| O przyczynach kłamstw w mediach |
|
|
Rafał A. Ziemkiewicz i Stanisław Michalkiewicz
Nieznośna łatwość kłamania Rafał A. Ziemkiewicz 18-04-2008, Skoro nie sposób znaleźć jednego poważnego dowodu nadużywania przez PiS władzy, zagłusza się ten brak dziesiątkami „faktoidów”, zmyśleń, naciąganych konstrukcji myślowych W dawnych dobrych czasach człowiek, który skłamał, musiał swe kłamstwa odszczekiwać. Jak taki rytuał wyglądał, wiemy dzięki kronice Janka z Czarnkowa. Przyłapany na głoszeniu nieprawdy musiał wejść pod ławę i, naśladując ujadanie czworonoga, zawołać po trzykroć: „zełgałem, zełgałem, jako pies zełgałem, hau, hau”. Gdyby podobne zwyczaje dotrwały do dziś, niektórzy politycy, a także redaktorzy mediów, które w ostatnich latach zarzuciły ostatnie pozory politycznej bezstronności, najpierw angażując się bez reszty w obalanie Kaczyńskich, a potem prześcigając w lizusostwie wobec ich pogromców, powinni spod ławy dosłownie nie wychodzić. Wiele hałasu o nic Mocne słowa? Niech czytelnik oceni sam, czy nieuzasadnione. Od kilku już miesięcy rządzi wspomnianymi mediami zasada: na pierwszych stronach coraz to nowe, obwieszczane z hukiem sensacje, że ludzie lub instytucje związane z poprzednią władzą winne się okazują coraz to nowych przestępstw, nadużyć lub nieprawidłowości. Na dalekich zaś – niewielkie notki informujące, iż rzekome przestępstwa, nadużycia i nieprawidłowości ogłoszone z takim hukiem kilka tygodni temu okazały się w istocie nie mieć miejsca. Zazwyczaj w formie suchego powiadomienia: prokuratura umorzyła sprawę, prokuratura oddaliła wniosek, nie stwierdziwszy przestępstwa. Nie zawsze taka informacja się ukazuje, często medium, które wcześniej o sprawie pisało, traci nią zainteresowanie do tego stopnia, że nie znajduje nawet odrobiny miejsca na poinformowanie o finale. Najnowsze (nie wszędzie zamieszczone) notki na ten temat: prokuratura odrzuciła oskarżenie, jakoby Krzysztof Czabański, prezes Polskiego Radia, fałszował protokoły z posiedzeń zarządu PR. Prokuratura odrzuciła także doniesienie o rzekomych przestępczych związkach Patrycji Koteckiej z CBA. Kilka dni wcześniej komisja dyscyplinarna, powołana w prokuraturze do rozpatrzenia skargi dziewięciu jej pracowników na rzekomo wywierane na nich przez PiS naciski polityczne (pamiętają państwo jeszcze tę szaleńczo odważną dziewiątkę, która oskarżyła swą przełożoną z PiS nazajutrz po wygraniu wyborów przez PO?), nie znalazła śladów owych nacisków, stwierdziła natomiast daleko idące sprzeczności w zeznaniach, które miały ich dowodzić. Prokuratorzy nie znaleźli także podstaw do oskarżenia Zbigniewa Ziobry o niszczenie dokumentów, choć to akurat zawiadomienie złożył, oczywiście przed kamerami, podczas konferencji prasowej ich przełożony Zbigniew Ćwiąkalski. Większego zainteresowania tych, którzy wielokrotnie rozpisywali się o mniemanych zbrodniach CBA, zupełnie nie wzbudziły umorzenia w sprawie rzekomych nieprawidłowości przy zatrzymaniu doktora G., inwigilacji posłanki Sawickiej oraz rozpracowywaniu afery gruntowej. W tej sytuacji w kwestii „przestępstw” dokonanych przez tę służbę zdani jesteśmy tylko na raport Pitery, który, niestety, pozostaje dokumentem tajnym. Można jedynie domniemywać, że nie przekonał Donalda Tuska, skoro premier zapoznawszy się z nim, zmienił nagle zdanie co do służby Mariusza Kamińskiego i nawet zaczął go chwalić. Choć, rozumując w kategoriach czystej polityki i wiedząc, kto dostaje się do różnych agencji i spółek z rekomendacji zarówno PO, jak i partii koalicyjnej, trudno nie uznać tej decyzji za bardzo rozsądną. Pytanie, czy jeśli rozsądek ten okaże się uzasadniony i uchroni Tuska przed losem Millera, opiniotwórczy komentatorzy warszawki odszczekają to, co nawypisywali o paranoi, jakiej dowodzi podsłuchiwanie i śledzenie własnych ludzi? Pytanie, oczywiście, retoryczne. Wracając do wątku prokuratorskich umorzeń, warto wspomnieć jeszcze o takim samym losie zawiadomień o przestępstwach Lecha Kaczyńskiego, złożonych z pompą i hałasem przez jego następczynię w warszawskim ratuszu. Pierwsze z nich dotyczyło przejęcia siedziby Porozumienia Centrum i zasługiwało na uwagę o tyle, że sprawy przejęcia swej siedziby przez PSL, które za budynek w centrum Warszawy zapłaciło 18 milionów i od ręki dostało zań od dewelopera 72 miliony złotych, za godną uwagi prokuratorów pani prezydent nie uznała. (Skoro przy tym jesteśmy, sprawy umorzenia długów pozostałych po PC nikt nawet do prokuratury kierować nie próbował, co nie zmienia faktu, że i ona miała swoje miejsce w medialnym zgiełku). Drugie zaś ze wspomnianych zawiadomień dotyczyło zapraszania oficjalnych gości ratusza do zbyt wykwintnych zdaniem pani prezydent restauracji, co – trzeba przyznać – wyśmiała nawet „Gazeta Wyborcza”. Skoro jednak jesteśmy przy oskarżeniach kuriozalnych, przypomnijmy jeszcze sprawę zniszczenia służbowych laptopów Zbigniewa Ziobry i katowickiego prokuratora związanego ze sprawą Barbary Blidy, rzekomo w celu zniszczenia danych. Każdy, kto potrafi samodzielnie uruchomić komputer, wie, że za pomocą walenia młotkiem lub topienia w wannie żadnych danych zniszczyć nie można, a odczytanie dysku z takiego komputera nie powinno zająć fachowcowi więcej niż parę godzin. Mimo to media, podchwytujące ze smakiem opowieści o „niszczeniu danych”, nigdy nie zapytały, co też takiego znaleziono na rzeczonych laptopach, zaś zatrudnionym przez ministerstwo informatykom po miesiącu wytężonej pracy udało się w laptopie Ziobry odkryć ślady jego znajomości z Patrycją Kotecką. Niestety, zadawanie się przez dziennikarkę z ministrem sprawiedliwości nie podpada pod żaden paragraf kodeksu karnego. Liczy się wrażenie Oczywiście propagandowe traktowanie zawiadomień do prokuratury nie jest wynalazkiem obecnej ekipy. Nie przypominam sobie, by cokolwiek konkretnego wynikło z większości zawiadomień złożonych przez ekipę Lecha Kaczyńskiego na ludzi Piskorskiego. Nigdy jednak jeszcze fakt samego zawiadomienia, które nie musi mieć żadnego sensu i z którego składaniem nie wiąże się żadna odpowiedzialność, nie był tak bezkrytycznie podchwytywany przez wpływowe media i traktowany jako substytut wyroku sądowego. Politycy mogą więc liczyć na życzliwość sporej części dziennikarzy, z dnia na dzień zmyślając kolejne nadużycia przeciwników, bo też news, że na przykład minister Grad zapowiada, iż zawiadomi prokuraturę o nieprawidłowościach w TVP (proszę zauważyć, że wchodzimy na jeszcze wyższy poziom, newsem jest już nawet nie samo zawiadomienie, ale jego zapowiedź!), odpowiednio podkreślony na pierwszej stronie skutecznie odciąga uwagę czytelnika od ograniczonego do powierzchni pudełka od zapałek dementi jednej z wcześniejszych sensacji na dalszych stronach. Brak krytycyzmu niektórych dziennikarzy sięga takich rozmiarów, że za dobrą monetę biorą nawet zapowiedź złożenia własnych zawiadomień przez przewodniczącego Chlebowskiego powołującego się przy tym na audyt w TVP, którego w świetle prawa w ogóle nie może na razie znać, bo jest utajniony. Mniej lub bardziej lipne zawiadomienia do prokuratury nie są jedynym sposobem fabrykowania sensacji mających wzmóc medialny szum i wytworzyć wrażenie, że poprzednią władzę obciąża niezliczona liczba jakichś ciemnych spraw. Jeśli akurat ich brak, można stworzyć aferę z niczego, na przykład sugerując, że w CBA zatrudnieni są sami partyjni nominaci PiS. Przy uważnej lekturze okazuje się, że za członkostwo w PiS redakcja uznaje na przykład pracę w warszawskiej straży miejskiej albo udział w inicjatywach Ligi Republikańskiej, a na dodatek, że dla stworzenia wrażenia „opanowania” CBA przez PiS z pola widzenia odbiorcy usunięto całe piony tej instytucji, w której widać nie udało się akurat znaleźć nikogo ze straży miejskiej ani ligi śledczym gazety. Ale redakcja, traktująca wpływ na polityczne wybory odbiorców jako swą nadrzędną misję, słusznie zakłada, że liczy się tylko pierwsze, ogólne wrażenie, iż ludzie, do których się zwraca, nie zagłębią się w szczegóły i nie zadadzą pytań. Zasadniczą częścią newsa nie jest konkret, ale bombastyczny tytuł i dęte frazesy, jak straszliwą nieprawidłowość udało się wykryć. Na przykład, że pracownicy kontrwywiadu podają oficjalnie miejsce pracy, podczas gdy funkcjonariusze WSI to utajniali (po co dodawać przy tym, że po prostu w tym punkcie obowiązujące od niedawna prawo przyjęło standard zachodni, a nie peerelowski?). Codzienne odpalanie takich sensacji, czasem całkowicie wyssanych z palca, czasem dętych, czasem polegających na bezkrytycznym opieraniu się na wypowiedziach polityków, choć gołym okiem widać w nich fałsze, daje ten efekt, że osoba zanurzona w medialnym matriksie nabiera przekonania o niezliczonych nieprawidłowościach obciążających politycznego wroga, choć pytana o konkrety nie byłaby w stanie wymienić żadnej, która nie okazałaby się już dawno wyjaśniona na korzyść pomówionych. A że we wspomnianym medialnym matriksie szczególnie głęboko zanurzeni są sami dziennikarze, więc i oni ulegają często zaczadzeniu własną propagandą, by przypomnieć tylko Witolda Gadomskiego przyłapanego przez naszego redakcyjnego kolegę na budowaniu całkowicie bezpodstawnych symetrii między praktykami rządu Millera a Kaczyńskim. Przypuszczam, że pisząc te słowa, Gadomski był święcie przekonany, że przecież „tyle się słyszy”, i fakt, iż nie mógł potem znaleźć ani jednego konkretnego przykładu rzekomych nadużyć PiS, bardzo jego samego zdziwił.Tym bardziej trudno liczyć, by medialnemu szumowi zdołał się oprzeć bombardowany zmyślonymi, ale codziennymi sensacjami przeciętny widz, słuchacz i czytelnik. Anastazja Kaczmarek Propaganda, uprawiana przez media, które zatraciły rzetelność i bezwstydnie usiłują pełnić rolę politycznych demiurgów, idzie w dwóch kierunkach. Z jednej strony bowiem każdy kolejny miesiąc, jaki upływa od zmiany władzy, pokazuje, że głośno stawiane Kaczyńskim zarzuty nadużywania władzy i aparatu przemocy, łamania standardów demokracji, niszczenia polskiej pozycji w świecie etc. nie znajdują żadnego potwierdzenia. Z drugiej zaś widać coraz wyraźniej, iż stawiane przez nich diagnozy nie zasługiwały wcale na takie wyśmiewanie i lekceważenie, z jakim się przez dwa lata ze strony „wiodących mediów” spotykały. Skoro nie sposób znaleźć jednego poważnego dowodu nadużywania przez PiS władzy, zagłusza się ten brak dziesiątkami „faktoidów”, zmyśleń, naciąganych konstrukcji myślowych: plotkarskie sensacje Anastazji P. IV Rzeczypospolitej, czyli Janusza Kaczmarka, zagłuszanie pielęgniarek, naruszanie drobnych procedur. Szczytów absurdu sięgnęła zapowiedź jednego z ludzi PO, że Ziobrze grozi sześć lat więzienia za wynoszenie poza budynek ministerstwa służbowego laptopa z tajnymi danymi. Skoro prokuratorzy zawodzą, skrępowani (nawet, gdy zawiadomienie przychodzi od ich przełożonego) koniecznością poparcia zarzutów dowodami, które miałyby choć cień szansy ostać się w sądzie, logiczne staje się oparcie na wypowiedziach polityków. Oni bowiem, podobnie jak dziennikarze, niczego udowadniać nie muszą i za nic nie odpowiadają. Dlatego medialna orkiestra już ostrzy sobie zęby na pracę sejmowych komisji śledczych do spraw przyłapania PiS na czymkolwiek, oficjalnie mających zbadać okoliczności podjęcia decyzji o aresztowaniu Barbary Blidy oraz domniemane nadużycia PiS w służbach specjalnych. Co prawda członkowie pierwszej z nich już zaczynają się wycofywać rakiem z buńczucznych oskarżeń, przyznając, że „sensacji się spodziewać nie należy”, i że w odtajnianych aktach znaleźli najwyżej „pewne ciekawe szczegóły sprawy”, ale prace wcześniejszych tego typu gremiów pokazały już, iż zawsze znajdą się jakieś przecieki pozwalające choćby na kilka dni podtrzymać polityczne emocje. Co zaś do domniemanego nadużywania przez PiS aparatu ścigania, kolejne wydarzenia, np. bezzasadne aresztowanie prezesa ComArchu, powinny nieco ostudzić krzykaczy i tylko zwykła hipokryzja pozwala im nie zauważać, iż nieprawidłowości bynajmniej nie są specjalnością poprzedniej ekipy. Zbrodnie w cieniu zmyśleń Jednocześnie zaś mamy do czynienia ze stopniowym odkrywaniem tajemnic kariery Piotra Vogla czy prawdy o okolicznościach śmierci Krzysztofa Olewnika. Ta sprawa, ze względu na szczególnie tragiczny finał, przyciąga uwagę bardziej niż inne, ale w istocie wydaje się wierzchołkiem góry lodowej. W kolejce czekają dziesiątki innych spraw, chociażby zupełnie bezpodstawne długotrwałe aresztowana właścicieli firm Bestcom czy JTT Computer, w których – jak wcześniej w sprawie Kluski – wręcz narzuca się podejrzenie, że wysocy rangą urzędnicy państwowi zaangażowali się w zniszczenie czyjejś biznesowej konkurencji na takiej samej zasadzie, jak zbir wynajęty do pobicia kogoś w ciemnej ulicy. W każdej z tych spraw rozległość ujawnianych stopniowo powiązań pokazuje, że diagnoza III RP jako państwa hołubiącego patologie, generującego je i wręcz na nich opartego nie była bynajmniej wizją „paranoików” ani „politycznych dewiantów”. Można oczywiście zarzucać Kaczyńskim, że opierając się na zaufanych fachowcach w rodzaju Kaczmarka czy Kornatowskiego, zaprzepaścili szansę uzdrowienia tej sytuacji, ale negowanie samej choroby, jak to uporczywie czynią media warszawki i krakówka, dowodzi albo skrajnie złej woli, albo kompletnego braku kontaktu z rzeczywistością. Zarazem nie sposób na razie znaleźć bodaj jednego konkretnego dowodu, że wywołująca taki zachwyt orkiestry „zmiana stylu” polityki zagranicznej przyniosła Polsce jakąkolwiek korzyść. Uśmiechy Tuska nie dały nic więcej niż pokrzykiwania Kaczyńskiego, bo to, że parę zachodnich gazet w miejsce nieżyczliwych Polsce wstępniaków raczyło dać jakiś umiarkowanie życzliwy, nie jest żadnym sukcesem. Dziennikarska uczciwość kazałaby za wiele głoszonych w ostatnich latach opinii i oskarżeń przeprosić, a przynajmniej przyznać się do omyłki (o staropolskim odszczekiwaniu nawet nie marzę). Tymczasem troską tych, którzy sprzeniewierzając się dziennikarskiemu powołaniu, z własnego wyboru stali się propagandystami, wydaje się przede wszystkim stworzenie w miarę spójnego i możliwie nieodparcie narzucającego się odbiorcom świata wirtualnego, który kompletnie przykryje rzeczywistość. Świata, w którym samo oskarżenie, jeśli tylko rzucone na politycznego przeciwnika, wystarcza zamiast wyroku, w którym opiniom, najbardziej nawet nieuprawnionym, nadaje się rangę faktów, i w którym analogicznie do opisywanego tu mechanizmu wirtualnych zbrodni (ale to już temat na osobny artykuł) sama zapowiedź władzy, że zrobi coś dobrego, nadymana jest przez lizusowskie media do rangi faktu, a gdy czas mija, zamiast pytania o realizację zapowiedzi, pierwsze strony i czołówki dzienników zajęte są przez nowe, jeszcze wspanialsze obietnice. Źródło : Rzeczpospolita -------------- Dogmatyka Rafał Ziemkiewicz 20-04-2008 Kto uważa, że przesadzam, określając grupę wpływowych mediów – którą zwę Orkiestrą – mianem propagandystów udających dziennikarzy, powinien przeczytać artykuł „Mój kumpel jest premierem” w michnikoidalnym środowiskowym piśmie „Press”. Tu, na przyjaznym sobie gruncie, gwiazdorzy i dysponenci Orkiestry nawet nie próbują ukrywać, że za swą misję uważają nie bezstronność, ale walkę z PiS. „Ekipa Kaczyńskiego została rozpoznana przez media jako niebezpieczna” – wyznaje tę wiarę Piotr Najsztub – „rząd Tuska może okazać się nieudolny, ale niebezpieczny dla państwa nie jest”. Dla państwa czy tylko dla pewnego środowiska, fakt faktem, że może być nie wiem jak nieudolny, a w pewnych mediach krytyka mu nie grozi. „Nie wolno traktować PiS-u jak każdej innej partii, bo nosi ona w sobie wirus niebezpieczny dla demokracji” – tłumaczy Jerzy „Tusku musisz” Baczyński, a jego podwładny Wiesław Władyka dodaje, iż „ważniejsze jest dla Polski powstrzymanie powrotu PiS-u do władzy, niż rozliczanie Tuska”. Nic nowego: już za Suchockiej mieliśmy opozycję „konstruktywną” i „antypaństwową”, w której tępieniu cywilizowane zasady nie obowiązywały. Bo Tusk, jak wywodzi Ewa Milewicz, „nie oznajmia, że za protestującymi skrył się szatan, ZOMO albo łże-elita”. Kto zna cytaty źródłowe, wie, że Kaczyński też bynajmniej nie oznajmiał, ale wiara uzasadniająca zarzucenie dziennikarskiej uczciwości nie musi być przecież oparta na faktach. Nic zupełnie nie rozumie z tych dziejowych konieczności Leszek Balcerowicz, który rząd Tuska właśnie skrytykował za nicnierobienie – i oto Jacek Żakowski oznajmił słuchaczom, że „Balcerowicza trzeba traktować z przymrużeniem oka”. Dogmat o lepszości Tuska zwycięża więc nawet z dogmatem o nieomylności Balcerowicza. A to już poważna sprawa… Źródło : Rzeczpospolita Niegrzeczne poszlaki Stanisław Michalkiewicz, 2008-04-25 W sobotnio-niedzielnej „Rzeczpospolitej” kolega Rafał Ziemkiewicz chłoszcze dziennikarzy, zwłaszcza niektórych, a także niektóre redakcje – za wyjątkowo ostentacyjną stronniczość. Uprawiają oni nie publicystykę, tylko agitację, niczym czytelnicy „Notatnika Agitatora”. W pierwszej chwili chciałem napisać, że kolega Ziemkiewicz chłoszcze dziennikarzy bezlitośnie, ale po namyśle uznałem, że byłaby to nieprawda, bo krytyka ta, chociaż całkowicie słuszna, jest jednak niezwykle uprzejma. Kolega Ziemkiewicz sugeruje bowiem, że stronniczość stronniczych dziennikarzy wypływa jedynie ze słabości charakteru i pychy, objawiającej się w pragnieniu tworzenia wydarzeń politycznych, a nie tylko ich opisywania lub komentowania. Obawiam się, że rzeczywistość może być znacznie gorsza i dlatego krytykę w wykonaniu kolegi Ziemkiewicza uważam za uprzejmą. Nie dopuszcza on bowiem w ogóle możliwości, że stronniczy dziennikarze są tacy nie dlatego, że mają słaby charakter czy wodę sodową w głowie – tylko dlatego, że wykonują zadania zlecone im przez oficerów prowadzących. Jak wiadomo, Wojskowe Służby Informacyjne zostały formalnie zlikwidowane dopiero we wrześniu 2006 roku. Wiadomo też, że przez cały czas werbowały konfidentów w różnych środowiskach. A jakie środowisko jest szczególnie ważne w warunkach demokracji politycznej, w której tyle zależy od nastrojów społecznych? Wydaje się, że to, które te nastroje kształtuje, które te nastroje kreuje – a więc środowisko dziennikarskie. Byłoby dziwne, gdyby Wojskowe Służby Informacyjne, werbując konfidentów we wszystkich środowiskach, akurat środowisko dziennikarskie starannie omijały. A przecież Wojskowe Służby Informacyjne nie tylko werbowały konfidentów, ale przez podstawionych agentów zakładały własne media w postaci stacji telewizyjnych, rozgłośni radiowych i gazet. Wreszcie – Wojskowe Służby Informacyjne nie były jedyną tajna służbą werbującą konfidentów. Obok WSI istniał przecież Urząd Ochrony Państwa, który rozpadł się na Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencję Wywiadu. Oprócz nich działa Centralne Biuro Śledcze, Centralne Biuro Antykorupcyjne, Policja Skarbowa, nie mówiąc już o formacjach mundurowych, które też prowadzą działalność operacyjną, wymagającą werbunku konfidentów. Już z tego pobieżnego przeglądu sytuacji można powziąć podejrzenie, że żadna sztufada nie jest tak naszpikowana słoniną, ani żadna baba wielkanocna tak nadziana rodzynkami, jak środowisko dziennikarskie – konfidentami – jak nie tej służby, to innej. Tylko tak można wyjaśnić fakt, że chociaż cenzury nie ma w Polsce już od 1990 roku – nadal większość skądś wie, o czym można i trzeba pisać – oraz w jaki sposób – a o czym pod żadnym pozorem nie wolno. Podobnie musi być w innych środowiskach, na przykład – w środowisku związkowców. Jakże inaczej wytłumaczyć tajemnicze odwołanie strajku pocztowców, którzy jeszcze niedawno zapowiadali walkę do upadłego o podwyżkę w wysokości 700 złotych miesięcznie? Podwyżki nikt nie dostał, strajk odwołano i nikt nawet nie zapytał – dlaczego? Stanisław Michalkiewicz www.michalkiewicz.pl |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
