien to prowadzić [organizowanie rządu ― red.], ale jak ty prowadzisz, to niech i tak będzie. Ja bym tylko chciał, żebyśmy się dogadali<<. W jakiej sprawie ― pytam. >>Olek musi być wicepremierem<<. Przytaknąłem. [...] Upewniłem się jednak: jaki Olek? [...] >>Jak to jaki? Kwaśniewski!<<. Zatem ten sojusz był tak zaawansowany, że oni już podzielili się tekami. [...] Kuroń przemawiał do mnie tak, jakby myślał, że >>Olek<< to również mój kumpel. [...] Pomysł zorganizowania takiego PPS-u, tj. Polskiej partii Solidarność, jak żartował Michnik, miało to środowisko co najmniej od 1987 roku. Superpartia z jednym lewicowym kierownictwem (które powie, że jest wszystkim) rządziłaby niepodzielnie Polską przez długie lata za pomocą wytrychu etosu [>>]Solidarności[<<]."

("Gdzie tkwił błąd? ― rozmowa z Jarosławem Kaczyńskim" w książce Jacka Kurskiego i Piotra Semki pt.: "Lewy czerwcowy", ÉDITIONS SPOTKANIA, Warszawa 1993, str. 15-19, 21-22 i 27)



<><><><>



1993 Jarosław Kaczyński o promoskiewskości obu lewic:

"[...] jakąś rolę muszą tu odgrywać agenturalne powiązania niektórych naszych polityków z byłą SB. Po 1989 roku, wskutek zniszczenia archiwów MSW i wywiezienia ich kopii do Moskwy, zmieniło się to we współpracę z KGB i GRU. [...] Być może założyli, że Polska należy do sfery pośredniej między Rosją a Zachodem. Taka teza nawiązuje do pogłosek o porozumieniu dotyczącym statusu Polski i Europy Środkowej, zawartego jakoby przez Busha i Gorbaczowa podczas spotkania na Malcie w 1988 roku. Miało ono nawiązywać do ducha i litery układu jałtańskiego poprzez zagwarantowanie wolnych wyborów w Polsce oraz zachowanie ograniczonych wpływów Zachodu. Polska miała być krajem, w którym główna część puli należy do Moskwy, a tylko część do Zachodu. Oznaczało to powrót do sytuacji z 1945 roku. Rosja miałaby zaniechać ekspansywnych zamiarów, a jedynie zadbać o zapewnienie swojego bezpieczeństwa w tej części świata. Wpływy rosyjskie miałyby być realizowane nie za pomocą metod bandyckich, ale politycznych, po części także ukrytych. [...] Unia przyjęła to porozumienie za fakt, mimo że Polska nie była jego stroną. Dlatego tak długo nie chcą postawić na NATO. Przyjęcie nas tam uznali za nierealne. Chcieli pozostawić Polskę po wschodniej stronie jako państwo demokratyczne i w dużym stopniu suwerenne. Ponadto środowisko UD przyjęło charakterystyczne dla lewicy zachodniej przekonanie, iż tak naprawdę ważna jest Rosja."

("Czas na zmiany. Z Jarosławem Kaczyńskim rozmawiają Michał Bichniewicz i Piotr M. Rudnicki", Éditions Spotkania, Warszawa 1993, str. 87 i 91/92)



<><><><>

uzupełnienie ― o zarzucie uprawiania "teorii spiskowej"



<><><><>


1990 Andrzej Gwiazda


"Nie jestem zwolennikiem mafijnej teorii historii, ale jestem przeciwnikiem nieuwzględniania działania mafii przy rozpamiętywaniu historii. Mafie miały na historię duży wpływ i niezauważanie tego byłoby takim samym błędem jak tłumaczenie wszystkich procesów historycznych działaniem mafii. A na pewno w systemie totalitarnym można planować znacznie ściślej i na znacznie dłuższy czas, niż w systemach demokratycznych, gdzie planować można najdłużej na okres dwóch kadencji. [...] No, bo jeśli w czasie zjazdu krajowego [chodzi o jesień 1981 r. ― dop. E.Q.V.] w uchwale programowej znalazło się, że >>`Solidarność' lepiej zabezpieczyć może interesy ZSRR niż skompromitowana PZPR<<[,] nie mogło to wynikać z oceny bieżącej sytuacji. [...] to się wydawało kompletnym absurdem. Związek był w pełnym biegu, składał się z samych prawie antykomunistów i miał zawierać umowy z Kremlem zabezpieczające jego interesy? A takie zapewnienie znalazło się w uchwale, zostało późną nocą podsunięte delegatom, było tak ważne, że poświęcono wiele wysiłku manipulacyjnego, żeby to przepchnąć, zaangażowano kupę ludzi, żeby nie dopuścić do dyskusji. [...] Zatem plan, który jest realizowany obecnie, był już gotowy wtedy, bo z sytuacji nie wynikał, mógł wynikać jedynie z umów i dalekosiężnych planów. [...] Może jest trochę racji w tym, co mówi na temat spisku kapitalistów z komunistami IV Międzynarodówka. Nie można też zapomnieć o liście Pajetty do Gorbaczowa nt. konieczności reformy komunizmu, stworzenia nowej lewicy i przeniesienia centrali z ZSRR do Włoch lub Hiszpanii, bo komunizm moskiewski jest tak skompromitowany, że trzeba zmienić markę, działać na innych zasadach, z akceptacją demokracji, zacząć trzeba inaczej, z potężną organizacją jakby z podziemia itd."

(Wiesława Kwiatkowska, "Gwiazda, miałeś rację", ZP SOPOT, Gdynia 1990, str. 70-71)



<><><><>



1991 Joanna Duda-Gwiazda


"Czasem na bieg historii decydujący wpływ mają ważne wydarzenia polityczne, które po prostu są spiskiem lub wynikiem spisku poza plecami społeczeństwa, np. pucze, zamachy, tajne rozmowy przed >>okrągłym stołem<< lub tajne umowy prezydentów USA z gensekami. [W sowieckim żargonie słowo "gensek" oznacza sekretarza generalnego Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego ― dopowiedzenie moje, E.Q.V.] [...] Klasa robotnicza, przeciętni obywatele państw demokratycznych są odporniejsi na bakcyl wielkiej blagi, mieszkańcy sowieckiego imperium wykazują więcej zdrowego rozsądku od uczonych sowietologów z Harvardu. Znamienne jest, że teoria o >>homo sovieticus<<, o jego powszechnym zniewoleniu i skażeniu marksizmem lansowana jest usilnie wtedy, gdy narasta bunt przeciw wyzyskowi. [...] Prześledźmy wszystkim dobrze znany przykład. Stanisław Tymiński zagroził dwóm faworytom w wyborach prezydenckich, którzy cieszyli się zaufaniem Moskwy. Zapanowała panika. Na głowy Polaków wylano kubły pomyj ― >>homo sovieticus<<, blask dolarów odebrał im rozum, wariaci, półgłówki. Aby ostatecznie zdyskwalifikować Tymińskiego, poszła informacja, że jest to człowiek podstawiony przez KGB. [...] Urban pisze w "Nie", że spiskową teorią >>pieriestrojki<< Jadwigi Staniszkis powinni zająć się psychiatrzy. Natomiast największa brednia głoszona przez komunistów i ich pomocników jest słuszna i naukowa. [...] Oto inny przykład ― każdy strajk czy żądanie podwyżek płac jest dowodem spisku ekstremistów z komunistycznym betonem. Kto natomiast ośmieli się mówić o spisku SB z ugodową częścią polskiej opozycji, ten jest zacietrzewionym paranoikiem, który nie dostrzega realiów. [...] Niestety, spiskowa teoria historii odnosi się do większości wydarzeń politycznych rozgrywających się spektakularnie na politycznej scenie bloku sowieckiego, a więc takich, jak >>okrągły stół<< i niedawny pucz w ZSRR."

(Joanna [Duda-]Gwiazda, "Spiskowa teoria historii czyli odwracanie kota ogonem", "Poza Układem", nr 9 i 10 [29], wrzesień 1991 r., str. 10-12; wyróżnienia moje ― E.Q.V.)

Gwoli ścisłości: epitet "homo sovieticus" (wylansowany przez rosyjskiego logika i krytyka komunizmu prof. Aleksandra Zinowiewa na użytek opisu właściwości, jakie ludziom nadawał ustrój Ziwązku Sowieckiego) został pod adresem Polaków skierowany przez ks. prof. Józefa Tischnera na łamach "Tygodnika Powszechnego" mniej więcej na pół roku PRZED pierwszymi wyborami prezydenckimi, kiedy to o kandydacie Tymińskim jeszcze nie wiedziano, zaś emocje towarzyszyły jedynie faktowi, że prezydentem był gen. Jaruzelski, oraz rywalizacji kandydatów "S" czyli Lecha Wałęsy i Tadeusza Mazowieckiego.


<><><><>


1992 Olgierd Żmudzki


"Nawet na Wybrzeżu pierwsze porozumienie z rządem podpisano w Szczecinie, ale decyzja manipulatorów była jasna: centrum >>Solidarności<< ma być w Gdańsku, gdyż działali tam różni eksperci, znani obecnie nie tylko z ław rządowych czy parlamentarnych, lecz także z wylewnej wręcz miłości do członków ekipy totalitarnej, która przez dziesięciolecia niszczyła Polskę. Ludzie ci, którym nie udało się przy różnych okazjach załapać do elity poprzedniego ustroju, dostrzegli w manipulowaniu >>Solidarnością<< swoją życiową szansę. W wyniku przemian władzy mogli z niewysokiego szczebla nagle znaleźć się na samej górze! Z początku podejmowano próbę stworzenia sprzeczności samej w sobie, czyli demokratycznego ustroju totalitarnego! [Demokracja i totalitaryzm, wbrew często przyjmowanym pozorom, nie są wzajemnie sprzeczne! ― dopowiedzenie moje, E.Q.V.] Wspomniana grupa chciałaby w nim odgrywać rolę legalnej opozycji. Od rana 13 grudnia 1981 r. generał Jaruzelski rozpoczął intensywne tłumaczenie niestosowności takich planów. Tymczasem zaczął się walić militarnie i gospodarczo totalitarny ustrój. W połowie lat osiemdziesiątych stało się to już jasne nawet dla kierownictwa imperialnej centrali. Pojawił się więc Gorbaczow i zaczęto przygotowywania do demontażu imperium. W takiej sytuacji wróciła sprawa >>Solidarności<< działającej w podziemiu, której ostateczna likwidacja byłaby możliwa, gdyby odpowiednie służby tylko trochę się wysiliły. Nagle okazało się, że >>Solidarność<< może się przydać. Kolejne manipulacje z >>Solidarnością<< polegały na reorganizacjach jej kierowniczych gremiów w latach 1983-1987. Nowo tworzone związkowe centrale i kierownictwa pozbywały się ze swego składu ludzi niewygodnych, zbyt dosłownie biorących solidarnościowe idee. W ten sposób na marginesie znaleźli się i Anna Walentynowicz, Andrzej Gwiazda, Marian Jurczyk, i wielu innych. Pozostali tylko ci, w stosunku do których manipulatorzy byli pewni, że nie wyłonią się z układów, i tych towarzyskich, i tych politycznych, z komunistyczną władzą. Zadziałał stworzony świadomie mechanizm negatywnej selekcji, w wyniku którego solidarnościowy ruch dostał się w ręce wyłącznie karierowiczów i politycznych krętaczy. To oni siadali do Okrągłego Stołu, reprezentującego rzekomo całe społeczeństwo!"

(Olgierd Żmudzki, "Od totalitaryzmu do mafii, czyli co nowego w spiskowej teorii dziejów", "Opcja" / "Orientacja na Prawo", nr 5-6, maj-czerwiec 1992 r., str. 5.)


<><><><>


1993 Andrzej Zybertowicz


"W tym punkcie opinia Gwiazdy jest na pewno sensowniejsza niż twierdzenie Adama Michnika, iż >>Jeśli ktoś na serio wierzy w spiskową teorię dziejów, to już nie ma znaczenia, czy będą to agenci komuny, Żydzi, masoni, homoseksualiści czy filateliści. To jest wiara, która może się załamać, ale nie podda się racjonalnym argumentom. Dlatego z tym dyskutować się nie da. Jeśli ktoś więc wierzy, że ludzie, którzy przy `okrągłym stole' byli po stronie opozycyjno-solidarnościowej ― na przykład Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Lech i Jarosław Kaczyński, Alojzy Pietrzyk, Jan Olszewski, można by długo jeszcze wymieniać ― jeśli ktoś wierzy, że byli oni agentami komuny, którym komuna tajemnie przekazała władzę, tak jak przekazuje się klucz do garsoniery, to można tyko współczuć. To nie warte jakiejkolwiek dyskusji. To po prostu głupie.<< Czy tak trudno dostrzec, że pomiędzy przekonaniem, iż w ważnych wydarzeniach historycznych spiski odgrywają rolę decydującą, a tezą, iż spiski nie odgrywają w historii żadnej roli, jest szeroka przestrzeń możliwości pośrednich? [...] można przecież zbadać zasadność tezy Gwiazdy, iż >>W 1989 roku jawni funkcjonariusze partii przekazali (...) swoje oficjalne stanowiska ― bo nie wiadomo, czy władzę ― tajnym współpracownikom, którzy kontynuując ich politykę, zapisywali już ją na konto opozycji<<. Nieprawdopodobne wydaje się, by TW mogły być wszystkie wymienione przez Michnika osoby. Z drugiej strony nie widzę jakichkolwiek racjonalnych powodów, aby wykluczać z góry możliwość, iż świadomymi agentami (lub nieświadomie manipulowanymi pomocnikami komunistów) byli niektórzy reprezentanci strony społecznej przy Okrągłym Stole. To jest po prostu problem do zbadania, a nie kwestia współczucia czy głupoty."

(Andrzej Zybertowicz, "W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomenklaturowy", Wydawnictwo ANTYK, Komorów 1993. str. 14; pogrubienia w oryginale; obydwa cytaty w cytacie pochodzą z wywiadów ― Zdzisława Zarycznego z Andrzejem Gwiazdą oraz Iwony Jurczenko z Adamem Michnikiem ― które ukazały się na str. 7 numeru 37 tygodnika "Prawo i Życie" z 12 września 1992 r.)


<><><><>


1993 Janusz Golichowski


(Janusz Golichowski = filozof z Uniwersytetu Gdańskiego)


"Obowiązek racjonalnej argumentacji w dyskusji to niewątpliwie jeden z najważniejszych składników tego, co nazywamy tradycją europejską. Godzą się na to, jak sądzę, wszyscy, którzy uważają się za Europejczyków. Oskarżenie Michnika, stawiające przeciwników jego poglądu poza granicami racjonalizmu, jest zatem niezwykle mocne. Myślę jednak, że tak mocne oskarżenie można traktować poważnie tylko wtedy, gdy jest ono poparte argumentami, a nie twierdzeniem >>z tym dyskutować się nie da<<, >>to jest po prostu głupie<<. [...] W stanowisku, które Michnik potępia, nie ma niczego absurdalnego i niemoralnego. Nie ma też ono nic wspólnego ze spiskową teorią dziejów, cokolwiek rozumiemy przez to mętne pojęcie, które dla racjonalistów pewnego typu stało się wygodnym epitetem. Michnik bez jakiegokolwiek dowodu stawia znak równości między przekonaniem, Polską rządzą agenci SB, a przekonaniem: Polską rządzą Żydzi, homoseksualiści, filateliści. Czyżby nie widział, że między pierwszym wypadkiem a pozostałymi jest zasadnicza różnica? Komunistyczne państwo było scentralizowaną strukturą szczególnego typu. W państwie tym szkolono specjalne kadry do objęcia władzy w innych krajach. To nie jest żadna hipoteza. Faktu tego nikt nie kwestionuje. Nawet w Moskwie. Czy rozważania człowieka, który nie dostrzega tak grubych różnic, można przyjmować z zaufaniem? W stanowisku Michnika dostrzegam jednak zło jeszcze większe. Polemizuje on nie z konkretnymi osobami. Mówi o wyznawcach spiskowej teorii nie wymieniając nazwisk. To nie jest uczciwa forma dyskusji. W wywiadzie swoim Michnik nie wspomina, że zwolennikami lustracji są tacy ludzie jak Jerzy Giedroyć i Zbigniew Herbert. Michnik nie mówi, choć powinien, że postulaty lustracji wysuwane są we wszystkich krajach postkomunistycznych, nie wyłączając Niemiec. [...] Bylibyśmy bezdennie naiwni, gdybyśmy w obliczu takich faktów spalili archiwa, bo Michnik daje słowo honoru, że nasi dzisiejsi przywódcy to porządni ludzie. Bylibyśmy naiwni, gdybyśmy to zrobili nie mając żadnych negatywnych o nich informacji. Nasza głupota byłaby niewybaczalna, gdybyśmy to zrobili[,] gdy wiemy o nich to[,] co wiemy. Są oni podejrzani w stopniu najwyższym. Wszyscy. Michnika-poręczyciela nie wyłączając. W oparciu o fakty, których prawdziwości podważyć nie można. Usiedli do wspólnego stołu z komunistami w imieniu >>Solidarności<<, bez zgody jej legalnych władz. To był jawny akt zdrady. Dotyczy to także Wałęsy, bo >>Solidarność<< nie była jego własnością. [...] Ludzie, którzy usiedli przy >>okrągłym stole<<[,] sprzymierzyli się z wrogiem >>Solidarności<<. Więcej. Korzystali z pomocy i środków wroga, aby sprzeciw wobec swojego postępowania ze strony dawnych towarzyszy walki wyciszyć. Czy ludzie, którzy tak postąpili, są ludźmi poza wszelkim podejrzeniem? Czy człowiek rozumny może im ufać? Czy może wykluczyć, że przynajmniej niektórzy z nich już dawniej byli agentami wroga? Czy te pytania można skwitować odpowiedzią: >>To po prostu głupie<<? O tych sprawach Adam Michnik i jego koledzy nie chcą mówić. Ale to nie wszystko. Każdy z tych panów nie tylko złamał zasady, które głosił. Pochwalić się może jeszcze czymś innym, a mianowicie świadectwem zaufania od szefa komunistycznej policji. Myślę, że to świadectwo jest kompromitacją równie mocną jak zobowiązanie do współpracy z SB. Z komunistami przy >>okrągłym stole<< nie zasiedli przecież ci przedstawiciele tzw. opozycji, którzy chcieli rozmawiać z komunistami, ale ci, których komuniści, jako jej przedstawicieli, zaakceptowali, dokonując w ten sposób pożądanej dla siebie selekcji. Ci[,] co usiedli, na tę selekcję się zgodzili."

(Janusz Golichowski, "Europejczyk a Europa", "Poza Układem", nr 1(39), styczeń 1993 r., str. 1-3)



<><><><>


1993 Stefan Adamski


">>Wyznawca spiskowej teorii dziejów<< to epitet, którym szczególnie chętnie szermuje dziś pewna formacja umysłowa. Jej przedstawiciele ― ludzie światli i Europejczycy ― zwykli w ten pełen wdzięku sposób określać swoich adwersarzy. Ma to wyjaśnić zarówno ich sympatykom, jak i osobom postronnym, dlaczego ci wybitni intelektualiści nie zwykli podejmować rzeczowej polemiki z poglądami odbiegającymi od ich (jedynie słusznych) zapatrywań. Nie jest to zresztą epitet jedyny ― wśród inwektyw, jakie osobliwie często pojawiają się na przykład w publicystyce >>Gazety Wyborczej<<, można znaleźć i inne, poczynając od >>demagogów<<, >>populistów, >>oszołomów<<, >>nawiedzonych<<, >>umysłowego zaścianka<< i >>ciemnogrodu<<, a kończąc wreszcie na >>głupcach<< i >>motłochu<<. [...] W przeciwieństwie do was, panowie, uważam, że to, co nazywacie spiskową wizją dziejów[,] jest jednym z motorów dziejów powszechnych od czasów wręcz prehistorycznych. [...] Tak uczonym historykom, jak panowie Michnik i Geremek, nie należy chyba przypominać, że już hordy i plemiona pierwotne nierzadko uciekały się do forteli i podstępów w swoich zmaganiach o tereny łowieckie, o co tłustsze kąski mamuta. Podział łupów nie zawsze bywał sprawiedliwy. A wojna trojańska? [...] Och, jakaż niestosowna analogia, prawda? Cóż wspólnego mogą mieć między sobą koń trojański i okrągły stół, poza tym, że zostały wyciosane z drewna? No, może to, że ― jak wskazują na to doświadczenia ostatnich czterech lat ― przy pomocy okrągłego stołu można >>zrobić w konia<< społeczności nieporównanie liczniejsze niż mieszkańcy Troi. [...] czyż obce mocarstwa nie opłacały sowicie targowiczan? Czy też mniemacie, panowie[,] że rozbiory Polski były dziełem czystego przypadku? A ów pociąg, który za sprawą Niemców wiózł do Rosji towarzysza Lenina ― czy nie miał żadnego wpływu na wybuch bolszewickiej rewolucji? I czy, dajmy na to, pakt Ribbentrop-Mołotow nie jest jednak przejawem spiskowej teorii dziejów? Albo jeszcze inaczej ― czy istnienie we wszystkich państwach wywiadów, kontrwywiadów, szpiegów, tajnych agentów wpływu nie kształtuje w jakiś tam sposób polityki, a[,] co za tym idzie[, ] historii? Jeśli zaś kształtuje, to nie pojmuję, dlaczego pogląd, iż niekiedy spiski, tajne porozumienia i kuluarowe układy decydują o losach całych państw, miałyby być świadectwem umysłowego zamroczenia. I czy nie jest nim raczej odrzucenie takiego poglądu niezależnie od przytoczonych powyżej przesłanek? Jakiż to jednak przejaw spiskowej wizji dziejów budzi waszą szczególną abominację? Dobrze. Wyjaśnijmy to. Są dwa supermocarstwa, jedno przegrywa wyścig zbrojeń. Rządzący już wiedzą ― imperium nie może przetrwać. Przynajmniej nie w obecnej postaci. Bo w tej postaci jest anachronizmem. Niebezpiecznym anachronizmem. Także dla nich samych. Poza tym mają już dość pancerza ideologii, a także ograniczeń i zobowiązań, jakie stąd wynikają. Zdają sobie sprawę z tego, że sprawowanie władzy nagą przemocą oznacza ryzyko rewolucji. [...] Co robią? Postanawiają ― nawet za cenę sporych strat ― zmienić szyld, zachowując jednak wpływy i kontrolę. O błogosławieństwo głównego rywala nietrudno. W imię pokoju i nowych rynków zbytu zachodni politycy (jak zwykle) przystaną na wszystko. [...] Tylko możliwości takiej transformacji imperium musi sprawdzić. Najlepiej najpierw w koloniach. Doskonale nadaje się do tego celu jedna z nich, szczególnie niepokor[n]a, leżąca na obrzeżach imperium. [...] Imperium musi wiedzieć, czy konieczna jest walka, czy wystarczy podstęp. I oto namiestnicy owej niepokornej prowincji dostają polecenie: zmienić kurs i podzielić się władzą z elitą opozycji, w której zresztą mają sporo swoich ludzi. Tu nie można niczego pozostawić przypadkowi. Oczywiście, nie mnożna kupić czy zaszantażować wszystkich. Nie ma zresztą takiej potrzeby. Ambitni i zdezorientowani wesprą ów układ sami, z własnej nieprzymuszonej woli, niekiedy powodowani najczystszymi intencjami. Sprawowanie władzy ich także zdeprawuje. Ale to nieistotne. Cel ― uniknięcie rewolucji i zabezpieczenie własnych interesów ― zostaje osiągnięty. [...] głęboki podział, jaki ma dziś w Polsce miejsce, to nie jest podział na lewicę i prawicę. To dobrze nam znany podział na władzę i społeczeństwo. To podział na uprzywilejowanych i spychanych do roli >>motłochu<<. To podział na tych nielicznych, którym nie grozi utrata posad ani apanaży[,] i na całe rzesze bezrobotnych lub zagrożonych utratą ― i tak kiepsko opłacanej ― pracy. Innymi słowy, jest to odwieczny podział na sytych i głodnych. Tyle tylko, że syci nie tak dawno drapowali się w szaty obrońców uciśnionych. Co więcej, wciąż próbują mamić głodnych wizją społeczeństwa obfitości."

(Stefan Adamski, "Wyznania wyznawcy spiskowej teorii dziejów", "Poza Układem", nr 3-4(41) z marca-kwietnia 1993 r., str. 11-13; pogrubienia moje ― E.Q.V.)



<><><><>

uzupełnienie ― paralelizm: Kuroń ― Moczulski


<><><><>


1988 Kołodziej o Kuroniu i Moczulskim na równi:


"Aresztowanie przywódców >>Solidarności Walczącej<<, zwiększenie sił policyjnych rozpracowujących tajne struktury, selektywne zezwolenia na zagraniczne wojaże znaczących działaczy skrzydła niepodległościowego (Moczulski, Szeremietiew, Ziembiński) miały na celu eliminację konkurencji politycznej przeszkadzającej >>pojednaniu narodowemu<< (Moczulski po otrzymaniu paszportu przyjął linię polityczną reprezentowaną przez Kuronia i Geremka)."

(Andrzej Kołodziej, "Współrządzić czy konspirować?", "Kultura" /"paryska"/ nr 9(492), wrzesień 1988 r., str. 126.)


<><><><>


1990 Gwiazda obawia się, że zadziała pułapka Urbana:

"Teraz odbywa się licytacja. A komuna stoi sobie za >>opozycyjnym rządem<<, który ją osłania i patrzy, jak kolejne polityczne ugrupowania opozycyjne kompromitują się w oczach społeczeństwa. Stoi i czeka, aż się skompromitują wszystkie. Czeka i ma nadzieję, że któregoś dnia wyjdziemy na ulicę i zawołamy ― >>Komuno, wracaj, mamy już dość opozycji<<. [...] Neo->>S<< opiera się jedną nogą o swe niecałe 2 miliony członków, drugą o system, z którym zawarła umowę. [...] Chyba, że system odsunie OKP i zawrze ugodę z innym ugrupowaniem. Wtedy animatorzy z neo->>Solidarności<< od razu przypomną sobie o prawach pracowniczych, o płacach, o bezrobociu. I natychmiast zapomną, że to właśnie neo->>Solidarność<< zgodziła się na bezrobocie i >>wyrzeczenia<<. I będą próbowali skupić wokół siebie społeczne niezadowolenie, by zmusić system, aby ich znów przygarnął do serca."

[Andrzej Gwiazda, "Krótka ocena", "Poza Układem" nr 5(15) z maja 1990 r., str. 7-8; wyróżnienia -- E.Q.V.]

Pułapka zadziałała, komuna wróciła na kadencje 1993-1997 i 1997-2001. Animatorzy z neo-"S" rzeczywiście przypomnieli sobie (jak wyżej)i zapomnieli (również jak wyżej).


<><><><>


1990 Gwiazda podziela obawę Surdykowskiego z 1983 r.:


Chodzi o obawę o to, że komuniści dogadają się z prawicowcami typu endeckiego (jak np. PAX), na gruncie wspólnej orientacji promoskiewskiej i antyzachodniej, a nie z lewicowcami (którzy ― dobrowolnie albo nie dobrowolnie ― przestali być członkami PZPR) na co wskazywałaby ideologiczna (lewicowa) legitymacja komunistów. Surdykowski pisał o tym w podziemnym pismie "Vacat" (zob. wyżej).


"Musieli znaleźć sojusznika posiadającego zaufanie społeczne. Dlaczego nie wybrali klasycznej polskiej prawicy, która 1 maja br. jawnie wypowiedziała się na swym kongresie za koniecznością współdziałania z ZSRR, tak silnego związania Polski ze Związkiem Radzieckim, by chciał nas bronić przed Niemcami (bo według prawicowych polityków jest to zagrożenie numer jeden)? Ponieważ ugrupowania te nie posiadają zdolności artykułowania interesów społecznych. Zdolność taką posiada lewica. Taką zdolność posiadła też grupa zwana >>lewicą laicką<<, przynajmniej do 1981 r. Lewicowy, czyli reprezentujący interesy szerokich kręgów społecznych, kierunek został porzucony dla perspektywy foteli ministerialnych, ale póki tę zdolność owa grupa posiadała, jako przeciwnik była dla systemu niesłychanie groźna. Na ataki z prawa system, który w swej istocie jest prawicowy, a być może skrajnie prawicowy, jest całkowicie odporny, natomiast jest nieodporny na atak z lewa ― czyli atak z wyartykułowanymi interesami społecznymi na czele społecznych mas. Musieli więc zawrzeć umowę z tymi ugrupowaniami, które pozostawione w opozycji byłyby śmiertelnym zagrożeniem, nawet jeśli formalnie takie porozumienie było bardziej kosztowne od innych, grupę tę skompromitować, oddając jej pozory władzy i dopiero po skompromitowaniu zawrzeć umowę ze swymi organicznymi sojusznikami. Już uruchomiona jest nowa Magdalenka, już trwają rozmowy, już Moczulski przedstawia gabinet cieni. [...] Dokooptowana do rządzenia ekipa dostała stanowiska, na których się ponosi formalną odpowiedzialność, ale nie decyduje; świadomie przyjęła na siebie rolę bufora [...] dla systemu miała wartość o tyle, o ile błędny rycerz Adaś Michnik mógł społeczeństwo oszukiwać, o ile oszukiwać mógł Wałęsa, Mazowiecki. [...] A system przygotowuje następną ekipę. Tak więc licytacja uległości, prześcigania się w deklarowaniu korzystnych dla systemu warunków, trwa."

(Wiesława Kwiatkowska, "Gwiazda, miałeś rację", wydawnictwo ZP SOPOT, Gdynia 1990, str. 78; wyróżnienia ― E.Q.V.)


Pisząc o gabinecie cieni Moczulskiego w kontekście, w jakim to nastąpiło, Andrzej Gwiazda być może uznawał wodza KPN za "prawicowca", czyli do pewnego stopnia zgodnie z intencją Moczulskiego, starającego się zagospodarować cześć prawicowo nastawionego elektoratu...


<><><><>


1990 prof. Zybertowicz (socjolog z Torunia) nie dowierza nt. II Magdalenki:

"[...] nie wydaje się prawdopodobne, by w czasie Okrągłego Stołu ścisłe kierownictwo PRL zawarło z kimś ze strony społecznej jakiś tajny układ, drugą Magdalenkę. Nie można tego całkowicie wykluczyć, lecz nie sądzę, aby dla nomenklatury było to niezbędne."

(Andrzej Zybertowicz, "W uścisku tajnych służb. Upadek komunizmu i układ postnomenklaturowy", Wydawnictwo Antyk, Komorów 1993, str. 24, zob. także przypis 14 tamże; pogrubienia moje ― E.Q.V.).


<><><><>


1996 natomiast prof. Zarach (matematyk z Wrocławia) ― dowierza:

"Generalny kierunek zmian został zatwierdzony w Moskwie. Na podstawie informacji, które otrzymaliśmy w 1985 roku, a może wcześniej, jednym z inicjatorów tego pomysłu była Włoska Partia Komunistyczna. Polegał on na wbudowaniu Związku Sowieckiego w europejskie struktury międzynarodowe. Aby uwiarygodnić, trzeba było coś zrobić z Solidarnością, która dla lewicy europejskiej była inspiracją odnowionego socjalizmu. [...] W PZPR i szeroko rozumianej opozycji występującej pod szyldem >>S<< trwał wyścig, która grupa w PZPR i która grupa >>S<< zawrą rozejm w imieniu całej PZPR i całej >>S<<, z błogosławieństwem Kościoła. Gdyby środowisko lewicy korowskiej, zgodnie z dysydenckim katechizmem, wycofało się z gry, to partnerem PZPR byłby Kościół ze środowiskami ZCh-N albo KPN. [...] Różne grupy w PZPR próbowały się dogadywać z różnymi grupami w >>S<<. [...] Myśmy uważali, że partia ma bezwarunkowo oddać władzę Narodowi, a Naród daruje komunistom życie. To była nasza >>gruba kreska<<. Byliśmy dalecy od ekstremizmu, biorąc pod uwagę dziesięciolecia agenturalnej współpracy z wrogim mocarstwem. Jednak partia i >>S<< z Kościołem zdecydowały się wprowadzić w życie plan Urbana z 1981 roku. PZPR pozbyła się swego >>betonu<<, a >>S<< swej >>ekstremy<<. [...] [Moczulski] Montował >>prawą nogę<< okrągłego stołu. [...] nie był przeciwnikiem OS [= okrągłego stołu ― E.Q.V.]. Krytykował go tylko dlatego, że go tam nie było. Brał udział w tej grze, tyle, że grał z inną frakcją w aparacie PZPR. Gdyby Kiszczakowi i Geremkowi się nie powiodło, Moczulski był w odwodzie. Jego siła polegała na kontroli opozycji niepodległościowej. W pewnym momencie Jacek Kuroń i Geremek próbowali Moczulskiemu trochę pomóc. Zachęcić różne struktury do dyskusji."

(Krzysztof Brzechczyn, "Od Związku Młodzieży Socjalistycznej do Solidarności Walczącej. Rozmowa z Andrzejem Zarachem [...] część II", "Solidarność Walcząca" nr 4(316), zima 1996 r., str. 26; wyróżnienia moje ― E.Q.V.)


<><><><>


1990 Gwiazda o Kuroniu i Moczulskim na równi:

"Nie podniósł się ani jeden głos protestu, kiedy Kuroń powiedział, że polityka ma być skuteczna, a nie moralna, nie zaprotestował nawet Kościół. Moczulski na każdym spotkaniu mówi, że należy oddzielić politykę od moralności i mimo to ma zwolenników."

(Wiesława Kwiatkowska, "Gwiazda, miałeś rację", ZP SOPOT, Gdynia 1990, str. 75; podkr. moje ― E.Q.V.).


<><><><>


1997 Lenkiewicz o Kuroniu i Moczulskim na równi:


"W drugiej połowie lat osiemdziesiątych, nie bez wpływu >>pierestrojki imperium<<, którą realizował Gorbaczow, również we władzach peerelowskiego namiestnictwa dojrzewała potrzeba przeprowadzenia starannie wyreżyserowanych >>zmian<<, które w istniejącym układzie sił społeczno-politycznych nic istotnego nie zmieniają. Byli do tego potrzebni licencjonowani opozycjoniści. Na pewno nie jest przypadkiem, że w roku 1987 dwóch tego rodzaju >>opozycjonistów<< ― Jacek Kuroń i Leszek Moczulski opublikowało teksty przygotowujące opinię publiczną do >>zgody okrągłego stołu<<. Kuroń w tekście >>Krajobraz po bitwie<< przekonywał, że OPZZ, jako >>neozwiązki bardziej są podobne do Solidarności niż do CRZZ<<, a Moczulski w >>Krajobrazie przed bitwą<< podkreślał, że >>w tym co pisze Kuroń[,] jest bardzo wiele trafnych spostrzeżeń i słusznych propozycji, a różnice wynikają jedynie z odmiennego punktu obserwacji<<."

(Antoni Lenkiewicz, "Typy i typki postkomunizmu", Wydawnictwo ― Biuro Tłumaczeń, Wrocław 1997, str. 93; wyróżnienia moje ― E.Q.V.)

Prosocjalistyczne nastawienie obu tych polityków było dostrzegalne już o mniej więcej dekadę wcześniej: ex-tow. Moczulski w dokumencie zatytułowanym "Memoriał", a przekazanym w 1976 r. Służbie Bezpieczeństwa, deklarował, iż "restytucja kapitalizmu w Polsce jest niemożliwa" (Antoni Lenkiewicz, tamże, str. 93), zaś ex-tow. Kuroń w 1980 r. powiedział: "jestem i pozostanę marksistą!" (Antoni Lenkiewicz, tamże, str. 66).


<><><><>


2002 Wyszkowski o stosunku Kuronia do Moczulskiego:

"W roku 1979 byłem świadkiem następującej sceny. W trakcie mojej rozmowy z Kuroniem w jego mieszkaniu przyszedł jakiś człowiek i naszeptał mu coś do ucha, a Kuroń zrobił z tego notatkę. Gdy gość wyszedł, Kuroń powiedział, że był to jego informator działający w otoczeniu Moczulskiego. Po czym, podnosząc głowę i odchylając się od biurka, tubalnym głosem odczytał swoje zapiski o tym, że dnia tego i tego, o godzinie tej i tej Moczulski ma spotkanie z chłopami ze wsi takiej to a takiej, w chałupie takiego a takiego. Zdumiony spytałem, co robi, bo przecież było to jawne zawiadomienie Służby Bezpieczeństwa za pomocą mikrofonów podsłuchowych. Kuroń odpowiedział mi na to, że daje słowo, iż Moczulski jest agentem Służby Bezpieczeństwa, a Jan Lityński to potwierdził. Zapytałem, skąd ma taką pewność, na co usłyszałem, że od pewnego znajomego z SB. [...] Warto przeprowadzić badanie, czy przekazywanie przez Kuronia informacji do SB miało związek z późniejszą obroną przez niego (po 1989 roku) funkcjonariusza SB Lesiaka. To dzięki Kuroniowi Lesiak (który był szefem ekipy inwigilującej Kuronia) został zatrudniony w UOP, gdzie inwigilował przeciwników politycznych kuroniady."

[Krzysztof Wyszkowski, "Między komuną a zdradą. List otwarty do Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej", "GŁOS" nr 24(934) z 15 czerwca 2002 r., str. 10; pogrubienia w ślad za oryginałem ― E.Q.V.]


<><><><>

uzupełnienie ― progresizm = antypolonizm?



<><><><>


1849 Fryderyk Engels proroczo o wojnie światowej i o ludobójstwie w imię postępu

"Jeśli rasowe odpadki nie zostaną eksterminowane bądź nie utracą swej odrębności narodowej, to […] pozostaną najbardziej fanatycznym nośnikiem kontrrewolucji. […] Następna wojna światowa spowoduje, że nie tylko reakcyjne klasy i dynastie, lecz również reakcyjne narody znikną z powierzchni ziemi. I to także jest postęp."

(Fryderyk Engels, "Der magyarische Kampf" (= "Walka madziarska"), artykuł w "Neue Rheinische Zeitung", opublikowany na przełomie stycznia i lutego 1849 r., cyt. za: George Watson, "Czy Hitler był marksistą?", w: Irena Lasota /red./, "Między sierpem a młotem. ZSRR i świat", Wydawnictwo CDN, Warszawa 1987, str. 36-37).

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

1984 Komentarz George'a Watsona (oryginalny anglojęzyczny tekst ukazał się w grudniu 1984 r. w pismie "Encounter"):

"Socjalistyczny program ludobójstwa z roku 1849 miał wyraźne akcenty niemieckie. Niektóre narody, wierzył Engels, są nośnikami postępu; inne ― głównie Słowianie ― nie. Ponieważ są one kontrrewolucyjne, muszą >>przepaść w rewolucyjnej msakrze<<, która, jak byli o tym w latach 40-tych wraz z Marksem przekonani, miała nastapić niebawem."

(George Watson, "Czy Hitler był marksistą?", w: Irena Lasota /red./, "Między sierpem a młotem. ZSRR i świat", Wydawnictwo CDN, Warszawa 1987, str. 36)


<><><><>


1851 Fryderyk Engels proroczo o niemiecko-rosyjskim współdziałaniu w imię socjalizmu przeciwko Polsce (1917-20 i zwłaszcza 1939-41)


Wtedy, gdy ukazał się artykuł Engelsa, można było domniemywać, że autorowi chodziło na przykład (zwłaszcza?) o Chorwatów, których (pod wodzą Josipa Jelačicia) Austria zdołała użyć przeciwko zbuntowanym Węgrom (w czasie Wiosny Ludów), podobnie jak niekiedy wygrywała np. Ukraińców przeciwko Polakom. Węgrzy i Polacy uchodzili (w myśl tego, co Karol Marx i Fryderyk Engels wypowiadali publicznie) za narody "rewolucyjne" właśnie, i jako takie ― za zasługujące na sympatię ruchu komunistycznego. Tymczasem w prywatnej korespondencji bardziej skrywana prawda wyszła na jaw:


"Im więcej rozmyślam nad historią, tym jaśniej widzę, że Polacy są un nation futué‚ [po francusku: narodem skazanym na zagładę ― dopowiedzenie E.Q.V.], którym można tylko dopóty posługiwać się jako narzędziem, dopóki sama Rosja nie zostanie wciągnięta w wir rewolucji agrarnej. Od tej chwili Polska nie będzie miała żadnej raison d'etre [po francusku: racji bytu ― dopowiedzenie E.Q.V.]. Nie można nawet przytoczyć ani jednego przypadku, w którym Polska choćby tylko w stosunku do Rosji reprezentowała z powodzeniem postęp lub dokonała czegoś o historycznym znaczeniu. Rosja natomiast jest rzeczywiście postępowa (...) mimo całej swej podłości, mimo całego swego słowiańskiego bałaganu odgrywa cywilizacyjną rolę. Czym jest Warszawa w porównaniu z Petersburgiem, Moskwą, Odessą! Wniosek: odebrać na zachodzie Polakom co się da, obsadzić ich miasta ― zwłaszcza Poznań ― Niemcami pod pozorem ochrony, pozwolić im gospodarować, posyłać ich w ogień, ograbiać do cna z żywności ich kraj, a gdyby udało się wprawić w ruch Rosjan ― sprzymierzyć się z nimi i zmusić Polaków do ustępstw."

(list Fryderyka Engelsa do Karola Marksa z 23 maja 1851 r.)

Także tajne służby cesarskich Niemiec, wysyłając pociąg z Leninem do Rosji, aby wzniecił tam rewolucję, wpisały się w ten projekt Engelsa sprzed 66 (wówczas) lat!

<><><><>


2002 Krzysztof Wyszkowski o niemieckich i rosyjskich kampaniach antypolskich czynionych w imię postępu w XX wieku:


"Globalizacja i komunizm wiążą się ze sobą już od pierwszej wojny światowej. Komunizm podjął walkę o władzę nad światem przez atak na Polskę w 1920 roku. Początkiem drugiej wojny światowej (jako nowej fazy globalizacji) był znowu atak na Polskę, tym razem połączonych sił nazizmu i komunizmu. Zresztą już od czasów niemieckiej samowładczyni Rosji, carycy Katarzyny, walka z Polską zawsze toczona była pod tymi samymi hasłami: obrony tolerancji, przeciwdziałania polskiemu nacjonalizmowi i klerykalizmowi. Współczesna globalizacja też ma swoje antypolskie wątki. Walczy się dziś z polskim antykomunizmem i Kościołem. Od ponad pół wieku zwalcza się Łupaszków, Pileckich, Popiełuszków i >>prostackich wikarych z Niegowici<< [= pogardliwy epitet o papieżu Janie Pawle II, użyty przez jednego z polskojęzycznych komunistycznych pismaków ― dopowiedzenie E.Q.V.][,] a współcześni agenci Katarzyny łatwo znajdują pomoc wśród tych z Waszyngtonu, Brukseli lub Berlina, którzy dla rozgrywki politycznej z Rosją i Niemcami wolą oskarżać Polaków o nacjonalizm, zamiast przyznać im zasługę jedynych sprawiedliwych w Sodomie najnowszej historii Europy. Walka o rehabilitację komunistów i komunizmu ma cele daleko szersze niż działanie na szkodę Polski. Są to ważne cele potężnych lobbies, mające znaczenie dla polityki światowej. Ogólnie rzec biorąc, chodzi o niedopuszczenie do stwierdzenia >>dwujajowej bliźniaczości<< komunizmu i nazizmu, ponieważ uznanie rozmiarów zbrodni komunistycznych (i >>starszości<< tego systemu) mogłyby doprowadzić do daleko idących przewartościowań w ocenach ruchów politycznych, społecznych i kulturowych w skali całego świata."

(Krzysztof Wyszkowski, "Między komuną a zdradą. List otwarty do Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej", "Głos", nr 25(935) z 22 czerwca 2002 r., str. 12.)


+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++


Prawdopodobnie Wyszkowski pisząc o "agentach Katarzyny" miał na myśli porównanie, którym posłużył się wybitny pisarz, piętnujący kolaborację niektórych mieszkańców Poslki (w tym również rodowitych Polaków) z najeźdźcą sowiecko-rosyjskim w 1920 roku:

"Naznaczeni zostali przez kogoś z wyższa, w obcym kraju, w swym zespole, w swej partii. Jako takich można by ich nazwać tylko komisarzami w znaczeniu, jakiego ten wyraz nabrał w opinii ludowej polskiej podczas długoletniej działalności komisarzy >>po krestjańskim diełam<<, za poprzedniej inwazji carów moskiewskich na ziemię polską. I tamci stawali przecie w obronie ludu polskiego wobec ucisku szlachty. Tamci także opierali pomoc swoją dla chłopów polskich na nieprzeliczonej ilości bagnetów. Jedna tylko różnica: tamci komisarze nie byli z naszego rodu. Krew polska nie płynęła w ich żyłach."

(Stefan Żeromski, "Na probostwie w Wyszkowie")

Nie dziwota; już w okresie dokonywania rozbiorów Polski jedną z motywacji rozpowszechnianych przez stronę rosyjską było rzekome uwalnianie chłopów w Rzeczypospolitej od ucisku "polskich panów".




<><><><>

uzupełnienie ― wyszydzić i ziścić


<><><><>


1983 Antoni Macierewicz i jego zespół rzuca pomysł


"Z koncepcji umowy społecznej zrezygnowano jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego. Rozważana pod koniec 1981 roku koncepcja tak zwanego Frontu Porozumienia Narodowego, sygnalizowana spotkaniami Wielkiej Trójki (Glemp, Wałęsa, Jaruzelski), wykraczała daleko poza konstrukcje polityczne oparte na pomyśle umowy społecznej. 13 grudnia zlikwidował problem umowy społecznej. [...] Nie chodzi o to, żeby zmusić władzę do porozumienia, bo nie z władzą jako ogólną kategorią rządzących może być zawarte. Rzeczywiste porozumienie dotyczyć może jedynie realnych, zakorzenionych w życiu narodowym i niezbędnych Polsce instytucji: Kościoła katolickiego, >>Solidarności<< i wojska. To nie społeczeństwo ma się porozumieć z władzą, bowiem nie istnieje obecnie taka władza, z którą można się porozumieć (nie są nią ani resztki aparatu partyjnego, ani zalążkowy reżym wroni). A celem tego porozumienia ma być odbudowa państwa odpowiadającego aspiracjom Polaków, bez którego nie uda się uratowanie gospodarki kraju i zabezpieczenie interesów narodu w nadchodzącym kryzysie międzynarodowym. [...] W kategoriach najogólniejszych sprowadzałoby się to do wysoce uprzywilejowanej roli wojska w rządzie i administracji państwowej, uznania decydującego dla życia duchowego i ideowego Polaków znaczenia Kościoła katolickiego i przez to eksponowanej roli związanego z hierarchią laikatu (skupionego w Prymasowskiej i Biskupich Radach Społecznych) w cywilnym życiu politycznym oraz zagwarantowania podmiotowego charakteru społeczeństwa przez samorządy terytorialne, stowarzyszenia społeczne i przede wszystkim silny ruch pracowniczy (związki zawodowe) jako jeden z podstawowych składników nowej konstrukcji politycznej. Cały powyższy wywód [...] można nie bez racji uznać za palcem na wodzie pisany. [...] Jednakże program porozumienia mimo wszystko formułować trzeba, nawet jeśli się wie, że szanse jego realizacji są niewielkie, liczą się na parę procent lub promili. Po 13 grudnia 1981 kwestia państwa jest dla Polaków zadaniem pierwszorzędnym, życiowej wagi, a rozwiązać je można tylko przez porozumienie. Oczywiście do porozumienia może nie dojść [...] Co się wtedy stanie z narodem? Otóż przetrwa i wytrzyma. Nie zginie. Zginą natomiast największe od czasu Jałty szanse na kształt państwa zgodny z aspiracjami narodu, na odbudowę gospodarki i stworzenie efektywnego systemu ekonomicznego, na zabezpieczenie koniecznych dla jednostek i społeczeństwa praw i wolności. Wtedy dopiero będzie można mówić o >>długim marszu<< – przez zrujnowany kraj i o >>społeczeństwie podziemnym<<, bo na ziemi nie będzie już wiele do roboty. W pewnym sensie jesteśmy zmuszeni do gry na najkorzystniejszą, ale mało prawdopodobną szansę. Szansa to niewielka i jej wygranie nie tylko od nas zależy, konieczna będzie też inicjatywa i współdziałanie ze strony jednego z partnerów narodowego porozumienia – wojska. Aby inicjatywa taka pojawiła się po tamtej stronie barykady, należy ją niejako suflować i przygotowywać polityczny grunt pod jej pozytywne po naszej stronie przyjęcie. Można to robić przez niezależną publicystykę, można inaczej, jak Lech Wałęsa, gdy podpisał list do generała Jaruzelskiego swoim stopniem wojskowym. Oburzyło to niektórych intelektualistów, ale naród zrozumiał. Sformułowanie oferty porozumienia to jeszcze nie wszystko. O porozumienie ciągle trzeba walczyć i żaden środek, poza wojną domową, nie może być z tej walki wyłączony."

(Zespół "Głosu", "Chrześcijaństwo i geopolityka", "Głos ", nr 2(43), maj-czerwiec 1983 r., str. 25-26)


<><><><>


1984 Jerzy Surdykowski szydzi z pomysłu Macierewicza

"Przez dłuższy czas po grudniowym wyjściu wojska z koszar tak zwani >>miarodajni komentatorzy<< w całym świecie snuli rozważania o tym, jak to w obozie komunistycznym powstaje zupełnie nowy typ ekipy rządzącej i związany z nią model sprawowania władzy w znacznym stopniu >>odideologizowany<<, już nie partyjny, lecz państwowo-wojskowy. Ci z nas, którzy dali się ogłupić bądź tym importowanym spekulacjom, bądź staropolskiemu sentymentowi do munduru, roili już o >>trzeciej sile<<, albo o sprowadzającym partię do zera sojusz wojska, Kościoła i >>Solidarności<<. No i co widzimy w Polsce po trzech bez mała latach generalskiego reżimu? Góra rozbudzonych nadziei urodziła dobrze nam znaną, wyliniałą mysz partyjnego, ideologicznego realsocjalizmu. Odtworzono dokładnie ten sam gomułkowsko-gierkowski system oparty na partyjnych komitetach i komitetowej nomenklaturze, tylko że wśród aparatczyków więcej jest mundurowych."

(Krzysztof Jerzewski, właśc. Jerzy Surdykowski, "Idą gorsi?", "Vacat" nr 19/20 z lata 1984 r., str. 73)


<><><><>


1990 Jan F. Olszewski demaskuje obłudę szyderstwa

"Bodaj w 1983 czy w 1984 roku grupa >>Głosu<< wysunęła pomysł przełamania impasu politycznego w Polsce poprzez porozumienie trzech liczących się w kraju sił: >>Solidarności<<, Kościoła i wojska. Pomysł był przez niektóre kręgi opozycji wyśmiany, przez większość przemilczany. W 1989 r. został w istocie zrealizowany w postaci umowy >>okrągłego stołu<<. Po stronie >>Solidarności<< jego największymi entuzjastami okazali się ci, którzy najgłośniej poprzednio z niego szydzili. Była to jednak jedyna realna forma paktu antykryzysowego."


("Z mecenasem JANEM OLSZEWSKIM obrońcą w procesach politycznych rozmawia JERZY PAPUGA", "Konfrontacje. Forum obywatelskie", nr 2(25) za okres 25 lutego – 24 marca 1990 r., str. 7)


Należy pamiętać, że słowa "okrągły stół" zostały użyte po raz pierwszy najprawdopodobniej właśnie przez Surdykowskiego, toteż przynajmniej w tym zakresie (ale także z zakresie dotyczącym porozumienia lewicy rządzącej, PZPR-owskiej, i lewicy opozycyjnej, ex-PZPR-owskiej) to Surdykowski jest współodpowiedzialny za owo porozumienie, zawarte w imieniu "Solidarności" z komunistyczną generalicją przy asyście przedstawicieli katolickiego Episkopatu. Mec. Olszewski mógł więc przy tej okazji mieć na myśli cytowany wyżej tekst red. Surdykowskiego.

<><><><>

uzupełnienie ― lewica o uwłaszczeniu nomenklatury



<><><><>


1989 Jerzy Surdykowski za uwłaszczeniem nomenklatury

W lipcu 1989 roku na łamach ― a jakże! ― "Gazety Wyborczej" ten sam Jerzy Surdykowski, który w 1983 roku zachęcał do porozumienia lewicy rządzącej z lewica opozycyjną, a w 1984 r. wykpiwał projekt Macierewicza w sprawie porozumienia społecznego, przekonywał, że nie należy się bać… uwłaszczenia nomenklatury:

"Jeśli pewna część ludzi władzy ― może niekoniecznie >>liberałów<<, lecz po prostu sprytniejszych i bardziej przewidujących ― usiłuje ze swych partyjnych i dyrektorskich pozycji przejść do roli kapitalistów, to znaczy, że przestaje bronić nomenklaturowych stołków i widzi swój osobisty interes w przełomowych reformach, w powrocie Polski do Europy, do normalnej wolnej gospodarki rynkowej. Prawda, że jest to proces brzydki, niesprawiedliwy i mało mający wspólnego z uczciwością, bo półprywatne spółki wykupują za grosz majątek narodowy, a ludzie z nomenklatury zamieniają na kapitał to, czym dysponują: >>chody<< w administracji, dostęp do środków produkcji. Ale jednocześnie ludźmi nomenklatury być przestają, ich przedsiębiorczość jest także krępowana przez neostalinowski gorset >>realnego socjalizmu<<. Stają się sojusznikami zmian."

(Piotr Bączek, "Jak Balcerowicz rynek budował", "Głos", nr 2(860) z 13 stycznia 2001 r., str. 14/15).




Ex-tow. Jerzy Surdykowski do 12 grudnia 1981 r. należał do PZPR i pracował w "Gazecie Krakowskiej", organie KW PZPR w Krakowie. Latem 1990 r. inż. Jerzy Surdykowski został konsulem Rzeczypospolitej Polskiej w Nowym Jorku (Janusz Dobrzański, "Kontrowersyjny konsul w Nowym Jorku", "Głos" nr 64/66 z września ― listopada 1990 r., str. 142-143). Czyżby w nagrodę także za te rozmaite powyżej opisane "zasługi"?



<><><><>


1989 Ernest Skalski za uwłaszczeniem nomenklatury

Oto, co pisał Ernest Skalski w "Gazecie Wyborczej". Zachwalał to, co dopiero później nazwano mianem "planu Balcerowicza":

"Sam moment przejścia do gospodarki rynkowej będzie oznaczał gwałtowny wzrost cen, gdyż będą się one do siebie dopasowywać i to zawsze w górę. Ale jednocześnie podniosą się niesłychanie zaniżone płace w gospodarce, dziś zarządzanej przez państwo. Pracodawca nie ograniczony zakazami czy podatkami, hamującymi wzrost wynagrodzeń będzie płacił tyle, ile ta praca jest dlań warta i w ten sposób uzyska się racjonalne zatrudnienie. A zatem większość płac realnych w gospodarce zacznie podnosić się od samego początku. Nie powinna więc sprawdzić się przepowiednia o nieuchronnym spadku poziomu życia ogółu społeczeństwa. Oczywiście poza okresem chaosu, o którym niczego pewnego z góry powiedzieć się nie da."

(Piotr Bączek, "Jak Balcerowicz rynek budował", "Głos", nr 2(860) z 13 stycznia 2001 r., str. 14)



"[...] w przeddzień powstania >>pierwszego niekomunistycznego rządu PRL<< lewica solidarnościowa głowiła się, jak zapewnić komunistom ciepłe posadki, wysokie emerytury, a nawet bezkarność; a nie jak odbudować kraj. Ogłoszone kilkanaście dni później >>gruba kreska<< oraz plan Balcerowicza były elementami realizowanego programu >>historycznego kompromisu<<, a nie ― jak obecnie się tłumaczy ― >>wypadkiem przy pracy<<, bądź wybiegiem taktycznym. To dzięki tworzeniu takiej atmosfery powstały liczne afery gospodarcze m. in. z Sekułą, Gawronikiem, Kwaśniewskim, Millerem w tle."

(Piotr Bączek, "Jak Balcerowicz rynek budował", "Głos", nr 2(860) z 13 stycznia 2001 r., str. 15)


Dalej red. Piotr. R. Bączek cytuje fragment innego artykułu tegoż autora:


"Nie może to jednak być lansowane przymierze z reformatorskim skrzydłem władzy, które zajmuje wprawdzie dziś kluczowe pozycje, ale traci oparcie we własnym aparacie. To musi być oferta do całego aparatu, do setek tysięcy ludzi, zajmujących w państwie wciąż jeszcze strategiczne pozycje. Muszą oni wiedzieć, że nie przewiduje się wobec nich żadnych posunięć z repertuaru stosowanych przez ich poprzedników wobec obszarników, fabrykantów i kułaków. Wprost przeciwnie: trzeba tym ludziom otworzyć możność ubiegania się o przejmowanie na własność części majątku, którym obecnie zarządzają, jeśli dają nie gorsze od innych gwarancje jego wykorzystania. Na pewno zaś należy im obiecać co najmniej roczne wypowiedzenie z zachowaniem realnej wartości zarobków, zachowanie przywilejów niechby drażniących, wszechstronną pomoc przy podejmowaniu nowego zajęcia czy samodzielnej działalności gospodarczej. Ewentualne wcześniejsze, odpowiednio korzystniejsze emerytury. Oraz ― co ważne ― żadnych osobistych rozliczeń z tytułu ich wcześniejszej działalności. Propozycja taka musi być nie tylko atrakcyjna, ale też wiarygodna."

(Ernest Skalski, "Wielki kompromis", "Gazeta Wyborcza" nr 60 z 1 sierpnia 1989 r., str. 3)


---------------------------------------------------


"Jedynym zmartwieniem Skalskiego było to, jak uzyskać poparcie społeczne. Skalski propozycję tę ponowił kilka dni później."

(Piotr Bączek, "Jak Balcerowicz rynek budował", "Głos", nr 2(860) z 13 stycznia 2001 r., str. 14)

i tu znowu (w tekście Bączka) cytat z "Gazety Wyborczej" ―


"W takich warunkach możliwe ― i w jakimś stopniu wskazane ― jest jedynie uwłaszczenie nomenklatury, i tylko na warunkach, które dla niej muszą się w ciemno okazać dobre."

(Ernest Skalski, "Wariant dyrektorski", "Gazeta Wyborcza" nr 68 z 11 sierpnia 1989 r., str. 3).

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Ernest Skalski nie powinien dziwić, bowiem "niedaleko pada jabłko od jabłoni":

"Jerzy Wilker (po wojnie już Skalski) też był funkcjonariuszem KPP i był za to przed wojną więziony. Po wojnie zaś został szefem personalnym Komendy Wojewódzkiej MO w Krakowie. Jego żona, Zofia Nimen, w KPP działała od 1930 roku. Była między innymi sekretarzem techniczny KC Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom. Po wojnie, już pod przybranym nazwiskiem męża, jako Skalska, również pracowała w tej samej Komendzie MO jako kierownik Wydziału Śledczego do walki z przestępczością nieletnich. Przez cały okres powojenny była albo sekretarzem POP PZPR, albo członkiem egzekutywy w miejscach pracy. W roku 1979, w rocznicę urodzin, towarzysz Alojzy Karkoszka [wtedy: I sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR. – dopowiedzenie E.Q.V.] przesłał jej specjalny dyplom: >>Wasz udział w rewolucyjnym ruchu robotniczym, zaangażowanie i postawa ideowa stanowi dla członków naszej Partii wzór i przykład działacza-komunisty<<. Trudno było wówczas o lepszą rekomendację. […] Zastępcą Adama Michnika, jako naczelnego redaktora [oczywiście: "Gazety Wyborczej", mowa o stanie z 1993 roku ― dopowiedzenie E.Q.V.], jest Ernest Skalski, syn Jerzego Wilkera i Zofii Nimen-Skalskiej, tej pary z Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Krakowie, a przed wojną funków KPP."

(Leszek Żebrowski, "Ludzie UB ― trzy pokolenia", "Gazeta Polska" nr 11(93) z 30 września 1993 r., przedruk w pracy zbiorowej "Dekomunizacja i rzeczywistość", Wydawnictwo AMARANT, Warszawa 1993 r., str. 57-59)


<><><><>


1989 Wojciech Giełżyński o uwłaszczeniu nomenklatury

"Możemy więc liczyć tylko na dziki kapitalizm w połączeniu z totalitaryzmem, a to w postaci wszechwładzy bonzów partyjnych, będących zarazem rekinami kapitalistycznymi."

(Wojciech Giełżyński, "Urynkowienie biedy", "Przegląd Wiadomości Agencyjnych", nr 200 z 11 sierpnia 1989 r., str. 3.)

Jeśli nawet to nie było sugestią ani tym bardziej wyrażeniem aprobaty (kontekst pozwala również tak rozumieć tę wypowiedź), to okazało się przynajmniej trafną przepowiednią...



<><><><>



1989 Jerzy Szperkowicz za uwłaszczeniem nomenklatury



"Chcąc uczynić reformy gospodarcze głębokimi i nieodwracalnymi warto uwikłać ludzi nomenklatury w działalność gospodarczą tak, by osobiście byli zainteresowani w powodzeniu i trwałości reform. W dodatku, gdyby udało się energię i niewątpliwie zdolności tkwiące w nomenklaturze zaprząc do uruchomienia martwych lub półżywych składników majątku narodowego, mogłoby się to opłacić także materialnie. Nie rozpaczam z powodu zaniżonych wycen majątku przechodzącego w ręce spółek nomenklaturowych. [...] Potraktujmy to jako odprawę dla nomenklatury, która nie społeczeństwu służyła, nie zasłużyła się, ale tracąc przywileje, zaszczyty, dochody, czuje się wywłaszczana z dorobku dwóch pokoleń. Opowiadam się za odczepnym."

(Jerzy Szperkowicz, "Uwłaszczać i nie żałować", "Gazeta Wyborcza" nr 99 z 25 września 1989 r., str. 3).


<><><><>

uzupełnienie ― Wschodnie Wybrzeże USA


<><><><>


prof. Mirosław Dakowski & prof. Jerzy Przystawa

"Już w pierwszej połowie 1990 roku otrzymywaliśmy sygnały ze strony Polaków związanych z finansjerą amerykańską, że do Polski >>wchodzi<< nieprawdopodobnie wiele kapitału spekulacyjnego z banków Wschodniego Wybrzeża Stanów Zjednoczonych oraz tzw. brudnych pieniędzy (np. z handlu narkotykami, pieniędzy mafijnych czy związanych z terroryzmem). Ten kapitał wchodzi bez żadnych utrudnień ze strony polskiego Ministerstwa Finansów."

(Jerzy Przystawa i Mirosław Dakowski, "Via bank i FOZZ. O rabunku finansów Polski", wydawnictwo "Antyk", Komorów 1992, str. 77.)


<><><><>


dr Wojciech Błasiak

"W życiu zwykle najważniejsze jest to, o czym się milczy. A jedną z najbardziej przemilczanych publicznie postaci na naszej scenie jest nowojorski finansista George Soros [właśc.: György Sörös ― ta forma nazwiska wynika z faktu, że jest on z pochodzenia Węgrem, a dokładniej: Żydem, przybyłym do USA z Węgier – przyp. E.Q.V.], reprezentujący, jak się wydaje, interesy wielkiej finansjery Wschodniego Wybrzeża USA. Jest on autorem bezprecedensowego planu ekonomicznego dla Polski z 1989 r. Ten >>plan Sörösa<< do dziś otoczony jest milczeniem. Został on zaakceptowany prawdopodobnie na wiosnę 1989 r. przez ówczesne elity komunistyczne i ówczesną postsolidarnościową opozycję. Próby zaalarmowania polskiej opinii publicznej na jego temat zostały jeszcze w lecie 1989 roku zablokowane zarówno w >>Gazecie Wyborczej<< jak i w >>Tygodniku Solidarność<< oraz w >>Przeglądzie Tygodniowym<<. Gdyby nie krótka acz treściwa informacja na jego temat w >>Financial Times<< z 22 czerwca 1990 roku, nic istotnego o nim pewnie do dziś byśmy nie wiedzieli. [...] W istocie plan Sörösa był planem rozbioru gospodarczego Polski i to w krótkim, jak na taki proces, czasie. W zamaskowanej formie obowiązkowych spółek skarbu państwa polski rząd miał oddać naszym zachodnim wierzycielom kontrolne pakiety akcji w najlepszych a niezezłomowanych jeszcze polskich przedsiębiorstwach, ustanawiając pośrednio obcy zarząd nad polską gospodarką. Koncepcję tę publicznie poparli liderzy ówczesnej postsolidarnościowej opozycji ― Bronisław Geremek, Witold Trzeciakowski i Ryszard Bugaj. Publicznie natomiast odciął się od niej rząd brytyjski uznając. że koncepcja ta zbyt głęboko narusza suwerenność Polski."

(Wojciech Błasiak, "Wyprzedać folwark czyli rzecz o rozbiorze gospodarczym", "TAK" nr 21(26) z 7 sierpnia 1992 r.)



+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++



"Od 1989 roku Polska jest obiektem bezprzykładnej a przy tym już bezpośredniej agresji ekonomicznej. Agresorami ekonomicznymi są głównie centra kapitałowo-państwowe wysoko rozwiniętych krajów przemysłowych świata, przede wszystkim EWG i USA. [...] Dwa są wszakże decydujące centra tej ukrytej agresji. Pierwszym z nich są grupy wielkiej finansjery Wschodniego Wybrzeża USA, drugim natomiast są biurokracje bankowo-państwowe RFN. [...] Nie jest chyba przypadkowe to, że z kręgów finansowych Wschodniego Wybrzeża wywodzi się autor koncepcji przyspieszonego rozbioru gospodarczego Polski z 1989 roku [...] George Soros. Nie jest chyba przypadkiem taki sam rodowód prof. Jeffrey'a Sachsa [...]. Stanowił on intelektualne zaplecze wdrażania programu dostosowawczego MFW, nazywanego czasem myląco >>planem Sachsa-Balcerowicza<<. [...] Symbioza tych dwóch głównych agresorów, czyli elit polityczno-kapitałowych Niemiec i elit finansjery Wschodniego Wybrzeża USA była dla mnie dość długo paradoksalna. Była paradoksalna ze względu na fakt dominacji wśród finansjery Wschodniego Wybrzeża USA grup o żydowskim pochodzeniu narodowo-etnicznym. Jak twierdzą wszakże dwaj moi znajomi naukowcy, których uważam za największe mózgi przynajmniej w tej części Europy, przy tak strategicznej i historycznej w sensie skutków rozgrywce o nowy podział świata, przeszłość II wojny światowej schodzi w cień. Twierdzą oni, i to niezależnie od siebie, że dojdzie do podziału stref wpływów w Polsce. Grupy Wschodniego Wybrzeża USA zadowolą się prawdopodobnie półkolonialnymi wpływami na obszarach ziem polskich b. Generalnej Guberni."

(Wojciech Błasiak, "Ukryta wojna czyli rzecz o ekonomicznej agresji na Polskę", "TAK" nr 23(28 ) z 21 sierpnia 1992 r.)



<><><><>



dr Aleksander Jędraszczyk


"Agresja ekonomiczna, która ma obecnie miejsce w Polsce, jest robiona generalnie w interesie gospodarek zachodnich. Chodzi o wyeliminowanie tego, co konkurencyjne w naszej gospodarce, albo niedopuszczenie do tego, żeby tu powstało coś konkurencyjnego względem EWG. Cały ten proces agresji skoncentrowany jest na wschodnim wybrzeżu USA w postaci dwóch instytucji: Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. [...] Obecnie proces osłabiania polskiej gospodarki jest robiony w dobrze rozumianym interesie niemieckim. Chwilowo nikt nie ma interesu w tym, żeby Polska kwitła gospodarczo, bo w tej sytuacji będzie podatna na posłuszeństwo i serwilizm polityczny. [...] tę konwersję na uwłaszczenie dawnych elit przygotowywano na Wschodzie i Zachodzie, żeby stworzyć wrażenie, że tu będziemy mieć kapitalistę w postaci byłego ubeka i kogoś tam jeszcze. Ale za to, że mu dano tę szansę zagrabienia czegoś, to ma być posłuszny Zachodowi. Tak jak kiedyś [...] był posłuszny Moskwie. To są polscy oportuniści. Nie będę przy tym ukrywał, że część tych polskich oportunistów jest w rodowodzie często nie zawsze polskiej krwi."

(Adam Kraft, "Przewrót – czemu nie. Rozmowa z dr Aleksandrem Jędraszczykiem, ekspertem gospodarczym KPN", tygodnik "TAK", nr 29(34), 4 października 1992 r.)


<><><><>

uzupełnienie ― oszustwo ustrojowe


Ta osobliwa hybryda socjalizmu i kapitalizmu w PRL-bis nie może zadowolić nikogo, toteż nic dziwnego, że krytykowana jest z różnych stron, "z lewa" i "z prawa", i to nawet z TAKICH SAMYCH powodów ― m. in z powodu braku równych szans oraz z powodu wyzysku podatkowego obywatela przez państwo, który sprawia, że siła nabywcza płac jest NISKA, podobnie jak była w PRL (robocizna nadal stanowi KILKA, a nie KILKADZIESIĄT, procent cen towarów i usług). Na nic się zdaje NIEUSTANNE od 19 lat odmienianie przez wszystkie przypadki słów "przełom", "transformacja" i bliskoznacznych, podobnie jak od samego mieszania herbata nie staje się słodsza, jeśli nie wsypano do niej cukru. NADobfity sztafaż w warstwie SYMBOLICZNEJ (m. in. w nazewnictwie) ma tylko sprawić wrażenie, że wiele sie zmieniło. A zmieniło się głównie NA NIBY ― zgodnie z pomysłem, zawartym w liście Jerzego Urbana do Stanisława Kani z 3 stycznia 1981 r. Dalszym ciągiem (wg Urbana) miał być demokratyczny powrót komunistów do władzy ("komuno, wróć!"), wskutek zniechęcenia Polaków do TAKIEGO "kapitalizmu" i do TAKIEJ "wolności", co już KILKA RAZY w ciągu tych 19 lat komunistom się udało osiągnąć.


<><><><>


1988 Jacek Maziarski krytyk "chadecki" (a przynajmniej w "chadeckiej" gazecie)

"Myślę, że właśnie w sferze pracy i zatrudnienia najdłużej utrzymują się ― opłakanymi skutkami ― stalinowskie teorie zakładające pełną dowolność w kształtowaniu cen. Praw ekonomii nie da się jednak bezkarnie unieważniać i naginać do własnych życzeń. Praca też jest towarem i jak każdy towar ma swoją cenę (brzmi to nieelegancko, ale z punktu widzenia gospodarki tak to właśnie wygląda!). [...] Ludzie na ogół wiedzą, ile należy im się za robotę. Istnieje przecież wolny rynek pracy, na którym każdy może sprawdzić, jaka jest aktualna cena dniówki [...] Obecna polityka tworzy błędne koło: w imię równowagi rynkowej dusi się w dół płace, a w rezultacie spada produkcja, a skoro brakuje towarów i zagrożona jest równowaga, do fabryk znów posyła się polecenia ograniczenia wypłat. [...] Właściwą przyczyną braków rynkowych inflacji i innych plag wcale nie są nadmierne zarobki, ale złe proporcje gospodarcze. [...] Polska nadal wytrwale płynie pod prąd tendencji występujących w całej światowej gospodarce. Na świecie praca stale drożeje i tak być powinno ― drożejąca praca jest potężnym motorem postępu organizacyjno-technicznego, a rosnące zarobki poszerzają wewnętrzne rynki zbytu. U nas praca była i jest tania; jej udział w kosztach wytwarzania jest trzy-cztery razy niższy niż w innych państwach o podobnym zaawansowaniu cywilizacyjnym. Co gorsza, praca w Polsce nadal tanieje. W 1980 r. płace stanowiły 10,8% globalnych kosztów produkcji w przemyśle, w pięć lat później już tylko 9,5%."

(Jacek Maziarski, "Tania praca", "ŁAD", nr 5(174) z 31 stycznia 1988 r., str. 16)


<><><><>


1989 Jacek Maziarski


"[...] można się dowiedzieć, że udział płac w kosztach wytwarzania w Polsce wciąż się obniża i obecnie kształtuje się już na poziomie 9 procent. [...] w krajach, gdzie nie ma kryzysu, nawet i 30-procentowy udział prac nikogo nie zaskakuje, a i w przedwojennej Polsce (strach wspominać te lata okrutnego wyzysku!) płace stanowiły ok. 20 proc. kosztów wytwarzania."

(Jacek Maziarski, "Polnische Wirtschaft", "ŁAD" nr 20(241) z 14 maja 1989 r.; pogrubienia moje ― E.Q.V.)


<><><><>


1989 Andrzej Gwiazda krytyk lewicowy ("syndykalistyczny")


"Mamy więc paradoksalną sytuację ― ponad interesem społeczeństwa, które utrzymuje się w 95% z pracy najemnej[,] stawia się interes gospodarki. [...] w krajach współczesnego kapitalizmu, [...] pracownik otrzymuje w formie pensji 30-60% wartości wykonywanej pracy [...] zupełnie inaczej wygląda to w krajach >>realsocjalizmu<<, gdzie pracownik otrzymuje 3,5-11% wartości wykonanej pracy. Tak niesłychanie tania siła robocza stanowi zasadniczy hamulec rozwoju. Użycie maszyn, automatyzacja, wysiłki organizacyjne są ekonomicznie nieuzasadnione, gdyż zawsze bezpośrednia praca człowieka okazuje się tańsza. Niemożliwe jest zmuszenie przemysłu, by produkował na potrzeby społeczne, skoro dochody całego społeczeństwa wystarczają zaledwie na zakup 11% całej produkcji. Społeczeństwo nie jest więc dla gospodarki ekonomicznym partnerem."

(Wiesława Kwiatkowska, "Gwiazda, miałeś rację", ZP SOPOT, Gdynia 1990, str. 168/169; przedruk za: "Jak wrócić do normalności w gospodarce", "Poza Układem" nr 5-6 z 1989 r., str. 3.)


<><><><>


1990 Andrzej Gwiazda


"Gospodarka rynkowa polega na tym, że ceny na wszystko są ustalone w drodze wzajemnego, swobodnego docierania między nabywcą a sprzedawcą. Najważniejszą rzeczą, którą u nas propaganda bardzo precyzyjnie przemilcza, jest to, że rynek dotyczy nie tylko masła, chleba, butów i samochodów, ale również ceny robocizny. Że cena robocizny również podlega gospodarce rynkowej. [...] Mówi się, że ceny rynkowe muszą być większe dlatego, że państwo cofa dotacje. Ale skąd państwo miało na te dotacje? Pochodziły z tego, że państwo ingerując w profil produkcji z jednej zabierało, obciążając powiedzmy 30% podatkiem obrotowym, a drugiej dokładało, czyli jeśli wycofuje dotacje, musiałoby również przestać czerpać zyski z tej produkcji, która te dotacje finansowała, co musiałoby zaowocować gwałtownym spadkiem cen jednych produktów, a wzrostem innych, bilanse musiałyby się przy tym zrównać, spadek jednych cen musiałby być dokładnie taki jak wzrost cen wyrobów dotowanych. Obserwujemy zjawisko zdumiewające: państwo wycofuje dotacje, a ceny w s z y s t k i c h produktów rosną. Wzrost cen nie ma więc nic wspólnego z wycofaniem dotacji, jest to znów dążenie do obniżenia zdolności nabywczych społeczeństwa, obniżenie konsumpcji. Nie można mówić o rynku wtedy, kiedy płace są centralnie planowane. Wszyscy wiedzą, że przedsiębiorstwo nie może podnieść płac nie dlatego, że nie ma pieniędzy, tylko dlatego, że Mazowiecki obłożył podwyżki płac nieprawdopodobnie wysokim podatkiem. [...] takim, że dać podwyżkę płac i zapłacić ten podatek rzeczywiście przedsiębiorstwo nie może."

(Wiesława Kwiatkowska, "Gwiazda, miałeś rację", ZP SOPOT, Gdynia 1990, str. 87-88; druk rozstrzelony ― w oryginale).


<><><><>


1991 Rafał Ziemkiewicz krytyk prawicowy (liberalny)

"Paranoja [...] wyraża się w przekonaniu przeciętnego Polaka, że fundowany mu obecnie ustrój to kapitalizm. Ludzie tego pokroju, co obsada >>okrągłego stołu<<, tak zwykli robić; po wojnie też nie nazywano komunizmu komunizmem, tylko >>demokracją<<. I owa >>demokracja<< z czasów Bieruta miała z demokracją tyleż wspólnego, co kapitalizm Bieleckiego z kapitalizmem. [...] Szantażuje się Polaków, że nie ma innej drogi niż gospodarka wolnorynkowa ― co jest oczywiście prawdą ― i zarazem wpędza się ich w pułapkę gospodarki zetatyzowanej [...]. Zgodne z prawdą stwierdzenie, że muszą być biedni i bogaci, służy usprawiedliwianiu nadużyć i umacnianiu pozycji wybranych, >>równiejszych<< obywateli III RP. [...] Systemu [...] nie można nazwać kapitalizmem przede wszystkim dlatego, że kapitalizm zakłada równe szanse obywateli. [...] w kapitalizmie nędzarz może stać się bogaczem, a bogacz może zbankrutować i wylądować na bruku. Dopóki tak nie jest ― wolny rynek pozostaje fikcją, wolność iluzją, a rzekomy kapitalizm sposobem dalszego wyniszczania i okradania społeczeństwa. przez wąskie, uprzywilejowane grupy >>równiejszych<<. Przykładem jednym z bardzo wielu, ale może najlepszym, jest tzw. >>podatek obrotowy płatny na granicy, wprowadzony przez premiera Bieleckiego. Dlaczego podatku nie pobiera się normalnie, tylko w tak dziwaczny i skomplikowany sposób? Ano dlatego, że dzięki temu wydatnie podnosi się minimalny kapitał, jaki trzeba mieć, żeby prowadzić handel zagraniczny, najbardziej w tej chwili w Polsce dochodowy. Przy jednoczesnym trzymaniu łapy na systemie bankowym ― co wyklucza możliwość, by ktoś spoza układu mógł otrzymać kredyt ― daje to nowobogackiej elicie polskiego >>kapitalizmu<< całkowity spokój i ochronę przed jakąkolwiek konkurencją."

(Rafał A. Ziemkiewicz, "Kapitalizm dla ubogich!", "Najwyższy Czas!", nr 51/52(90/91) z 21/28 grudnia 1991 r., str. XI)


<><><><>


1992 Mirosław Dakowski & Jerzy Przystawa krytycy, nie deklarujący swego kierunku ideologicznego

"To co się dzieje w Polsce, nie jest naturalnym procesem, efektem pogrążenia gospodarki, dotąd sterowanej centralnie, w morze wolnego rynku, na którym do głosu dochodzą zarówno zdrowe procesy ekonomiczne jak i ułomności natury ludzkiej. Dostrzegamy bowiem mechanizmy, które zostały świadomie zaprogramowane, które z wolnym rynkiem i procesami ekonomicznymi niewiele mają wspólnego. Są to mechanizmy polityczne, związane z procesem przekazywania przez komunistów władzy w ręce ich solidarnościowych zmienników.".

(Jerzy Przystawa i Mirosław Dakowski, "Via bank i FOZZ. O rabunku finansów Polski", "Antyk" (Komorów 1992, str. 184).


<><><><>


1992 Mieczysław Prystupa krytyk (chyba) liberalny

"Podstawowym hamulcem płac w przedsiębiorstwach jest podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń ― pomysł Władysława Baki z 1982 roku. Podatek ów skutecznie blokuje płace, lecz jeszcze bardziej ― pośrednio ― wzrost potrzebnej produkcji. [...] w sprawach polityki płac w przedsiębiorstwach państwowych rząd Olszewskiego tkwi, jak na razie, w epoce balceryzmu. [...] należy, jak sądzę, [...] opodatkować dochody osobiste ludności proporcjonalnie do ich wielkości, co będzie przesłanką większego przyrostu produkcji niż wzrost płac; uzależnić w większym niż dotychczas stopniu płace dla kierownictw przedsiębiorstw państwowych od wielkości zysku; stworzy to zabezpieczenie przed minimalizacją zysku w przedsiębiorstwach państwowych i obniżaniem podatku dochodowego. Walka z inflacją prowadzona powinna być nie tyle przez ograniczanie popytu, ale głównie przez wymuszanie wzrostu produkcji rynkowej oraz zmianę jej struktury."

(Mieczysław Prystupa, "Jaka polityka płac. Uciec od balceryzmu", "Nowy Świat" z 28 kwietnia 1992 r.)

Podatek wiązany tu z nazwiskiem Władysława Baki pierwotnie nazywał sie "Podatkiem na Fundusz Atywizacji Zawodowej", zmiana nazwy PFAZ na PPWW ("Podatek od Ponadnormatywnego Wzrostu Wynagrodzeń") pochodzi z okresu "programu Balcerowicza". Poparcie dla podatku tzw. liniowego sytuuje Prystupę wśród krytyków liberalnych.


<><><><>


1992 Andrzej Gwiazda

"Co to za wolny rynek, gdy nie ma rynku płac, kapitałowego, cen. Absurdem jest, że podatki i stałe obciążenia stanowią 80 proc. ceny produktu. W Europie robocizna stanowi 30-40 proc. ceny produktu, u nas ― 3 proc., czyli tyle samo co za komuny. Polityka Balcerowicza odebrała gospodarce klienta krajowego przez działanie popiwku, zagranicznego ― przez niski kurs dolara."

(Andrzej Gwiazda, "Tylko bunt społeczny może zmienić Polskę", wywiad nieautoryzowany w "Gazecie Gdańskiej" z 1 czerwca 1992 r.)


<><><><>


1993 Henryk Grzesło krytyk (najprawdopodobniej) liberalny

Rzadko spotykana TAK MOCNA krytyka PSEUDOkapitalizmu w PRL-bis!

"Socjaliści spod znaku UD, KLD et consortes to nie głupcy i ignoranci tylko cyniczni łajdacy, którzy wszystkimi działaniami, a jeszcze bardziej zaniechaniami [...] dążą świadomie do zachowania status quo. [...] nie leży wcale w interesie Zachodu, by Polska stała się Tajwanem Europy, świadczącym o skuteczności liberalnych rozwiązań, które przeistoczą go z biernego, bezbronnego przedmiotu gry międzynarodowej polityki w jej pełnowartościowy podmiot, a ich wyborcom ukażą nicość socjalizmu. Polska ma pozostać, w najlepszym dla nas razie, republiką bananową, w najgorszym ― śmietniskiem Europy. Rządzące zaś w Polsce elity mają być tego gwarantem ― gratyfikacją za to: europejskość, władza, wpływy i pieniądze. Należy to wreszcie w końcu otwarcie powiedzieć! [...] Czyż nie jest doskonałym pomysł budowania socjalizmu i hiperetatyzmu połączony z wmawianiem społeczeństwu, że rządzą liberałowie. Dwie pieczenie na jednym ogniu! Socjalizm kwitnie, a kapitalizm wolnorynkowy jest obrzydzany i kompromitowany. Czymże innym jak misterną grą jest przedstawianie pani Suchockiej jako >>polskiej Małgorzaty Thatcher<<, kiedy jedyną ich cechą wspólną jest przynależność do tej samej płci. [...] Niech nikt mi nie wmawia, że pan Balcerowicz nie zna krzywej Laffera, a pan Rokita nie słyszał o prawie Parkinsona demaskującym pasożytniczość, pazerność i potworną kosztowność rozrastającej się biurokracji. [...] Elity polityczne będące przy władzy cynicznie, świadomie i zdradziecko, mając za oręż manipulację informacją i pospolite kłamstwo, dążą do zatrzymania naszego kraju w rozwoju na poziomie czwartego świata, za nic mając dobrobyt obywateli i polską rację stanu. [...] ich działanie ma bowiem wszelkie znamiona nie głupoty ― niestety, lecz zdrady żywotnych polskich interesów."

(Henryk Grzesło, "Głupcy czy zdrajcy?", "Najwyższy Czas!" nr 9 z 27 lutego 1993 r., str. V; wszystjkie wyróżnienia w tekście moje ― E.Q.V.)



<><><><>



1994 Rafał Ziemkiewicz

"[...] Przypomnijmy, że w rzekomo dzikim i nieludzkim kapitaliźmie dziewiętnastowiecznym przeciętny robotnik otrzymywał do 40 proc. wytworzonej przez siebie wartości. Obciążanie go kosztami rozmaitych świadczeń, przymusowych ubezpieczeń, >>bezpłatnej<< opieki lekarskiej etc. oraz koniecznością utrzymywania zbiurokratyzowanych struktur >>państwa opiekuńczego<< zredukowało ów zarobek do ― w obecnych państwach Europy Zachodniej ― ok. 8 proc., a w Polsce poniżej 5 proc. [...] Dobrą orientację w sytuacji kraju daje nam stopa redystrybucji, czyli to, jaka część dochodu narodowego zamiast w rękach obywateli znajduje się pod zarządem państwa. W USA jest to dziś ok. 20 proc., w krajach UE ok. 40 proc., w Szwecji ― 70 proc. W Polsce państwo konfiskuje obecnie około 80 proc. dochodów obywateli (wg danych oficjalnych, nie obejmujących tzw. szarej strefy). [...] Tu właśnie [...] leży klucz niesłychanego sukcesu azjatyckich tygrysów: przy daniu obywatelom pełnej swobody działalności gospodarczej [...] zredukowały one stopę redystrybucji poniżej 10 proc."

(Rafał Aleksander Ziemkiewicz, "Złudzenia, mrzonki, utopie...", "Gazeta Polska" nr 37(61) z 15 września 1994 r., str. 11.)


<><><><>

uzupełnienie ― wyścig po inwestyturę Moskwy


<><><><>


1981 I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ "S" jako zwolennik (!)

"No, bo jeśli w czasie zjazdu krajowego w uchwale programowej znalazło się, że >>`Solidarność' lepiej zabezpieczyć może interesy ZSRR niż skompromitowana PZPR<<[,] nie mogło to wynikać z oceny bieżącej sytuacji. Pomijam moralna dwuznaczność, a mówiąc prosto zwykłą zdradę, ale to się wydawało kompletnym absurdem. Związek był w pełnym biegu, składał się z samych prawie antykomunistów i miał zawierać umowy z Kremlem zabezpieczające jego interesy? A takie zapewnienie znalazło się w uchwale, zostało późną nocą podsunięte delegatom, było tak ważne, że poświęcono wiele wysiłku manipulacyjnego, żeby to przepchnąć, zaangażowano kupę ludzi, żeby nie dopuścić do dyskusji. Żeby zapobiec tej manipulacji[,] trzeba ich było z góry posądzić o zdradę, a tak, mogliśmy tylko złożyć votum separatum. Zatem plan, który jest realizowany obecnie, był już gotowy wtedy, bo z sytuacji nie wynikał, mógł wynikać jedynie z umów i dalekosiężnych planów."


(Wiesława Kwiatkowska, "Gwiazda, miałeś rację", ZP SOPOT, Gdynia 1990, str. 70-71)


<><><><>


1981 Jacek Kuroń jako zwolennik


Jacek Kuroń, obok Jana Józefa Lipskiego i Antoniego Macierewicza, udzielił wywiadu "Tygodnikowi Samorządność". Z wywiadów udzielonych przez tych trzech byłych wybitnych członków byłego KSS "KOR" wynika łącznie, że Jacek Kuroń był wtedy zwolennikiem "dogadywania się" i to już nie z "liberalną" frakcją w PZPR, ale bezpośrednio z Kremlem, kosztem i ponad głowami polskiej kompartii. Opowiadając się za tą ideą J. Kuroń odżegnał się jednak od swojego udziału w jej realizowaniu:

"Uważam, że czas powiedzieć: nie PZPR jest gwarantem sojuszu. I ja to mówię. Tylko istnieje taki sposób czytania, że skoro ja to mówię, to ja chcę się dogadywać. To jest oczywiste nieporozumienie. Nawet, jeśli można by się z nimi dogadać, to musieliby to być ludzie, którzy są dla nich do przyjęcia. Ja jestem ostatnim, który mógłby to zrobić. [...] Nawet gdybym chciał... A nie chcę."

(Ewa Górska, "Żeby dać świadectwo prawdzie [...]", "Tygodnik Samorządność", nr 3(179) z 14 grudnia 1981 r., str. 8 i 10.)



<><><><>



1981 Antoni Macierewicz jako krytyk

Red. Górska pytając na ten sam temat Antoniego Macierewicza cytuje jego własne wcześniej wydrukowane słowa:

"Koncepcja sformułowana przez J. Kuronia i podjęta w Sejmie przez R. Reiffa nasuwa obawy, iż jej skutki znaczyć będą powrót do smutnych czasów z końca XVIII w., kiedy to poszczególne koterie polityczne ubiegały się w rosyjskiej ambasadzie o mandat sprawowania władzy w Polsce."

(Ewa Górska, "Realia i radykalizm [...]", tamże, str. 10.)


W/w Ryszard Reiff to ówczesny lider Stowarzyszenia PAX (w tej roli ― następca założyciela tej organizacji, Bolesława Piaseckiego), zarazem poseł na Sejm PRL i członek Rady Państwa.



<><><><>



1982 Jacek Kuroń jako zwolennik rewolty i... kompromisu



"W czasie kilkunastu tygodni ― może trochę wcześniej, może trochę później ― pierwszy, drugi czy trzeci lokalny incydent przekształci się w ogólnopolskie rozruchy. Władza okupacyjna najprawdopodobniej zostanie obalona, ale z możliwie największymi społecznymi kosztami i największym zagrożeniem zbrojnej interwencji ZSRR. Dlatego kierownictwo ruchu oporu musi jednocześnie przygotowywać społeczeństwo polskie do nawet najdalej idących ustępstw w kompromisie z władzą i do zlikwidowania okupacji w zbiorowym, zorganizowanym wystąpieniu. Sądzę, że wystąpienie takie może polegać na równoczesnym uderzeniu na wszystkie ośrodki władzy i informacji w całym kraju. [...] trzeba już dziś robić wszystko, co można, aby uświadomić kierownictwu ZSRR, że przy odrobinie dobrej woli z ich strony porozumienie narodowe Polaków ― nawet bez udziału obecnych władz PRL ― nie naruszy ich militarnych interesów, a dla ekonomicznych będzie niezwykle korzystne. [...] Przez wiele lat swojej opozycyjnej działalności głosiłem zasadę unikania wszelkiej przemocy. Poczuwam się więc do obowiązku zabrania głosu, aby oświadczyć, że obecnie przygotowywanie obalenia okupacji w zbiorowym wystąpieniu uważam za zło najmniejsze."

(Jacek Kuroń, "Tezy o wyjściu z sytuacji bez wyjścia", "Tygodnik Mazowsze" nr 8 z 31 marca 1982 r.)

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Jak widać, Kuroń zadeklarował zmianę swojego poglądu na ewentualne stosowanie przemocy przeciwko PRL-owskiemu reżymowi, natomiast w roli "idée fixe" Jacka Kuronia pozostała intencja szukania modus vivendi z moskiewską metropolią. Później, replikując na polemiczne wobec niego wypowiedzi znanych działaczy podziemia (Kuroń był wtedy internowany w Białołęce), dopowiedział:


"Nie możecie budować programu na nadziei, że generałowie i sekretarze dobrowolnie zgodzą się na kompromis. Trzeba przyjąć założenie, że przemoc ustępuje tylko wobec przemocy, i zapowiedzieć wyraźnie, że ruch nie cofnie się przed użyciem siły. [...] Zapowiadane wystąpienie może oczywiście polegać na strajku generalnym ― aż do skutku. [...] Jeśli [...] nie zapewnimy sobie współdziałania zdecydowanej większości żołnierzy i milicjantów, to strajk należało by połączyć z uderzeniem na wybrane ośrodki władzy i informacji [...] Można też zapowiedzieć, że uderzenie takie nastąpi, jeśli strajkujące załogi zostaną zaatakowane."


(Jacek Kuroń, "Macie teraz złoty róg. List otwarty do Zbigniewa Bujaka, Wiktora Kulerskiego i innych działaczy ruchu oporu", "Tygodnik Mazowsze" nr 13 z 15 maja 1982 r., wyróżnienia moje ― E.Q.V.)



<><><><>



1983 Antoni Macierewicz jako krytyk



Zdecydowanie takiemu graniu losem Polski w wewnętrznych rozgrywkach pomiędzy Czerwonymi sprzeciwiło się (w rok później) środowisko Antoniego Macierewicza:

"Polska myśl polityczna ma od dawna to do siebie, że czuje się w obowiązku posiadanie jakiejś >>orientacji<<, czyli programu oparcia polskich wysiłków narodowych na jakiejś zewnętrznej sile. Przed 1918 rokiem było to nawet dosyć łatwe: zaborców było trzech i ― stosownie do tego ― istniały w polityce polskiej trzy orientacje: rosyjska, niemiecka i austriacka. Po Jałcie zaborca był jeden, a zaboru dokonał za wiedzą i zgodą Potęg Sprzymierzonych. Mimo to Mikołajczyk do wyborów 1947 roku kierował się >>orientacją anglosaską<<. Po tej dacie orientowanie się na Anglosasów stało się znacznie utrudnione, a los Mikołajczyka zaświadczył o małej skuteczności takich zabiegów. Ponieważ jednak jakąś >>orientację<< poważny polityk polski mieć powinien, pojawiła się, ze znacznym nasileniem w końcu lat siedemdziesiątych, >>orientacja moskiewska<<, program reformowania ustroju w Polsce w oparciu o Sowiety, ich przyzwolenie i zgodę. Rzecz w tym jednak, że program reformowania ustroju dzięki poparciu Kremla skutecznie od lat blisko czterdziestu realizuje PZPR, więc w naszych warunkach >>orientacja moskiewska<< sprowadza się do prób wyślizgania tej organizacji z roli funkcji namiestniczych. Wyślizgiwanie za pomocą perswazji oznacza przekonanie Kremla, że PZPR nie sprawdza się w powierzonej jej roli; wyślizgiwanie za pomocą siły to pomysł groźniejszy: polega na stwarzaniu przez praktyczną działalność polityczną takich sytuacji, w których PZPR rzeczywiście się nie sprawdza, co jeszcze nie jest niczym złym. Liczy się przy tym na to, że Moskwa nie chcąc lub nie mogąc interweniować zgodzi się na przekazanie władzy w niekomunistyczne, ale mniej pewne ręce. Elementy takiego pomysłu zawierał opublikowany już po 13 grudnia w prasie podziemnej tekst, który zalecał Polakom uderzenie siłą w centra władzy przy jednoczesnym sformułowaniu programu i ekipy kompromisowo nastawionej wobec ZSRR, która dzięki mobilizacji, poparciu społecznemu i zgodzie Moskwy przejmie z rąk PZPR i WRON-y władzę nad krajem. Podsumowując może nieco brutalnie: >>orientacja moskiewska<< to program stworzenia nowej, niemarksistowskiej, autentycznie i szczerze polskiej Targowicy. >>Orientacja moskiewska<< rozkwitła w polskiej publicystyce niezależnej w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, ale jej początki są daleko wcześniejsze. W tej dziedzinie należy uznać i docenić prekursorską rolę Bolesława Piaseckiego. Stworzona przez niego organizacja PAX miała być niemarksistowską, katolicko-postępową, alternatywną wobec PZPR bazą rządów radzieckich w Polsce. Najpełniej, najuczciwiej i najjaśniej przedstawił >>orientację moskiewską<< Stefan Kisielewski w serii artykułów publikowanych po dziś dzień w rozpoczętej przed ośmiu bodaj laty. Kisielewski pisze wprost: z Moskwą nie możemy się bić, należy przeto z nią rozmawiać, przekonać, że Polską nie da się rządzić za pomocą partii marksistowskiej, a więc namiestnictwo należy przekazać w ręce niekomunistycznych, ale przyjaźnie wobec Rosji nastawionych środowisk szczerze polskich. Kisiel ma taką naturę, że wiele mu wolno. Jest zresztą poważnym i wysokiej klasy publicystą politycznym, ale nie pretenduje do roli wpływającego na losy narodu polityka. >>Orientację moskiewską<< próbowali realizować jednak ludzie, którzy, z małym na szczęście powodzeniem, do takich ról aspirowali. W 1981 roku nie tylko Kania, Jaruzelski, Siwak jeździli do Moskwy. Jeździł tam też, i co dziwniejsze, publicznie w mowie i piśmie tym się chwalił, Stefan Bratkowski. Częścią jego zabiegów był tak zwany >>list 35<<, w którym przekonywano Sowiety, że PZPR nie powinna mieć monopolu na urzędowe wdrażanie przyjaznych uczuć wobec ZSRR, bo przyjazne, a w każdym razie limitowane poczuciem realizmu politycznego uczucia do imperium żywi większość czynnego politycznie społeczeństwa polskiego. Trzeba powiedzieć jasno, że w tej sprawie nie powinno być najmniejszych wątpliwości: >>orientacja moskiewska<< musi być z polskiego myślenia i działania wykreślona. Przemawiają za tym wszelkie możliwe powody: moralne, narodowe, polityczne."

(Zespół "Głosu", "Chrześcijaństwo i geopolityka", "Głos", nr 2(43), maj-czerwiec 1983 r., str. 23.)

W powyższym przytoczeniu zostały odmiennym kolorem wyróżnione niektóre fragmenty. Trzeci spośród nich niewątpliwie odnosi się do apelu Jacka Kuronia cytowanego wyżej.

Zdaniem Zespołu "Głosu" jedyną dopuszczalną powinna być orientacja polska:

"Skoro odrzuca się >>orientację moskiewską<<, to czy można zarysować inne, realne rozwiązanie >>kwestii radzieckiej<<? Nazwijmy je >>orientacją polską<<. Zwiększenia niezależności Polski od ZSRR nie uzyska się drogą rozmów, konkurencji z PZPR czy WRON-ą, zabiegania o łaski Kremla. Wzrost niezależności Polski można uzyskać jedynie drogą faktów dokonanych, przez podejmowanie decyzji o najistotniejszych dla kraju sprawach niezależnie od woli Kremla."

(Zespół "Głosu", "Chrześcijaństwo i geopolityka", "Głos", nr 2(43), maj-czerwiec 1983 r., str. 24.)

Antoni Macierewicz i jego współpracownicy odrzucali koncepcję rywalizowania z komunistami o inwestyturę udzielaną przez Kreml, nie zamierzali (przynajmniej w swych deklaracjach) przelicytować polskich komunistów w zabieganiu o względy Sowietów ani (w szczególności) zastępować PZPR w roli siły pełniącej rolę namiestnika centrum imperium sowieckiego we władaniu Polską.



<><><><>



1984 Andrzej Zwaniecki jako "opisywacz"


"Należy jednak postawić pytanie, czy nie istniała możliwość sprowokowania takiej sytuacji, w której aparat stałby się neutralny wobec żądań społecznych lub zaczął się z nimi częściowo utożsamiać. Myślę, że taka szansa była i została nawet wyartykułowana ― przed Sierpniem przez Stefana Kisielewskiego [w przypisie: odwołanie do niezależnego nieregularnego kwartalnika "Res Publica" nr 1 z 1979 r. i nr 7 1980 r.; w tym drugim wypadku odnośne sformułowanie brzmi: "...wynegocjować u Rosji zgodę na przemiany polityczno-ustrojowe (granicę ich wyznaczą realia sytuacji gospodarczej i psychologicznej) za cenę szerszego akceptowania trwającej stabilizacji geopolitycznej..." ― uwaga E.Q.V.], a później przez Jacka Kuronia. Proponowali mianowicie podjęcie próby porozumienia z Moskwą ponad głowami rządzącej ekipy. [...] sądzić można, że Kuroń myślał o uzyskaniu od Moskwy zgody na wprowadzenie w Polsce samorządowej demokracji i quasi-pluralistycznej ekipy rządzącej. [...] Sądzę, że zneutralizowałoby to przynajmniej część aparatu zwalczającego >>Solidarność<<, zaś z drugiej strony, poszerzyło grono zwolenników struktur poziomych jako najbardziej obiecującej platformy koegzystencji tak różnych sił politycznych, jak Moskwa, aparat i >>Solidarność". Z wywiadu udzielonego podziemnemu czasopismu CDN (nr 47/83) przez Lecha Wałęsę wynika, że Moskwa gotowa była nawiązać wstępny kontakt z >>Solidarnością<<". ["Według późniejszego dementi Wałęsy, był to wywiad nie autoryzowany" ― przyp. redakcji "Aneksu".]

(Andrzej Zwaniecki, "Kto wywołał tę wojnę?", "Aneks", nr 33/1984, str. 122)



<><><><>



2002 Krzysztof Wyszkowski jako krytyk

"Działania kuroniady w >>Solidarności<<, prowadzone przy wykorzystaniu Bujaka i Frasyniuka jako >>robotniczej gęby<<, Jeżeli ktoś z działaczy >>Solidarności<< swoim zachowaniem wpłynął na wprowadzenie stanu wojennego, to właśnie kuroniada. Podczas posiedzenia Komisji Krajowej Tadeusz Mazowiecki nazwał działania kuroniady w >>Solidarności<< (prowadzone za pomocą Zbigniewa Bujaka i Władysława Frasyniuka jako >>robotniczej gęby<<) niedopuszczalnym stosowaniem metody szantażu moralnego. Chodziło o stałe ekstremizowanie w celu osłabienia pozycji Wałęsy i wzmocnienia roli kuroniady. Pomysł Kuronia utworzenia rządu pod jego kierownictwem w grudniu 1981 roku to nie tylko jeszcze jeden przykład opętania żądzą władzy, ale i cicha podstawa zależności od Jaruzelskiego i Kiszczaka."

(Krzysztof Wyszkowski, "Kuroniada, opozycja i utrwalanie postsowietyzmu. List otwarty do Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej", "Głos", nr 24(934) z 15 czerwca 2002 r., str. 11.)


<><><><>

 

uzupełnienie ― o eurokomuniźmie

Nowa lewica na Wschodzie i Zachodzie kontynentu miały wspólnie działać, jakoby przeciwko hegemonii dwóch supermocarstw nad Starym Kontynentem ― naprawdę zaś przeciwko obecności Amerykanów w Europie Zachodniej, i doprowadzić do jego zjednoczenia pod swoim (tj. lewicowym, a więc ― moskiewskim) sztandarem:


<><><><>


1977 Adam Michnik


"Po XX Zjeździe KPZR rozpoczął się ― tezą Togliattiego o policentryźmie ― proces destalinizacji i desatelizacji w międzynarodowym ruchu komunistycznym. Zjawisko >>eurokomunizmu<< jest fazą tego procesu. Odrzucam >>spiskową<< teorię historii, która głosi, iż jest to wynik tajemnych planów Kremla. Jest ona równie absurdalna jak teza, że ruch opozycyjny w Europie Wschodniej jest dziełem schizofreników bądź imperialistycznych służb wywiadowczych. [...] Pytanie zasadnicze: kto na Zachodzie jest sojusznikiem ludzi walczących w Europie Wschodniej o prawa człowieka? Na ocenę Cartera jeszcze za wcześnie, ale ― moim zdaniem ― nie jest tym sojusznikiem polityka amerykańska w swoim wariancie kissingerowsko-sommenfeldtowskim [poprawnie: sonnenfeldowskim ― dopowiedzenie E.Q.V.]. Tę politykę ― przepraszam za niemodne sformułowanie ― uważam za cyniczną i imperialistyczną. Jej istotą jest dążenie do utrwalenia podziału świata między supermocarstwa, do stabilizacji status quo w Europie Wschodniej i Europie Zachodniej. [...] Doktryna Sonnenfeldta, której fundamentalnym założeniem było zamrożenie status quo, [chodzi o doktrynę, wypracowaną przez dwóch polityków amerykańskich: Helmuta Sonnenfelda i Henry'ego Kissingera w latach 70. ubiegłego wieku, zakładającą celowość podtrzymywania podziału świata, a przynajmniej Europy, na strefy wpływów Stanów Zjednoczonych i Związku Sowieckiego ― dopowiedzenie E.Q.V.] spotkała się z jednoznaczną krytyką zachodniej lewicy i wschodnioeuropejskich >>dysydentów<<. Niestety, obie strony nie do końca zdawały i zdają sobie sprawę z wspólnoty swych interesów. Dlatego trzeba tę wspólnotę tłumaczyć jednym i drugim. Akcja dysydentów w Europie Wschodniej potrzebna jest lewicy ― także eurokomunistycznej ― tylko bowiem przez przezwyciężenie Świętego Przymierza supermocarstw możliwa jest realizacja projektu >>socjalizmu w wolności<< na terenie Europy Zachodniej. Akcja lewicy zachodniej jest nam potrzebna, jest ona bowiem czynnikiem destabilizującym Święte Przymierze, jest tym, czynnikiem presji na rządy, który może przeobrazić détente w autentyczne odprężenie oparte na respektowaniu praw człowieka w całej Europie. Myślę przeto, że to lewica jest naszym sojusznikiem."

(Gustaw Herling-Grudziński i Adam Michnik, "Dwugłos o eurokomunizmie", w: S. Carillo, G. Herling-Grudziński, K. S. Karol, H. Kissinger, B. Kreisky, L. Kołakowski, A. Michnik, L. moczulski, "Eurokomunizm", Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1977, str. 41 i 44)

Znamienne, że rozmowa Michnika z Herling-Grudzińskim odbyła się 7 marca 1977 r. a więc zaledwie parę dni po madryckim spotkaniu w dniach 2 i 3 marca 1977 r., w którym uczestniczyli przywódcy trzech partii komunistycznych: Enrico Berlinguer z Włoch, Georges Marchais z Francji i Santiago Carillo z Hiszpanii, co stanowiło jedno z wydarzeń w tym nurcie ruchu komunistycznego, który wtedy właśnie nazywano "eurokomunizmem" (wielce przyczynił się do tego Santiago Carillo poprzez tytuł swojej książki "El eurocomunismo y el estado" = "Eurokomunizm i państwo"), polegającym m.in. na zbliżeniu partii komunistycznych na Zachodzie do tamtejszych partii socjaldemokratycznych, które swego czasu Józef Stalin zdyskredytował był epitetem "socjalfaszyści" (ale jeszcze wcześniej tenże Stalin wykorzystywał był je do montowania w różnych krajach tzw. "frontów ludowych", mających jednoczyć partie komunistyczne i socjaldemokratyczne). To samo środowisko wykazało podobnie szybki refleks w (niemal dokładnie) 8 lat później, kiedy to w "Tygodniku Mazowsze" z 14 marca 1985 r. ukazał się artykuł "Jałta ― i co teraz?" Jacka Kuronia, wyrażający nadzieję na odmianę w zaledwie parę dni po tym, jak nowym gensekiem sowieckim został Michaił Gorbaczow (opisałem to powyżej: "Jacek Kuroń przewidująco docenia Gorbaczowa").


<><><><>


1977 Leszek Moczulski

Zwięźle, ale PRZEWIDUJĄCO przedstawił znaczenie eurokomunizmu długoletni (= co najmniej w latach 1954-76) publicysta PZPR, Leszek Moczulski:

"Jest tylko jedna sytuacja szczególna, w której eurokomunizm ponownie miałby szansę w Europie Wschodniej. Tę sytuację stworzyć może zakończona powodzeniem rewolucja demokratyczna w ZSRR. Oczywiście, gdyby Związek Radziecki stał się rzeczywiście demokratycznym, opartym o zasady pluralizmu państwem, to nawet przy utrzymywaniu w stanie zależności krajów socjalistycznych ― możliwe byłyby identyczne czy podobne przeobrażenia w państwach obozu. Otwarłoby to drogę do eurokomunizmu."

(Leszek Moczulski, "Spojrzenie z boku", w: S. Carillo, G. Herling-Grudziński, K. S. Karol, H. Kissinger, B. Kreisky, L. Kołakowski, A. Michnik, L. Moczulski, "Eurokomunizm", Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1977, str. 35.)

Sytuacja opisana w tej wypowiedzi Moczulskiego odpowiada rokowi 1990.


<><><><>


1984 Anatolij Golicyn

"Przychylność Zachodu dla nowej liberalizacji stworzy korzystne warunki dla osiągnięcia zamierzeń strategii sowieckiej w Stanach Zjednoczonych, a nawet w Japonii. [...] Eurokomunizm mógłby zostać przywrócony. Powstałby silniejsza presja, aby partie komunistyczne, socjalistyczne oraz związki zawodowe tworzyły wspólne fronty narodowe i międzynarodowe. [...] Francja i Włochy pod rządami koalicyjnymi przyłączyłyby się do sojuszu z Niemcami i Związkiem Sowieckim, natomiast Wielka Brytania stanęłaby przed wyborem pomiędzy neutralną Europą a Stanami Zjednoczonymi. Istnieje małe prawdopodobieństwo, aby NATO mogło w tej sytuacji przetrwać. Czesi wraz z Rumunią i Jugosławią wystąpią z propozycją rozwiązania Układu Warszawskiego w zamian na rozwiązanie NATO [...], co niechybnie oznaczałoby wycofanie wojsk amerykańskich i bliższy sojusz Europy ze >>zliberalizowanym<< blokiem komunistycznym. [...] Starań Jugosławii i Rumunii aby stworzyć silniejsze związki ze Wspólnotą Europejską, nie należy widzieć jako sprzeczne z interesami sowieckimi, ale jako pierwsze kroki w kierunku zjednoczenia Wspólnoty Europejskiej z RWPG. [...] >>Europa od Atlantyku do Uralu<< byłaby Europą neutralną i socjalistyczną. Stany Zjednoczone, zdradzone przez swoich byłych sojuszników, schroniłyby się do >>Fortecy Amerykańskiej<<."

(Anatolij Golicyn /podpułkownik KGB, który w 1961 r. zdezerterował na Zachód/, "Strategia kontynentalna", /fragment jego książki pt. "Nowe kłamstwa w miejsce starych", pochodzącej z 1984 r./, "Głos", nr 3(809) z 22 stycznia 2000 r. str. 6)

"Europa od Atlantyku do Uralu" to pamiętne hasło gen. Charlesa de Gaulle'a jako prezydenta Francji, który w ten sposób chciał zaznaczyć, że Francja będzie bardziej zainteresowana kontaktami ze wszystkimi państwami Europy (nie wykluczając obozu komunistycznego), niż więziami sojuszniczymi z USA.


<><><><>


2000 Władimir Bukowskij

"Pomysł polegał na tym, by oprzeć się mocno na partnerach w Europie ― socjalistach i socjaldemokratach, w celu zapobieżenia zbytniej niezależności krajów Europy Wschodniej i dawnych republik wschodnich i ich zbaczania ku kapitalizmowi. Wielka idea détente była zbudowana na kooperacji komunistów na wschodzie i socjalistów na zachodzie. W latach 80-ych to była główna idea oparta na założeniu, że socjaliści dojdą do władzy w Europie Zachodniej a komuniści na wschodzie w jakiś sposób zmodyfikują swoją politykę [...] Europa Zachodnia podążała dalej szlakiem tego projektu ― stworzenia wspólnego domu europejskiego. Tak więc idea wspólnej Europy nie była początkowo ideą socjalistyczną, ale jest zbudowana wokół socjalistycznej koncepcji nie pochodzącego z wyboru rządu komisarzy siedzących w Brukseli. "

(Władimir Bukowski /wybitny rosyjski krytyk sowietyzmu, a potem więzień polityczny, następnie ― aż do teraz ― emigrant /, "Porozumienie międzynarodówek" /zapis fragmentu ścieżki dźwiękowej autobiograficznego filmu Władimira Bukowskiego, nadanego przez Telewizję Polską 6 stycznia 2000 r./, "Głos", nr 3(809) z 22 stycznia 2000 r. str. 6)


<><><><>


_________________
facet wyznający dewizę Karoliny Północnej: Esse Quam Videri

 

Powrót do góry

  

 Esse Quam Videri
Bywalec Forum
 

Dołączył: 13 Sty 2008
Posty: 31
Skąd: Tczew

 Wysłany: Pią Kwi 18, 2008 3:01 am    Temat postu: uzupełnienie &#8213; Komisje Robotnicze czy WZZ?

 

 

uzupełnienie ― Komisje Robotnicze czy WZZ?


<><><><>


1977 Adam Michnik

"[...] Wreszcie doświadczenie hiszpańskie. Przecież to doskonały i zasługujący na szczegółowe studium model walki z totalitarną dyktaturą. Model ewolucyjnego wychodzenia z tej dyktatury ku formom demokratycznym. Hiszpański eurokomunizm może być dla ludzi lewicy z Europy Wschodniej ważną lekcją budowania wspólnego frontu z inaczej myślącymi, lekcją otwartości i lojalnego współdziałania z Kościołem Katolickim, lekcją ― wreszcie ― budowania niezależnego ruchu robotniczego w warunkach totalitarnej opresji. Myślę tu oczywiście o słynnych >>komisjach robotniczych<<, niezrównanym instrumencie walki o robotnicze prawa i interesy. Do implementacji w Europie Wschodniej nadaje się zresztą zasadniczy zrąb programu deklarowanego przez eurokomunistów. [...] Niczego innego nie pragnę dla Polski."

(Gustaw Herling-Grudziński i Adam Michnik, "Dwugłos o eurokomunizmie", w: S. Carillo, G. Herling-Grudziński, K. S. Karol, H. Kissinger, B. Kreisky, L. Kołakowski, A. Michnik, L. Moczulski, "Eurokomunizm", Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1977, str. 45)


<><><><>


1977 dwutygodnik "Robotnik"

"Celem, jaki stawia sobie >>Robotnik<< jest [...] popieranie niezależnych przedstawicielstw robotniczych, które powinny zastąpić martwe instytucje Związków Zawodowych."

(nie zatytułowana deklaracja programowa, "Robotnik" nr 1 z września 1977 r., str. 1)


<><><><>


1980 Komitet Samoobrony Społecznej "KOR"

"W styczniu 1980 r. z pracy w Stoczni Gdańskiej wyrzucono Annę Walentynowicz i Andrzeja Kołodzieja, w >>Elektromontażu<< wyrzucono ponad 20 pracowników, a zapowiadano wyrzucenie ponad 100 dalszych (z 500-osobowej załogi). To tam 23 stycznia 1980 r. powstała Komisja Robotnicza z Lechem Wałęsą, Sylwestrem Niezgodą i Teofilem Koszałkiem w swoim składzie; KR zwołała wiec na 31 stycznia, a już w tydzień później KSS >>KOR<< wydał oświadczenie dotyczące utworzenia tej Komisji; pod swoim oświadczeniem KR zebrała w >>Elektromontażu<< 168 podpisów."

("Oświadczenie KSS->>KOR<< z dn. 30 stycznia 1980 r.", "Komunikat KSS >>KOR<<" nr 35 /datowany 31 grudnia 1979 r./, str. XIV.)


<><><><>


1980 Jacek Kuroń


"Mamy obowiązek działać w taki sposób, by załogi organizowały się w niezależne od władz instytucje: Komisje Robotnicze, Wolne Związki Zawodowe, czy też jak zapewne zrobią to w najbliższych dniach kolejarze lubelscy — aby opanowywały one państwowe Związki Zawodowe poprzez wybory do Rad Zakładowych."

(Jacek Kuroń, "Ostry zakręt", "Biuletyn Informacyjny" nr specjalny 5(309), lipiec 1980 r., str. 9).


<><><><>


1980 dwutygodnik "Robotnik"


"Przede wszystkim trzeba zmusić władze do nadania statusu prawnego niezależnym przedstawicielstwom robotniczym, które powstały i powstają w zakładach pracy podczas obecnych strajków. Takie komisje robotnicze oraz własne, wybierane obecnie rady zakładowe mogłyby być pierwszym etapem do stworzenia w przyszłości wolnych związków zawodowych."

(materiał nie podpisany, "Czego żądać", "Robotnik" nr 59 z 15 sierpnia 1980 r., str. 1)

Jeszcze wtedy ― w Sierpniu! ― preferowano w tym środowisku komisje robotnicze, odsuwając postulat uznania przez PRL wolnych związków zawodowych w dalszą przyszłość...

<><><><>


1986 Bogdan Borusewicz (jedyny członek KSS "KOR" na Wybrzeżu)

"Wałęsa jeszcze w marcu usiłował wywołać strajk w Elektromontażu, ale, jak mówiłem, w tej grupie był agent i bezpieka znała wszystkie ich zamiary. […] Nazwa >>Komisje Zakładowe<< była, jak się zdaje, moim pomysłem. Chodziło o nawiązanie do doświadczeń hiszpańskiej lewicy ― po to, aby w przypadku starcia ustawić się lepiej propagandowo."

(">>Potrzebna jest wytrwałość<< Wywiad z Bogdanem Borusewiczem", rozmowa datowana w grudniu 1986 r., "Przegląd Polityczny" nr 9, str. 45 i 48 )

Przy okazji: ciekawe, KOGO miał ― jako agenta ― na myśli Borusewicz udzielając powyższej wypowiedzi? Czy tego, którego Wyszkowski zdemaskował jeszcze w czasach przedsierpniowych (i opisano ten przypadek w "Robotniku Wybrzeża", pisma WZZ), czy innego, który sam się przyznał, wyznanie zostało nagrane, a o Borusewiczu powiadano (wtedy), że dysponował kasetą magnetofonową z tym nagraniem?

<><><><>


1988 Andrzej Kołodziej (działacz ― kolejno ― WZZ, "S" i SW)

"W tym czasie realizowaliśmy koncepcję Borusewicza utworzenia Rady Robotniczej na wzór rad hiszpańskich z okresu dyktatury Franco. Wybraliśmy >>Elektromontaż<<, gdzie pracował Wałęsa. Ośmiu ludzi przymierzało się tam do utworzenia tej rady, ale wszyscy, włącznie z Wałęsą[,] zostali w styczniu aresztowani i zwolnieni z pracy."

(Alfred Znamierowski, "Zaciskanie pięści. Rzecz o >>Solidarności Walczącej<<", Éditions Spotkania, Paryż 1988, str. 33.)

Andrzej Kołodziej (zwłaszcza w okresie, kiedy działał jeszcze w WZZ przed Sierpniem, niekoniecznie zaś wtedy, gdy w niespełna 10 lat później był jednym z czołowych działaczy Solidarności Walczącej, a zarazem odznaczał się wówczas krytycyzmem wobec Bogdana Borusewicza i całej lewicy "korowskiej", o czym zresztą jest mowa w cytowanej książce) być może wierzył, że komisje robotnicze to pomysł Borusewicza, ale czyżby Borusewicz w kilka lat po Sierpniu podzielał tę wiarę?... Habent sua fata verba.

<><><><>


2002 Krzysztof Wyszkowski (główny założyciel WZZ na Wybrzeżu Gdańskim)


"Kuroniada udzieliła początkowo Wolnym Związkom Zawodowym Wybrzeża poparcia jako narzędzia w próbach przejęcia katowickiego WZZ, założonego podobno pod wpływem Moczulskiego. Kazimierz Świtoń miał zostać zdominowany przez ludzi urobionych przez kuroniadę, a oba komitety WZZ miały zapewnić temu środowisku dominację w kręgach robotniczych. Jednak manewr nie powiódł się i Kuroń zrezygnował z WZZ. Twierdził, że robotnicy zostali skutecznie i ostatecznie skorumpowani przez system, czego dowodzić miała utrata kontaktów kuroniady z robotnikami Ursusa i Radomia, którym KOR pomagał finansowo. Robotniczą nieufność do >>potomstwa partyjnych notabli<< Kuroń ― z właściwą sobie znajomością polskiej klasy robotniczej ― uznał za wierność komunizmowi. Zamiast WZZ propagował komisje robotnicze, czyli grupki pracowników tego samego zakładu, co było koncepcją całkowicie błędną. Jan Lityński wymusił na mnie usunięcie z deklaracji założycielskiej WZZ zdania o powołaniu pisma >>Solidarność<<. Następnie, zgodnie z zasadą centralizmu demokratycznego, wmówiono tytuł: >>Robotnik Wybrzeża<< (hasło >>Solidarność<< udało mi się umieścić dopiero jako tytuł dodatkowy >>Strajkowego Biuletynu Informacyjnego<< wydawanego w Stoczni Gdańskiej). Na rok przed Sierpniem`80 kuroniada doprowadziła do odrzucenia przygotowanego przez WZZ Wybrzeża dojrzałego programu związkowego i ogłoszenia prymitywnej, >>ciasnej, ale własnej<< Karty Robotniczej [właśc.: "Karty Praw Robotniczych" ― E.Q.V.]. Kuroniada tak długo przeciwdziałała powołaniu WZZ w Szczecinie, aż bracia Witkowscy spóźnili się z jego założeniem i strajk sierpniowy zdominowali ludzie w rodzaju Mariana Jurczyka (Wymaga dopiero wyjaśnienia, dlaczego zamiast WZZ powołano tam właśnie postulowane przez Kuronia komisje robotnicze. W każdym razie mówiono tam sobie per >>towarzysze<< i zakończono strajk wbrew umowie z Gdańskiem). Gdy Kuroń 2 września 1980 r. przyjechał do Gdańska, pamiętał jeszcze to swoje stanowisko i rozumiał, że musi się do niego odnieść. Rozłożył ramiona i krzyknął: ― Krzysiu, przepraszam, pomyliłem się! Wieczorem zabrał się do snucia nowych, zabójczych intryg. Spisek w celu przechwycenia kierownictwa rodzącego się ruchu zakładał: a) wymuszenie na Wałęsie nominacji dla Kuronia jako doradcy Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego w zespole prof. Edwarda Lipińskiego (bez jego zgody, której jednak następnie udzielił); b) plan ogłoszenia Wałęsy agentem SB i usunięcia go z funkcji przewodniczącego gdańskiego MKZ; c) plan odesłania członków MKZ do macierzystych zakładów pracy i przejęcia kierowania Związkiem przez Kuronia i jego ludzi (Bogdan Borusewicz jako dyrektor biura, Helena Łuczywo jako redaktor naczelny >>Solidarności<<), d) tworzenie w zakładach pracy Komisji Zakładowych, które będą wyrażały stanowiska załóg jako reprezentatywne procentowo przedstawicielstwa związków zawodowych (w ten sposób związek mniejszościowy nie mógłby samodzielnie ogłosić strajku, nawet gdyby chciało tego 100 proc. jego członków). Gdy zapytałem, jak można głosić, że członkom MKZ grozi natychmiastowa utrata więzi z robotnikami, a będą ją w stanie utrzymać nigdzie nie pracujący Kuroń i nigdy i nigdzie nie pracujący Borusewicz ― otrzymałem od Borusewicza odpowiedź, że jemu to nie grozi, bo on całe swoje życie poświęcił robotnikom (o Kuroniu nawet nie wspomniał, on miał więź zapewnioną ex officio). Szczegółowych badań wymaga pomysł powoływania Komisji Robotniczych, przy którym Kuroń z uporem obstawał. Robi to wrażenie oferty pod adresem PZPR. Gdyby na czele >>Solidarności<< ― naprzeciw starych towarzyszy z PZPR ― stanął Kuroń, oferta sparaliżowania najsilniejszej i dopiero co uzyskanej broni związkowej, jaką jest strajk, czyniłaby z niego prawdziwego zbawiciela systemu i otwierałaby przed nim nowe, wspaniałe możliwości wspólnego budowania >>socjalizmu z ludzką twarzą<<. PZPR i >>Solidarność<< we wspólnym froncie to przecież antycypacja >>okrągłego stołu<<. Skoro Kuroniowi i Michnikowi nie udało się nakłonić Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego do rezygnacji z realizacji strajkowego postulatu nr 1 (powołania niezależnych związków zawodowych), to unieszkodliwienie ich przez podporządkowanie związku komisjom robotniczym było pomysłem ratującym sytuację. Zapewne PZPR, a może i KPZR, pełne emocji przyglądały się wysiłkom podejmowanym przez >>trockistów<< na rzecz wyrwania z ręki szalonych Polaków śmiercionośnej dla komunizmu broni strajkowej. Choć najpierw prawie samotnie przeciwstawiłem się Kuroniowi w sprawie Komisji Robotniczych (Zakładowych) oraz usunięcia Wałęsy i przejęcia kierowania związkiem przez zdyscyplinowanych po wojskowemu członków kuroniady, to szybko okazało się, że plany są niemożliwe do przeprowadzenia ze względu na opór członków MKZ. Wówczas, wobec natarczywości[,] z jaką Kuroń domagał się przyjęcia przez MKZ koncepcji Komisji Zakładowych, nie zdawałem sobie sprawy z wagi mojego oporu. Dzisiaj widzę, że była to sytuacja, zresztą jedna z wielu ówczesnych, kluczowa dla dalszego rozwoju wydarzeń. Po porażce w sprawie komisji oraz klęsce spisku[,] mającego na celu obalenie Wałęsy i przejęcie gdańskiego MKZ, Kuroń oderwał się od bezużytecznej już w tej sytuacji grupy WZZ (późniejszego >>Gwiazdozbioru<<) i postarał się zostać zaufanym powiernikiem swojego niedawnego >>porucznika w okopach<<, Lecha Wałęsy, czyli człowieka, któremu przed chwilą chciał zadać śmieć cywilną."

(Krzysztof Wyszkowski, "Kuroniada, opozycja i utrwalanie postsowietyzmu. List otwarty do Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej", "Głos", nr 24(934) z 15 czerwca 2002 r., str. 10/11.)

Autor rozpędził się w ferworze polemicznym: Kuroń i Michnik nie mieli okazji do tego, aby nakłaniać w Sierpniu MKS (ten w Gdańsku lub którykolwiek inny) do rezygnacji z postulatu nr 1, bowiem w tym czasie przebywali w areszcie. Mogli to czynić (i czynili) eksperci z Warszawy obecni w Stoczni Gdańskiej.


+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++


Gwoli ścisłości: Jacek Kuroń użył przy tej okazji słowa "porucznik" w odniesieniu do kilku osób, m. in. do siebie:

"My: Lech [Wałęsa], Anna [Walentynowicz], Andrzej [Gwiazda], Bogdan [Borusewicz] i ja ― my wszyscy jesteśmy porucznikami liniowymi. [...] Pewnie nawet trochę nas awansowali. Bo jak wiadomo, porucznik w wojsku rozkazuje, my zaś możemy i chcemy tylko słuchać ludzi, którzy wspólnie z nami walczą, o których walczymy, którzy nam wierzą i którzy muszą nas kontrolować."

(Jacek Kuroń, "Do stoczniowców i wszystkich robotników Wybrzeża. List otwarty", w książce tegoż autora: "Polityka i odpowiedzialność", ANEKS, Londyn 1984, str. 165.)


<><><><>


2002 Jan Lityński

"Główna wartość części poświęconej WZZ podczas ubiegłorocznej sesji warszawskiej zawarta jest w wypowiedzi Jana Lityńskiego: >Uważaliśmy, że pojęcie >>związki zawodowe<< jest skompromitowane i w związku z tym chcieliśmy mówić o samodzielnej, niezależnej reprezentacji robotniczej. Była to w pewnym sensie ślepa uliczka (...)<. Szkoda tylko, że nikt nie spróbował wyjaśnić przypadkowej zapewne, ale szokującej zbieżności, że w tę ślepą uliczkę Komisji Robotniczych, w którą KOR-Lewica usiłował wprowadzić robotników, zaganiał ich też PZPR wraz z SB, a w głębi czekały zwarte oddziały milicji i ZOMO."

(Krzysztof Wyszkowski, "Jak naprawdę rodziła się >>Solidarność<< (2)", "Nasza Polska", nr 44(419) z 4 listopada 2003, str. 11)


<><><><>


2003 Krzysztof Wyszkowski

"[Kuroń] forsował powstawanie Komisji Robotniczych — oficjalnie według wzoru hiszpańskiego, a w istocie będących metodą trockistowskiego programu walki z komunistyczną biurokracją. [...] wyrazem nieprzemijalności metod KPP jest forsowanie [...] nazwy >>opozycja demokratyczna<< dla określenia całej, antysystemowej i wewnątrzsystemowej, opozycji w PRL; nazwę tę w latach trzydziestych zalecił Komintern wśród haseł określających zasady proponowanej współpracy KPP z PPS przeciw >>faszystowskiej<< Sanacji; [...] Kuroń w lipcu 1980 roku, w artykule >>Ostry zakręt<<, uznał, że ówczesne strajki są początkiem organizowania się robotników >>w niezależne od państwa związki zawodowe<< i komisje robotnicze."

(Krzysztof Wyszkowski, "Duch leninizmu panuje w Warszawie", "Głos" nr 41(1003) z 11 października 2003 r., str. 10).

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

"Dr Łukasz Kamiński (IPN Wrocław) [...] wskazał na koncept Komisji Robotniczych jako propozycję forsowaną szczególnie przez środowisko lewicy korowskiej."

(Krzysztof Wyszkowski, "Jak naprawdę rodziła się >>Solidarność<< (1)", "Nasza Polska" nr 43(418) z 28 października 2003 r., str. 10).

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

"Za trafnością takiego rozpoznania zdają się przemawiać wypowiedziane po wielu latach słowa Jana Lityńskiego: >>Uważaliśmy, że pojęcie związki zawodowe jest skompromitowane i w związku z tym chcieliśmy mówić o samodzielnej, niezależnej reprezentacji robotniczej.<<"

(Krzysztof Wyszkowski, "Jak naprawdę rodziła się >>Solidarność<< (2)", "Nasza Polska" nr 44(419) z 4 listopada 2003 r., str. 11)


<><><><>

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »