Ciekawa polemika, choć zrozumiała tylko dla zaawansowanych. Najpierw Maciej Rybiński, potem kontra Wojciecha Sadurskiego, a temu odpowiada Rekontra, wytykając hipokryzję między innymi Kołakowskiemu.
Zawłaszczony Marzec Maciej Rybiński, 09-03-2008
Bardzo się u nas ostatnio rozpanoszyło plemię pogłębiaczy. Idziesz sobie, człowieku, patrzysz: kałuża, a oni tak nakręcą, tak podłubią i tak pogłębią, że okazuje się – studnia. No i wielu słabszych na umyśle i zalęknionych, aby ich nie wzięto za prostaków intelektualnych i prymitywów, wpada w tę studnię. Bez ratunku.
Dzieje Marca ‘68 to w wiodącym nurcie polskiej historiografii, a zwłaszcza publicystyki politycznej, historia rozterek ideowych gromady młodych ludzi znanych z nazwiska i fotografii pamiątkowych. Dziesięciu, może 15 osób, które zauważywszy sprzeczność między tym, co słychać, a tym, co widać, zaczęły się domagać, by w komunistycznym filmie, tak jak w hollywoodzkim, nastąpiła jedność dźwięku i obrazu. Gdy czyta się tak wszystkie tegoroczne okazjonalne teksty o Marcu ‘68, rzuca się w oczy, że nawet spośród tego twardego jądra (z któregośmy ponoć wszyscy, i „Solidarność”, i w końcu III Rzeczpospolita) nie każdy jest jednakowo fundamentalny dla losów Polski. Józef Dajczgewand nie może więc liczyć nawet na ułamek zainteresowania przynależnego Adamowi Michnikowi.
Są to może sprawy ważne, szczególnie gdyby Leszek Kołakowski (w co wątpię) zechciał napisać suplement do „Głównych nurtów marksizmu” zatytułowany na przykład „Cierpienia młodego Michnika”. Ale warto, a nawet trzeba pamiętać, że w spontanicznym w dużym stopniu proteście (tezę o prowokacji syjonistycznej albo ubeckiej, co kto woli, odkładam na półkę spiskowej teorii dziejów) przeciwko konfiskacie „Dziadów” wzięło w Polsce udział kilkadziesiąt tysięcy studentów. Zrobili to bez uprzedniego opanowania dialektyki, bez zawracania do młodego Marksa, bez poszukiwania sprzeczności. Tak zwyczajnie. Wprost z życia w PRL poszli na wiec. Wyprowadziło ich na ulicę wychowanie w duchu patriotycznym i tradycji walki z zaborcami. Rozeznanie nabyte bez głębszych studiów porównawczych między teorią i praktyką s o c j a l i z m u . Świadomość, że Polska jest zniewolona i że mija już kolejny wiek, gdy z Moskwy nasyłają najgorszych łotrów stek. Nas nie zaskoczyła interwencja w Czechosłowacji, bo też niczego dobrego po ZSRR się nie spodziewaliśmy.
Jesteśmy teraz, uczestnicy tamtejszych wydarzeń, tylko tłem. Jakimś amorficznym tłumem bez właściwości. Kult, jakim otoczono te kilka osób wokół Adama Michnika, spowodował, że uczciwie rzecz biorąc, należałoby post factum przyznać rację moczarowskiej tezie o manipulacji, jakiej nami dokonano. A na to zgody nie ma! Byliśmy tłumem, ale wiedzionym nie na manowce i nie przez jakieś ideologiczne koncepcje. Byliśmy motywowani najprostszymi uczuciami: patriotyzmem, poczuciem godności ludzkiej i przyzwoitości, zmęczeniem powszechnym kłamstwem oraz odrazą dla ideologii i jej ohydnego języka. Antysemickie hasła napawały nas obrzydzeniem. Zwykłe poczucie sprawiedliwości i wolności dla wszystkich powodowały, że broniliśmy już nie tylko Adam Mickiewicza, ale także Adama Michnika i innych aresztowanych, relegowanych, prześladowanych.
Kiedy sięgam pamięcią, niestety coraz słabszą, do dziedzińca Uniwersytetu Warszawskiego i 8 marca 1968 roku, widzę tam nawet Marka Barańskiego, dzisiejszego naczelnego „Trybuny”. Może był oddelegowany przez ZMS, nie wiem, ale był tak samo narażony na kontakt z „aktywem robotniczym” jak my wszyscy. Widzę Tadzia Witkowskiego, dziś wyklętego lustratora. Agnieszkę Arnold, reżyserkę „Sąsiadów”, Joasię Wiszniewicz, dziś w Żydowskim Instytucie Historycznym, Janka Dworaka, byłego prezesa TVP. Krzysia Zaleskiego, aktora, dyrektora IV programu PR, Marka Malaka, który zrobił najdziwniejszą karierę ze wszystkich, bo jest światowym ekspertem od historycznych zegarów, Jurka Niemczuka, scenarzystę „Rancza”, nieżyjących Janka Walca i Gienia Kloca. Tłum indywidualności, które połączyło coś zupełnie innego niż rozważania nad Waryńskim. Pamiętam strajk okupacyjny w gmachu polonistyki, dwoje profesorów, którzy nam towarzyszyli w nocy, panią prof. Puzyninę i prof. Żółkiewskiego, który przyniósł chleb, słój smalcu i robił bardzo sprawnie kanapki. I plotki, kto z kim i w którym zakamarku, bo byliśmy młodzi i sytuacja także emocjonalnie była niezwyczajna.
Tak, byliśmy nawet bardzo młodzi i bunt miał również charakter pokoleniowy. A także ludyczny. Z moim najbliższym wtedy przyjacielem Markiem Malakiem staraliśmy się być wszędzie tam, gdzie coś się działo. Jak była okazja ganiania się, a nawet bicia z Golędzinowem, trzeba ją było wykorzystać. To wszystko zostało z pamięci o Marcu wyeliminowane. Został tylko Adam Michnik i jego grupa w kontrze do partyjnych dogmatyków. Regresio cum utilitas. To trochę mało.
Zapamiętałem też z uniwersyteckiego dziedzińca młodego człowieka ze zmierzwioną czarną czupryną, takąż brodą i naszytymi na ramionach kurtki niebieskimi gwiazdami Dawida na białym tle. Nazywał się Janusz Korwin-Mikke. Czy ktoś dziś pamięta, oprócz mnie, o tej przekornej, ale odważnej manifestacji? Wątpię. Nie wiedzieliśmy, kto wśród nas był Żydem i nic nas to nie obchodziło. Antysemityzm partyjny traktowaliśmy jak część komunistycznej ideologii i odrzucaliśmy en bloc jak całą resztę, której też nie próbowaliśmy poddawać dyskusji, argumentacji i rewizji.
Dziś po raz już kolejny okazuje się, że nasz Marzec był owocem rewizjonistycznych rozważań środowiska Adama Michnika. A nasz czołowy pogłębiacz Jacek Żakowski tak się wgryzł w tę sprawę, aż się przegryzł na drugą stronę i w wywiadzie z Adamem Michnikiem na łamach „Gazety Wyborczej” ogłosił Michnika drugim Gustawem-Konradem. Kabotyństwo wielu sformułowań tego tekstu, ale przede wszystkim samego tytułu, całkowicie mnie obezwładnia, ale obiecuję, że jeśli wydane zostaną pocztówki, znaczki w klapę, kubki i kieliszki do jajek z „Dzieciątkiem Michnik”, to kupię całą kolekcję. Na pamiątkę.
Autor jest publicystą i felietonistą „Faktu”
Statysta zapisuje się do historii Wojciech Sadurski, 2008-03-11
Rozszlochał się gorzko, głośno i chyba szczerze Maciej Rybiński, użalając się we wczorajszej Rzepie nad swą dolą nieszczęsną, podłą: oto w “wiodącym nurcie polskiej historiografii, a zwłaszcza publicystyki politycznej”, przy okazji rocznicy Marca ’68 w kółko mówi się o Adamie Michniku i o “dziesięciu, może 15 osobach”, ale akurat nie o Nim, Macieju Rybińskim. A przecież On także, wraz z „kilkudziesięcioma tysiącami studentów” protestował w Marcu. Jak mu tę osobliwość wyjaśnić, ale tak, żeby nie zrobić przykrości? http://www.rp.pl/artykul/104301.html Może najlepiej jego własnymi słowami. Jak opisuje swe własne motywacje działania w Marcu: „Z moim najbliższym wtedy przyjacielem Markiem
Malakiem staraliśmy się być wszędzie tam, gdzie coś się działo. Jak
była okazja ganiania się, a nawet bicia z Golędzinowem, trzeba ją było
wykorzystać”. U Adama Michnika, ale także u Lityńskiego,
Dajczgewanda, Szlajfera, Lasoty, Sawickiego, Grudzińskiej i i tych
kilkunastu innych ludzi, którym tak zazdrości miejsca w historii,
motywacja była jednak trochę inna. Znam niektórych z nich i wiem, że
akurat chęć „ganiania się, a nawet bicia z Golędzinowem”,
nie była wówczas dominującym motorem ich działania. Ich cele były nieco
bardziej wyartykułowane, choć nie znaczy to - trudne do zrozumienia.
Dlatego historia uznała ich za aktorów, a Rybińskiego - za statystę. Czy
to wyjaśnienie go przekona? Pewno nie, bo w tym samym felietonie
Rybiński dokonuje przeciwstawienia subtelnego, jak satyra Marcina
Wolskiego. Z jednej strony - ideowe wybory ówczesnych komandosów,
którzy „zauważyli sprzeczność między tym, co słychać, a tym co widać” i „zaczęli się domagać, by w komunistycznym filmie, tak jak w hollywoodzkim, nastąpiła jedność dzwięku i obrazu”. Z drugiej strony - wybory swoje i tysięcy innych studentów, których na ulicę wyprowadziło „wychowanie w duchu patriotycznym i tradycji walki z zaborcami”. A więc patriotyczny i anty-zaborczy Rybiński walczył wtedy ze „zniewoleniem”,
a ci, których tak ponad miarę dziś się fetuje i nagradza, po prostu
chcieli komunistycznego filmu, w którym dźwięk zgadza się z obrazem.
Takie były fakty. Dziwne
tylko wydać się może, dlaczego partia i ubecja., może sugerując się
mętnym hasłem Karola Modzelewskiego „Niepodległość bez cenzury”,
uwięziła na dłużej tylko tych kilkunastu czy kilkudziesięciu ludzi -
towarzyszy Michnika, a nie wtrąciła w lochy Rybińskiego, który wszak
walczył (nic nie zmyślam) powodowany „patriotyzmem, poczuciem
godności ludzkiej i przyzwoitości, zmęczeniem powszechnym kłamstwem
oraz odrazą do ideologii i jej ohydnego języka”. Kierowany
tymi wzniosłymi odczuciami musiał potem męczyć się w prawdziwym
więzieniu, jakim był tygodnik Rady Naczelnej Zrzeszenia Studentów
Polskich „itd”, podczas gdy komunistyczny Michnik mógł w apartamentach
na Rakowieckiej pisać w najlepsze kolejne książki o socjalizmie,
wspomagany rzecz jasna przez usłużnych klawiszy. I tylko jedno mnie w tym wszystkim intryguje. Gdzie Rybiński dostrzega dzisiaj taki „kult tych kilku osób wokół Adama Michnika” - bo przecież nie w tych pismach i gazetach, do których pisuje? Gazeta Polska, Niezależna Gazeta Polska, Wprost...
Czyżby tak bardzo nimi gardził, że nie myśli nawet o zaliczaniu ich do
„wiodącego nurtu polskiej historiografii, a zwłaszcza publicystyki
politycznej”? PS:
Wyjaśnienie auto-biograficzne, tak na wszelki wypadek. W Marcu ’68
byłem uczniakiem, ale po lekcjach na Krakowskie Przedmieście chodziłem,
raz nałykałem się gazu łzawiącego na ul. Traugutta, gdy wpadłem w
kocioł, a raz dostałem nawet na Krakowskim pałą po plecach, na
szczęście miałem gruby kożuch. Też chodziłem tam z przesłanek
patriotycznych więc gdy Historycy Nowej Generacji będą degradować
Michnika a awansować Rybińskiego, proszę o mnie nie zapominać.
Kur wie lepiej Rekontra, 2008-03-11
Kurwie lepiej – te słowa z występu Michnika na UWu wpisują się nie tylko w retoryczne pytanie Leppera „ jak można prostytutkę zgwałcić", ale przywołują na pamięć spostrzeżenie posłanki Błochowiak - „pedały chodzą w czerwonych skarpetkach”. Błochowiak z „pedałami” znalazła się na cenzurowanym. Czy „kurwy” intelektualisty Michnika na to nie zasługują? Czyż Michnik upadłszy nie leży obok Błochowiak?
Skoro Michnik zszedł na prostytucję, właśnie czytam na portalu WP, że „Amerykański gubernator wpadł, gdy zamawiał prostytutkę” ”Gubernator stanu Nowy Jork Eliot Spitzer został przyłapany przez policję jak ustalał przez telefon swoje spotkanie z luksusową prostytutką należącą do siatki call-girls pod nazwą "Emperors Club VIP", obsługującej prominentów. „
Informacja, jakich setki przelatuje się przez internet, ale dalej czytamy: „Spitzera uważano do niedawna za wschodzącą gwiazdę w Partii Demokratycznej. Poprzednio był prokuratorem stanowym i odniósł na tym stanowisku wiele sukcesów w walce z aferzystami z Wall Street, oraz...gangami stręczycieli prostytutek. Jako oskarżyciel wygłaszał płomienne mowy potępiające upadek moralny.” Szczyt obłudy?
Skoro o hipokryzji - sięgam po Superexpres w którym filozof Kołakowski pisze: „Represje Marca 1968 r. nie budziły we mnie grozy, lecz obrzydzenie” i dalej rozwija myśl:
„Ten wylew chamstwa i nienawiści nie był może całkiem nieoczekiwany, ujawnił jakąś stronę ówczesnego ustroju nie całkiem nową z pewnością, ale jednak mało znaną.”
Były stalinista pisze o "mało znanej stronie ustroju". Ustroju, który "tymi ręcami" budował. Kołakowski dodaje, „jednocześnie Marzec zamknął pewną epokę polityczną: skończyły się nadzieje na "lepszy socjalizm", a rewizjonizm nie miał już racji bytu.” Pewnie mu zamknął - przecież sam wie lepiej, co chciał rewidować i jakimi metodami przydawać komunie ludzką twarz. Nie tylko jemu zamknął epokę, takiemu Baumannowi nie ?
Kołakowski pisze dalej o pogromie i reżymie.
„Był to prawdziwy ogólnopolski pogrom kulturalny: czystki na uczelniach, w wydawnictwach i innych instytucjach (…) kraj nasz został wystawiony na pogardę i pośmiewisko w świecie. „.
Czyżby doskwierała Kołakowskiemu słaba pamięć? Zapomniał o czystkach w latach stalinowskich? Uśmiać się można gdy czyta się zdanie: „jakie skutki miał pogrom kulturalny dla przebiegu ostatnich dwóch i pół lat reżymu gomułkowskiego? „.
Widać jak wraz z siedzeniem Kołakowskiego zmienia się mu punk widzenia. Jeżeli, to był reżim gomułkowski i czas pogromu, to jakimi słowami określi lata gdy robił błyskotliwą karierę.
Miłosz w „Zaraz po wojnie” (wyd. 1998 roku –ważne) pisze o Krońskim swoim przyjacielu – „W każdym razie pozostawił przynajmniej jednego wdzięcznego i pojętnego ucznia, Leszka Kołakowskiego.”
Kroński to ten filozof, który w bardzo osobistym liście do Miłosza wyznawał „ MY sowieckimi kolbami nauczymy ludnośc tego kraju myśleć bez alienacji”. Ten kraj to Polska, ludnośc tego kraju to Polacy. Jaki ten świat mały – tu redaktor Kur, tam redaktor Michnik, tu filozof Kroński, obok Kołakowski.
Kołakowski – uczeń Krońskiego mówi o pogromie kultury i inteligencji w 1968 roku, a u Walickiego czytam („Zniewolony umysł po latach”), że Kroński był „niebezpiecznie nielojalny wobec swego nauczyciela i „starej profesury” w ogóle. "
Tym nauczycielem, wobec którego Kroński był niebezpiecznie nielojalny był Tatarkiewicz. Walicki pisze dalej – „Mógł sobie Kroński myśleć o Tatarkiewiczu jak najgorzej, ale jeśli po administracyjnym usunięciu go z Uniwersytetu zajmował jego katedrę, to powinien powstrzymać się od wylewania pomyj na swojego poprzednika i nauczyciela. „Intuicja moralna” go zawiodła, chyba zresztą liczył tylko na rozgrzeszenie przez Historyczną Konieczność”
Walicki - "Kroński niewdzięczny uczeń Kotarbińskiego", Miłosz "Kołakowski wdzięczny i pojętny uczeń Kronskiego".
Kołakowski w Superekspresie ciągnie dalej:
„Powtarzam na koniec pytania, na które chciałbym usłyszeć odpowiedzi od ludzi, co historię Marca naprawdę studiowali, ja bowiem byłem tylko świadkiem i, wolno powiedzieć, biernym uczestnikiem tych wydarzeń, ale historycznych nad nimi badań nie prowadziłem.” Pytania Kołakowskiego link tutaj.
A może czas by to Kołakowski, Michnik, Modzelewski, Lityński bez odwoływania się do tych co historię studiowali, sięgnęli do swojej pamięci ? Kołakowski do tej pamięci „stalinowskiej”. Modzelewski sięgnie pamięcią do czasów gdy wspólnie z Tejkowskim i Kuroniem diagnozował jakie niebezpieczeństwa zagrażają socjalizmowi, a Michnik w końcu zrewiduje swój rewizjonizm i trockizm z którym było mu po drodze. IPN którego likwidację postulują publicyści Gazety Wyborczej wydał „Marzec 1968 w dokumentach MSW” – jest co czytać, jest na czym "oprzeć pamięć".
Zamierzałem pisać o politycznie niepoprawnych słowach Michnika któremu marzec przypominał, że „kur wie lepiej”, chciałem pisać o zawłaszczaniu przez grupkę Michnika wydarzeń marcowych - żenujący brak refleksji podczas występu na uniwerku, a zeszło na jego mentorów. Michnik poczeka.
|