Quantcast
M E N U
NEW WORLD ORDER
NIEZŁOMNI
ARTYŚCI
POLITYCY
DUCHOWNI
NAUKOWCY
DZIENNIKARZE
INNE OSOBY
III RP
POLEMIKI
HISTORIA
PAŃSTWA
DOKUMENTY
TRADYCJONALIZM
VARIA

O D W I E D Z I N Y
Wczorajsze368
Wszystkie431140
Nagonka na Katarynę Email
Namiastka wielkiej, propagandowej operacji medialnej, mającej na celu "zniszczenie" jednej z najuczciwszych komentatorek życia politycznego w III RP.
http://kataryna.salon24.pl/

 czwartek 21 maja 2009 23:08
Wiemy, kim jest Kataryna

Czego boi się Kataryna

Wiemy, kim jest najsłynniejsza anonimowa blogerka Kataryna, która od lat ostro ocenia dziennikarzy i władzę. Kiedy zadzwoniliśmy do niej, by poinformować, że wiemy kim jest, ale bez jej zgody tego nie ujawnimy, blogerka panicznie zaczęła unikać telefonów. Nie odpowiada też na e-maile i SMS-y.

Surowa recenzentka tego co w dziennikarstwie jest etyczne, a co nie, w czwartek na Twiterze umieściła wyrwany z kontekstu fragment naszego SMS-a: katarynaa "...Proszę tego nie traktować jako szantażu. Naprawdę nie chcemy pani skrzywdzić". Plus propozycja nie do odrzucenia. To jednak świnie. Ostatnie dwa zdania to komentarz Kataryny.

>>> Jachowicz: Internauta musi pozostać anonimowy

Przez kilka dni próbowaliśmy Katarynę wielokrotnie namówić na rozmowę o granicach uczciwości anonimowej krytyki, o jej poglądach, o podwójnym życiu, które prowadzi. Wielokrotnie zapewnialiśmy ją w e-mailach i SMS-ach, że jeśli będzie chciała potwierdzić naszą wiedzę o jej tożsamości, to może się u nas ujawnić. Jeśli nie, to nadal będzie anonimową blogerką. Jasno daliśmy do zrozumienia, że przed ujawnieniem jej nazwiska powstrzymuje nas chociażby fakt, iż jest ona w konflikcie z ministrem sprawiedliwości Andrzejem Czumą. Kataryna od tego momentu nie odpowiedziała i stworzyła wokół swojej osoby mur.

>>> Michalski: Utracona cześć Kataryny

Czemu boi się jawności Katarzyna, 38-latka pochodząca z Rzeszowa, która skrywa swoją bezkompromisowość pod pseudonimem "Kataryna"? Jest w końcu znaną i szanowaną w środowisku organizacji pozarządowych prezes warszawskiej fundacji. Organizacja ta zajmuje się, jak czytamy w aktach sądowych: "wspieraniem różnorodnych form aktywności społecznej, wzmacnianiem u obywateli umiejętności współdziałania w kształtowaniu demokratycznego społeczeństwa". Fundacja Kataryny powstała w 1996 roku, a blogerka najpierw była jedną z jej fundatorek, w 2003 roku została prezesem. "To inteligenta, fajna babka. Świetnie się z nią współpracuje" - mówi nam działacz dużej organizacji.

>>> Blogerka Kataryna gotowa na proces z Czumą

Jej fundacja w 2003 i 2004 roku - czyli wtedy, kiedy Kataryna była już jednym z najbardziej aktywnych i wyrazistych komentatorów politycznych na forum "Gazety Wyborczej" - szkoliła dziennikarzy kierowanej przez Roberta Kwiatkowskiego TVP. Był on wtedy przez Katarynę dosyć ostro krytykowany.

>>> Zaremba: Współczuję Katarynie

Jeszcze w poniedziałek Kataryna bardzo chętnie rozmawiała z nami przez telefon, by wyżalić się na ministra Czumę, i jego syna, który dotknięty krytyką działań ojca postraszył blogerkę pozwem do sądu. Opowiadała nam, że gdyby działała bez osłony anonimowości, miałaby problem ze zdobywaniem kontraktów. I podała przykład właśnie spotkania z Kwiatkowskim.

Następnego dnia, kiedy zadzwoniliśmy do Kataryny, mówiąc, że wiemy, kim jest, wystraszona przerwała połączenie. Chcieliśmy spotkać się z nią w jej fundacji i porozmawiać o granicach krytyki pod pseudonimem. Pracownicy nie wpuścili nas do biura, twierdząc, że szefowej nie ma. Tylko że w tej samej chwili zadzwoniliśmy na telefon stacjonarny na biurku pani prezes. Zostaliśmy połączeni i znów panika, i odłożenie słuchawki bez słowa wyjaśnienia.

Nad tożsamością Kataryny zastanawiały się od kilku lat tysiące internautów, dziennikarzy i polityków. Na anonimowości buduje swoją legendę. Zrobiło się o niej głośno, bo kilka razy miała mocne polityczne wpisy. Ale zazwyczaj zajmuje się moralizatorskim analizowaniem tekstów prasowych. Z wielką łatwością recenzuje prace dziennikarzy, zarzucając im a to stronniczość, a to nierzetelność informacji, a to pisanie na zamówienie, a to niewystarczającą wnikliwość. Zawsze skryta pod pseudonimem, który nie pozwala na żadną poważną polemikę zaatakowanym autorom. Internauci wyrabiają sobie więc zdanie na temat dziennikarstwa i konkretnych dziennikarzy na podstawie jej wpisów - ona żadnej odpowiedzialności za to nie ponosi.

>>> Najlepsze polityczne blogi według Zaremby

O Katarynie było głośno kilka razy. I niemal zawsze kontrowersje budziła jej anonimowość. Po raz pierwszy ujawnienia Kataryny zażądał w 2007 roku prawnik Wojciech Sadurski, notabene też bloger. Kataryna wypomniała stalinowski epizod w biografii Wisławy Szymborskiej. Sadurski pisał: "Jeśli przyjęłaś postawę Moralnego Sędziego i zabierasz się za roztrząsanie win Żywych i Umarłych, to jednak wypada, byś odsłoniła swą tożsamość i nie ukrywała się tchórzliwie pod pseudonimem".

Gdy dołączyła do elity blogerów (tzw. czerwonych) na portalu Salon24 wielu internautów uznało, że jej się to nie należy, bo nie firmuje swoich wpisów nazwiskiem.

Zasłanianie się pseudonimem i ukrywanie tożsamości nie podoba się również medioznawcy Wiesławowi Godzicowi. "Co w takiej sytuacji mają powiedzieć dziennikarze, którzy za każde swoje słowo odpowiadają nie tylko potencjalnymi konsekwencjami finansowymi, ale też swoim nazwiskiem? Ktoś, kto ocenia innych, a robi to anonimowo, idzie na łatwiznę" - mówi nam Godzic.

>>> Ulubione blogi Karnowskiego

W poniedziałek, kiedy rozmawialiśmy z Kataryną telefonicznie o mitach związanych z jej osobą (spekulowano, że Kataryną jest Rafał Ziemkiewicz, Katarzyna Kolenda-Zaleska czy posłanka Beata Kempa), Kataryna tak tłumaczyła swoje ukrywanie się: "Gdyby znano moje nazwisko, to każdy polityk czy dziennikarz, którego krytykowałam, mógłby mnie pozwać - choćby o 10 tysięcy złotych odszkodowania. A ja nie miałabym szans w zderzeniu z ich prawnikami."

Blogerka od poniedziałku milczy. Od 17 maja całkiem zamilkł też jej blog.

>>> Jacyków: W internecie każdy każdego może obsr..ć"

>>> Celebrytka: Ujawnić dane chamskich internautów

Sylwia Czubkowska, Robert Zieliński



 piątek 22 maja 2009 07:43
Utracona cześć Kataryny

Kiedy blogerka Kataryna anonimowo krytykowała ówczesnego prezesa TVP Roberta Kwiatkowskiego, pod własnym nazwiskiem zarabiała u niego. Była wtedy zapewne grzeczna i pokorna. Ilu jej podobnych anonimów, radykałów, antykomunistów... zapełnia polski internet - pyta Cezary Michalski.

Okazuje się, że zmusiliśmy do milczenia Katarynę, najsłynniejszą polską blogerkę polityczną, ostatnio związaną bojem na śmierć i życie z rodziną Czumów, ojcem i synem. Kiedy skontaktowaliśmy się z nią i powiedzieliśmy, że znamy jej tożsamość, choć wcale nie chcemy jej ujawniać, chcemy raczej normalnie z nią porozmawiać, bo jesteśmy ciekawi jej poglądów, jej psychiki, jej życia - podzielonego na część establishmentową: szefowej ważnej warszawskiej fundacji i część „podziemną”: niebywale odważnej i krytycznej blogerki – rzuciła słuchawką, potem zaatakowała nas w Internecie, a następnie zamilkła, niewykluczone, że na wieki.

>>> ZAREMBA: WSPÓŁCZUJĘ KATARYNIE

Niech się Kataryna nie boi, i tak nie ujawnimy jej tożsamości, nie w momencie, kiedy procesem grozi jej Czuma-syn, za krytyczne wypowiedzi na blogu pod adresem Czumy-ojca. W tej sprawie jesteśmy po tej samej stronie. Uważamy, że ludzie władzy (oraz synowie tych ludzi), ośmieszają się, kiedy zamiast odpierać zarzuty, grożą procesami.

>>> Najlepsze blogi polityczne według Zaremby

Ale irytacja Kataryny prowokuje też do innych refleksji, krytycznych pod jej adresem i pod adresem jej podobnych anonimowych rycerzy polskiego Internetu. Ci bezlitośni sędziowie widzialnego świata surowo krytykują zachowania, teksty, wypowiedzi osób publicznych z bezpiecznej pozycji anonimowości. Wielokrotnie czytałem bluzgi (bo nie sposób tego nazwać polemikami) anonimowych internautów umieszczone pod tekstami własnymi i moich kolegów. Niezwykle surowo osądzające nasz warsztat, zarzucające nam sprzedajność, stronniczość, a wszystko to pod pseudonimem, bez brania jakiejkolwiek odpowiedzialności za słowo. To jest jakaś forma demokracji bezpośredniej, ale poprzez swoją anonimowość przyjmująca nieuchronnie postać donosów i obelg.

>>> Jachowicz: Internauci muszą pozostać anonimowi

Jest też inny problem z Kataryną i podobnymi jej anonimowymi rycerzami polskiego Internetu. Jako naród, zdecydowanie za długo żyliśmy pod batem, żeby nie pozostawiło to śladów na naszej psychice. Występując pod własnym nazwiskiem, mając coś do stracenia, jesteśmy często oportunistyczni, tchórzliwi, „przebiegli”. Odważni, bezlitośnie krytyczni, radykalni, stajemy się dopiero, kiedy założymy maskę. To jedna z tajemnic wściekłości i wrzasku, jakie panują w polskim Internecie. Ustaliliśmy, że kiedy Kataryna pod pseudonimem bezlitośnie krytykowała ówczesnego prezesa telewizji publicznej Roberta Kwiatkowskiego, występując pod własnym nazwiskiem podpisywała z nim kontrakty, zarabiała u niego pieniądze. Była wtedy zapewne uprzedzająco grzeczna i pokorna. Ilu jej podobnych anonimów, radykałów, antykomunistów, niepodległościowców... zapełnia polski Internet. Tłukąc w klawisze na poddaszu czy w biurze i przeżywając swoją wolę mocy, dopóki nie usłyszą krzyku szefa albo wołania żony czy mamy przypominających o obowiązku wyniesienia śmieci albo wyprowadzenia pieska.

>>> Ranking blogów według Macieja Walaszczyka

Blogujący Richard Henry Czarnecki, Janusz Palikot, Leszek Miller, Waldemar Kuczyński... mogą pisać głupoty, ale inwestują w te głupoty własne nazwiska. Przy całym szacunku dla analitycznej przenikliwości Kataryny, której dowody wielokrotnie dawała na swoim blogu, uważam to za ich przewagę nad nią.

Cezary Michalski



 sobota 23 maja 2009 08:12
Hołówka: Anonimowość kochają frustraci

Na anonimowych blogach i forach wypowiadają się często osoby głęboko sfrustrowane - wylewając swój jad na tych, przez których w jakiś sposób czują się dotknięci. A boją się o tym opowiedzieć, firmując to własnym nazwiskiem - pisze filozof i etyk Jacek Hołówka.

Bardzo często blogi są prowadzone w sposób nierzetelny i naciągany. A autorzy informacji wykorzystują fakt, że są anonimowi i wypuszczają paszkwile lub niesprawiedliwe krytyki wymienianych już z nazwiska osób.

>>> Michalski: Utracona cześć Kataryny

Zdają oni sobie sprawę, że nie grożą im za to żadne konsekwencje. Na anonimowych blogach wypowiadają się często osoby głęboko sfrustrowane wylewając swój jad na tych, przez których w jakiś sposób czują się dotknięci. A boją się o tym opowiedzieć firmując to swoim nazwiskiem. Tacy blogerzy najczęściej wypowiadają się o osobach publicznych tylko po to, by obniżyć ich rangę. Bo na polskich blogach dominuje ton oczerniający.

Powstaje pytanie, czy można z tym coś zrobić i czy można się obronić. Można jedynie wystąpić w kontrze do danej wypowiedzi albo bojkotować blog i go nie czytać. Można też wprowadzić obowiązkowe opłaty za używanie takich stron lub żądanie ujawnienia tożsamości piszących. Nie wiadomo jednak, kto miałby się tym zajmować i w oparciu o jakie kryteria - każdy, kto poczułby się dotknięty i czyje nazwisko zostałoby wspomniane na blogu, miałby prawo podawać takiego blogera do sądu? Wtedy pieniactwo, które w Polsce i tak jest powszechne, nabrałoby rozmiaru kataklizmu. A na to zgodzić się nie można.

>>> Zaremba: Współczuję Katarynie

Najbardziej rozsądne jest wskazywanie na osoby prowadzące blogi występujące pod swoim nazwiskiem, które nie boją się krytykować. Uczciwy sposób komunikowania się w internecie jest taki sam jak sposób komunikowania się w realu. Oznacza to, że wypowiedzi należy podpisywać. A anonimowy wpis lub donos, który jest fałszywy lub wynika z czyjejś frustracji, jest tak samo ohydny w sensie moralnym jak donos wysyłany do tajnej policji. W tym wypadku nie wolno zasłaniać się anonimowością.

Blogi jednak służą raczej domorosłej psychoterapii osób, które chcą się wywrzeszczeć na kogoś innego. Osobiście nie czytam blogów, bo drażnią mnie niesprawdzone informacje, a anonimowe oceny są po prostu bezwartościowe.

Jacek Hołówka, filozof



Jak to się robi w Dzienniku
KATARYNA
22.05.2009

Pani Katarzyno bardzo proszę o poważne rozważenie naszej propozycji. Nie chcemy bezpardonowo ujawniać Pani tożsamości i iść na rękę Czumom. Wolimy by zgodziła się Pani na ten coming out na Pani warunkach włącznie z zatrudnieniem Pani jako naszej publicystki. Ale proszę nas zrozumieć to "frustrujące wiedzieć i nie móc napisać". Wiem, że Pani tożsamość zna Fakt a przez nich nie zostanie Pani tak dobrze potraktowana - proszę tego nie traktować jako szantażu.Naprawdę nie chcemy Pani skrzywdzić.

SMSa tej treści dostałam od dziennikarki Dziennika Sylwii Czubkowskiej we wtorek o 19.05 po tym jak zadzwoniła do mnie oznajmiając, że wiedzą jak się nazywam a ja się rozłączyłam.

Przyznacie, że to uroczy sposób rekrutacji publicystów - ujawnij się u nas to cię zatrudnimy a jak nie to inna gazeta należąca do naszego wydawnictwa potraktuje cię znacznie gorzej. Nie jest tajemnicą mój krytyczny stosunek do mediów ale bezpośrednie doświadczenie dziennikarskiego warsztatu z którego wychodzą głośne materiały śledcze nawet na mnie zrobiło wrażenie. A autorzy są zdziwieni, że po tym smsie przestałam odpowiadać na smsy i odbierać telefonu. Naprawdę było z kim i o czym rozmawiać?

 ***

Powoli zbieram się do przeczytania artykułu, przepraszam zatem, że na razie nie odnoszę się do meritum, jeśli jakieś jest . Na razie ze strzępków cytatów na różnych blogach próbuję się zorientować czym i jak bardzo oberwałam. Bo co do tego dlaczego raczej nie mam wątpliwości. Ktoś przytacza taki fragment:

Dziennik: Zawsze skryta pod pseudonimem, który nie pozwala na żadną poważną polemikę zaatakowanym autorom. Internauci wyrabiają sobie więc zdanie na temat dziennikarstwa i konkretnych dziennikarzy na podstawie jej wpisów - ona żadnej odpowiedzialności za to nie ponosi.

Myślę, że to jest  akurat szczere. Wściekłość, że ludzie sobie wyrabiają opinię o Wielkim Panu Dziennikarzu na podstawie jakiejś anonimowej Pani Nikt musi być ogromna. Zgadzam się też, że moje występowanie pod pseudonimem nie pozwala panu Robertowi Zielińskiemu na żadną poważną polemikę skoro musi się uciekać do polemik takich jak ta pod tekstem o Olewniku:

Pouczająca rozmowa o dziennikarskiej kuchni

***

Dziennik:Jej fundacja w 2003 i 2004 roku - czyli wtedy, kiedy Kataryna była już jednym z najbardziej aktywnych i wyrazistych komentatorów politycznych na forum "Gazety Wyborczej" - szkoliła dziennikarzy kierowanej przez Roberta Kwiatkowskiego TVP. Był on wtedy przez Katarynę dosyć ostro krytykowany.

Ale numer! Przecież to jest kłamstwo! Nigdy nie szkoliliśmy dziennikarzy TVP, w ogóle nie szkolimy dziennikarzy, z wyjątkiem jakiegoś szkolenia  dla dziennikarzy obywatelskich w czasach na długo przed Kataryną. Jak można tak łgać??? I co ja mam z tym łgarstwem zrobić, przecież Dziennik nie po to zrobił taką akcję, żeby teraz prostować cokolwiek tylko dlatego, że fakty się nie zgadzają. Nigdy nie szkoliliśmy dziennikarzy TVP (ani dziennikarzy w ogóle, ze wspomnianym wcześniej wyjątkiem sprzed wielu lat), nigdy też nie prowadziliśmy żadnych interesów z TVP. Jeśli kogoś interesuje o co chodzi z tym TVP, bez trudu znajdzie informacje o całej inicjatywie bo Dziennik postarał się aby moja tożsamość nie była już dla nikogo tajemnicą  więc można sobie wyguglać wszystkie szczegóły moich "interesów" w TVP.  Od czego się zaczęło, o co chodziło, na czym stanęło. Jeśli to nie rozwieje wątpliwości, czekam na pytania.

Nie wstydzę się tego co robię w realu i nie wstydzę się tego co piszę w wirtualu. Nie chciałam tego łączyć i podpisywać się imieniem i nazwiskiem właśnie dlatego, że spodziewałam się, że zdolny dziennikarski cyngiel kreatywnie połączy te dwa światy tak, że mu wyjdzie coś takiego a ja się nie będę miała jak obronić bo przecież "w gazetach pisali" i wreszcie wiemy czego się bała.

***

Cezary Michalski: Kiedy blogerka Kataryna anonimowo krytykowała ówczesnego prezesa TVP Roberta Kwiatkowskiego, pod własnym nazwiskiem zarabiała u niego pieniądze. Była wtedy zapewne grzeczna i pokorna.
 
Na pochyłe drzewo...Cezary Michalski kłamie, nigdy nie zarabiałam u Roberta Kwiatkowskiego, nie zarabiałam osobiście, nie zarabiała moja instytucja, nie chce mi się wierzyć, że można puścić w świat tak bezczelne a przecież łatwe do zweryfikowania kłamstwo. Dziennik postanowił potwierdzić starą prawdę, że człowieka najłatwiej zabić gazetą. Może trzeba było się zgodzić na tę ofertę nie do odrzucenia "praca za coming out"? 



Długa historia dużych pieniędzy
KATARYNA
23.05.2009

Rzeczpospolita: "Dziennik" w swej publikacji napisał, że fundacja, w której pracuje Kataryna, w latach 2003 i 2004 r. szkoliła dziennikarzy kierowanej przez Roberta Kwiatkowskiego TVP. W tym czasie, wytyka „Dz”, ta krytycznie pisała o prezesie TVP. „Kiedy blogerka Kataryna anonimowo krytykowała ówczesnego prezesa TVP Roberta Kwiatkowskiego, pod własnym nazwiskiem zarabiała u niego” – pisze w komentarzu Cezary Michalski, publicysta „Dziennika”.– Taką informację mieliśmy od dziennikarzy TVP. Pisał też o nich portal Ngo.pl – tłumaczy „Rz” Sylwia Czubkowska, współautorka artykułu w „Dzienniku”. Czy dziennikarze gazety weryfikowali te „informacje”? – Nie widzieliśmy żadnych dokumentów w tej sprawie – przyznaje Czubkowska.

Jedynym oficjalnym powodem "wydania" mnie przez Dziennik było moje rzekome podwójne życie - krytykowanie w wirtualu tych, którym służę w realu, oceniając zatem publikację Dziennika pod kątem dziennikarskich standardów i zwykłej ludzkiej przyzwoitości trzeba się merytorycznie odnieść do "ustaleń" poczynionych przez panią Sylwię za pomocą wyszukiwarki na portalu ngo.pl. (do tego co ustaliła za pomocą "pragnących zachować anonimowość informatorów" z TVP odnieść się trudniej więc o tym później). Oto więc krótka historia pokornego dojenia Kwiatkowskiego, opisana za pomocą archiwalnych wiadomości z portalu na który powołuje się dziennikarka.

Styczeń 2003. Współpraca z Kwiatkowskim zaczęła się od wielkiej zadymy i listu otwartego wystosowanego przez organizacje pozarządowe po tym jak TVP, która na mocy sądowej ugody musiała zapłacić PKN Orlen za kłamliwe informacje o sponsorowaniu kampanii Krzaklewskiego, zdecydowała się przeznaczyć na ten cel środki zebrane w ramach charytatywnej akcji "Reklama dzieciom".

Więcej: "Orlen i TVP godzą się za pieniądze dla dzieci. Podoba się Wam to?"

Marzec 2003. Aby ratować swój nadszarpnięty wizerunek TVP zaproponowała współpracę. Wycofała się z finansowania ugody z Orlenem z pieniędzy ze zbiórki i obiecała, że organizacje pozarządowe będą mogły przyjrzeć się - w charakterze obserwatorów - jak telewizyjna komisja będzie rozdzielać środki "uratowane" przed Orlenem. Ale jak przyszło co do czego, komisja nie wyraziła zgodny na udział obserwatorów i sama rozdzieliła środki.

Więcej: "Falstart Telewizji"

Marzec 2003. Ponieważ TVP nieustająco deklarowała wolę współpracy, organizacje zaczęły się spotykać i zastanawiać nad wspólnym stanowiskiem. Spotkania były otwarte i publicznie zapowiadane. Na tych spotkaniach pojawia się wątek szkoleń. Wzajemnych. Organizacje pomagałyby dziennikarzom zorientować się w tematyce społecznej, dziennikarze uczyliby organizacje jak skuteczniej współpracować z mediami. O możliwej współpracy była mowa na spotkaniu z dyrektorem Maciejem Kosińskim, ustalenia zostały podsumowane w liście do niego. Docelowo, zasady współpracy miały być zebrane w deklaracji, którą miał przyjąć zarząd TVP.

Więcej: "List organizacji do dyrektora TVP ds Programowych Macieja Kosińskiego"

Więcej: "Propozycje organizacji dla TVP"

Listopad 2003. W związku z osobistymi kłopotami prezesa Kwiatkowskiego (komisja śledcza, którą jak wiecie pilnie śledziłam) TVP straciła zapał, grupa inicjatywna wystosowała list otwarty do prezesa Kwiatkowskiego. "Uprzedzająco grzeczny i pokorny", prawda redaktorze Michalski?

Przesuwanie spraw związanych z organizacjami obywatelskimi na koniec Państwa listy priorytetów uważamy za niedopuszczalne. (...) Zapisy Deklaracji – jak nas zapewniano – nie budziły Państwa wątpliwości. Na usprawiedliwienie przekładania terminu jej przyjęcia podawany był jedynie argument związany z wewnętrznymi trudnościami Telewizji. (...) Chcielibyśmy podkreślić z całą mocą, że bieżące problemy TVP nie mogą stanowić wytłumaczenia opieszałości w podejmowaniu decyzji. Zdajemy sobie sprawę, że najpierw prowadzone przed Sejmową Komisją Śledczą postępowanie a w ostatnim czasie ogłoszony konkurs na prezesa TVP nie sprzyjają zajęciu się dodatkowymi sprawami. Oświadczamy jednak, że te kwestie nie stanowią dla nas wystarczającego argumentu na rzecz odkładania przyjęcia Deklaracji. Zdajemy sobie bowiem sprawę, iż wskazane wyżej okoliczności nie stoją na przeszkodzie podejmowania przez Pana codziennie ważnych decyzji, za którymi stoją często poważne zobowiązania finansowe. Z tego punktu widzenia, decyzja dotycząca Deklaracji, mająca w dużej mierze charakter symboliczny, jest znacznie prostsza, tym bardziej, że jej zapisy bez kłopotu można wyinterpretować z artykułu 21 ustawy o radiofonii i telewizji. Nie znajdując zatem żadnego wytłumaczenia odwlekania podpisania Deklaracji, oczekujemy od Pana - jako osoby pełniącej funkcję publiczną - bliższego zainteresowania się tą sprawą i podjęcia kroków w celu zakończenia prac nad Deklaracją współpracy z organizacjami pozarządowymi.

Więcej: "List otwarty do prezesa TVP"

Grudzień 2003. Pierwsze i jedyne spotkanie z Robertem Kwiatkowski. Kilka osób z strony TVP, kilka osób z organizacji. I tu biję się w piersi. Byłam grzeczna i uprzejma, nawet nie zadałam żadnego złośliwego pytania o aferę Rywina. No i odniosłam osobistą korzyść w postaci kawy opłaconej przez Kwiatkowskiego. Niewykluczone nawet, że z ciastkiem.

Luty 2004. Robert Kwiatkowski przestaje być prezesem TVP. Prace grupy inicjatywnej trwały dalej ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Podsumowanie tego co się działo i na czym (nie) stanęło znajdziecie w relacji ze spotkania  pod tytułem "Publiczna telewizja - wyzwanie nie tylko dla polityków".

Więcej: Publiczna telewizja - wyzwanie nie tylko dla polityków"

I to jest cała historia. To co zostało przedstawione jako dowód na moje zakłamanie i dorabianie się na kontraktach negocjowanych "uprzedzająco grzecznie i pokornie" z kimś kogo krytykowałam w internecie naprawdę było udziałem w dwuletniej całkowicie społecznej inicjatywie grupy przedstawicieli organizacji pozarządowych próbujących wymusić na telewizji publicznej większe zainteresowanie sprawami społecznymi, oddanie jakiegoś kawałka opanowanej przez polityków i komercję telewizji obywatelom i ich sprawom. Żadna z osób ani organizacji uczestniczących w tych pracach nie wzięła za to ani złotówki i nie robiła tego w nadziei, że kiedyś weźmie. Jeśli zaś o mnie chodzi to mój stosunek do Kwiatkowskiego był od początku jasny dla każdego bo zawodowo mam o nim takie same zdanie jak blogowo, tyle tylko, że omawianie pod pseudonimem afery Rywina dawało mi ten komfort, że jak się spotkałam z Kwiatkowskim w sprawie całkowicie apolitycznej, nie widział we mnie Kataryny, gdybym pisała pod nazwiskiem nie mogłabym uczestniczyć w tej inicjatywie bo bałabym się, że sama moja tam obecność jej zaszkodzi a nikt  poza mną nie powinien ponosić konsekwencji moich poglądów. Jeśli już łączyć te światy to właśnie komentowanie afery Rywina w internecie było dla mnie dodatkową motywacją, żeby w realu spróbować zrobić coś, żeby z tą telewizją nie było tak tragicznie. Naiwne prawie tak jak wiara, że jak się da dziennikarzowi numer zarejestrowanego na siebie telefonu komórkowego to nie będzie próbował ustalić tożsamości. Najgorsze, że te informacje można było bardzo łatwo zweryfikować bo w tekstach na portalu pojawia się tyle nazwisk osób, które można bez trudu wyguglać, że w godzinę bez wychodzenia z domu można było dowiedzieć się wszystkiego o pracach grupy. Ustalenie listy zleceniobiorców TVP też nie jest trudne, takie dane może prawdopodobnie uzyskać nawet osoba fizyczna bez legitymacji dziennikarskiej w trybie dostępu do informacji publicznej (właśnie to testujemy). Nie jest więc tak, że czegoś nie dało się ustalić, ktoś się pomylił, pogubił, zadanie go przerosło. Nikt nawet nie próbował.

Jeśli informacje o zarabianych przeze mnie u Kwiatkowskiego pieniądzach się nie potwierdzą, co zostanie z wczorajszej akcji Dziennika? Zostanie niczym nieusprawiedliwiony gwałt na prawie do prywatności osoby, której jedyną winą było to, że odważyła się odzywać - może za głupio, może za głośno ale przecież zgodnie z prawem. Tłumaczenie, że sama się prosiłam tymi wszystkimi wywiadami do mediów i zwracaniem na siebie uwagi są jak usprawiedliwianie gwałtu tym, że się ofiara wyzywająco ubierała więc ma za swoje.

PS. Ze zdumieniem przeczytałam wyrzuty kolejnego dziennikarza rzuconego na odcinek walki ze mną, że Dziennik zadał w artykule o mnie jakieś fundamentalne pytania, oczekuje odpowiedzi i najwyraźniej jest zawiedziony, że zajęta prostowaniem kłamstw jeszcze jej nie udzieliłam.

Dziennik: Choć po naszym artykule Kataryna w emocjonalnym wpisie na swym blogu zarzuciła nam nieuczciwość, nie odpowiedziała nam na pytania jakie postawiliśmy w naszym artykule. Przede wszystkim: jakie są granice anonimowości blogerów? Czy ukrywającym się pod pseudonimem autorom wolno wyrażać najostrzejsze nawet sądy, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności?

Nie wiem dlaczego do mnie to pytanie i dlaczego przy tej okazji skoro tekst był nie o tym ale odpowiem. Granice odpowiedzialności każdego z nas wyznacza obowiązujące prawo, jeśli jest złe - trzeba je zmieniać. Pomysł aby kiepskie prawo zastąpić medialnym linczem na kimś kto nawet niespecjalnie zawinił jest pomysłem chorym choć jego realizacja może być widowiskowa jeśli kozioł ofiarny jest wystarczająco sławny. A o odpowiedzialności za słowo porozmawiamy zapewne szerzej przy nieuchronnych przepychankach ze sprostowaniami jakie wysłałam dzisiaj do Dziennika. Bardzo się postarałam i liczę, że wasi prawicy to docenią.



 Redaktor naczelny DZIENNIKA odpowiada blogerom

niedziela 24 maja 2009 13:37
List otwarty do obrońców Kataryny


Pocałujcie mnie w dupę... - tak powinien zaczynać się list do Was, gdybym się chciał trzymać Waszej konwencji. Przeczytałem wpisy na Dzienniku.pl, nie znalazłem argumentów, a tylko chamskie inwektywy. Z reguły z Wami nie rozmawiam, ale tym razem odpowiem. Podobno lubicie szczerość, więc szczerze - pisze do oburzonych internautów Robert Krasowski.

Od lat zmuszony jestem czytać wpisy pod tekstami Dziennika.pl. Osobiście nie mogę narzekać, piszę nudne komentarze do "Europy", pod nimi znajduję więc kompetentnych ludzi, którzy chcą poważnie porozmawiać. Ale widzę, co się dzieje pod innymi artykułami - i DZIENNIKA, i Wyborczej, czy Onetu. Mający coś do powiedzenia forumowicze są w mniejszości, dominują natomiast frustraci. Małe ludziki z Gogola czy Dostojewskiego, którzy wylewają żółć na cały świat. Nienawidzicie wszystkich za wszystko. Nie wchodzicie na fora, by dyskutować, ale aby każdego, kto się nawinie, wdeptać w ziemię.

Myślicie, że jestem dziennikarskim biurokratą. Starym prykiem, którego oburza Wasz jędrny język. Błąd. Lubię internet, lubię internautów i lubię ostry język. Nie lubię tylko Was, zawistników, którzy się stali plagą polskiego internetu. Wejdźcie na strony gazet zachodnich, nawet w bulwarówkach nie ma tak debilnych wpisów, jak Wasze. Witajcie komuszki... Niemieckie sługusy... Żydowskie pachołki... Lokaje Tuska... Tak zaczynają się Wasze wpisy i na tym się kończą. Zero myśli, zero finezji, zero dowcipu.

Czujecie się rycerzami wolności. Czujecie się też bohaterami. Pozdrawiacie się na postach jak wojownicy po wygranej walce. Znowu przypieprzyliście dziennikarzowi, politykowi czy aktorowi. Trafiony, zatopiony. Jednak choć raz spójrzcie na siebie chłodnym okiem. Niczego wielkiego jeszcze nigdy nie zrobiliście, niczego ważnego nie odkryliście, żadnej afery nie ujawniliście. Każdego dnia czujecie się jak Neo z Matrixa, włączacie komputery i myślicie, że walczycie z całym światem. Ale jaki cios temu światu zadaliście? Wymieńcie jeden Wasz sukces, jedną ranę, która zadaliście elitom, których tak nie znosicie. Nie ma żadnej. Brak wam do tego kompetencji, siły i odwagi. Jedynie anonimowo opluwacie wszystko i wszystkich. Jesteście jak Lucuś z opowiadania Mrożka, który codziennie wracał do domu i czuł się bohaterem, bo na drzwiach kibla wypisywał buntownicze hasła.

Nie wierzycie? To jak wygląda Wasze ryzyko? Gdzie są Wasze ofiary, gdzie te straszne rany, jakie zadał Wam Matrix? Jak rozumiem DZIENNIK zadał pierwszą w historii. A polega na tym, że jednemu z Was zdarto przyłbicę, pozbawiając maski anonimowości. Skarżycie się, że to wielki dramat, bo ktoś się dowie w Waszej pracy, kim anonimowo jesteście w sieci. Boicie się, bo po raz pierwszy w Waszym heroicznym życiu pod własnym nazwiskiem wypowiecie swoje poglądy. Drodzy bohaterowie, my dziennikarze codziennie to robimy. Piszemy dzień w dzień pod nazwiskiem. Szydzicie z nas, ale czy wiecie, że dwa przegrane procesy oznaczają odpowiedzialność karną? Wiecie, że większość z nas ma na głowie wiele takich procesów? A mimo to piszemy demaskujące władzę teksty. Macie nas za sługusów władzy, bo tych tekstów jest za mało. Napiszcie więc sami choć jeden.

Wyjaśnijmy też sobie kwestię anonimowości w sieci. Jestem za. W wielu krajach, także w Polsce, jednostka jest za słaba w porównaniu z władzą, z potężnymi koncernami, prawo często jest tylko iluzją. Internet jest więc siłą, która może patrzeć władzy na ręce. Ale Wy władzy na ręce nie patrzycie. Nie próbujecie ustalać faktów, szukać dowodów, dociskać. Wy się tylko mądrzycie. Kłopot w tym, że większość z Was nawet w tej roli nie jest groźna, a jedynie komiczna. Przyjrzyjcie się wpisom na stronach angielskich czy francuskich gazet. Tamci internauci mają inteligencję i wigor, przy nich jesteście zwykłymi nielotami.

Na koniec kwestia Kataryny. DZIENNIK nie chciał jej wystawić władzy. Wiecie dobrze, że sama Kataryna powiedziała, że jeśli Czuma się zgłosi, to ona się ujawni i stanie przed sądem. Macie pretensję, że szantażowaliśmy Katarynę, ale prawda jest taka że wysłaliśmy jej informację o tym, że wiemy kim jest i chcemy pogadać. Dla "Lucusiów" to koniec świata, ale drodzy bohaterowie, tak właśnie wygląda prawdziwe dziennikarstwo. Tak się namawia ludzi do przekazywania informacji.

Mówicie, że nie mamy prawa ujawniać Kataryny. Otóż mamy, nie zrobiliśmy tego tylko dlatego, że nie chcieliśmy wystąpić w roli sojuszników władzy. Ale jeśli zechcemy, każdego możemy ujawnić. Jesteśmy dziennikarzami, a nie pluszowymi misiami, jak Wy. Mamy prawo wchodzić wszędzie tam, gdzie rozpościera się sfera publiczna. Bijecie we władzę, w opozycję, rozliczacie nas, analizujecie nawet nasze myśli i rzekomo brudne intencje. Piszecie, kto nam płaci i za co. Dlaczego nie możemy pogrzebać w Waszych życiorysach i sprawdzić, kto z kolei Wam płaci?

Budzi to w Was przerażenie? Że jutro taki sam sms, jak do Kataryny, przyjdzie do Was? Bo tego się właśnie boicie, stąd ten cały wielki szum w sieci, wielki bój o anonimowość. Uspokoję was, sms do Was nie przyjdzie, bo jesteście za mali.

Podobno kultowym filmem w Waszym światku jest Matrix. Więc zrozumiecie metaforę. Nie ma w Was nic z wielkości Neo. Jesteście Cypherami, małymi tchórzliwymi kolaborantami, którzy walkę z Matrixem przy pierwszym ryzyku zamienią na służbę. Demaskowanie Was to jak grzebanie w błocie, dlatego wolimy po staremu pisać o politykach. To też bagno, ale jego mieszkańcy przynajmniej nie płaczą ze strachu.

Robert Krasowski, redaktor naczelny DZIENNIKA

PS. Przepraszam większość internautów za powyższy list. Oczywiście nie jest on skierowany do nich, a tylko do tej wąskiej i hałaśliwej grupy, która samozwańczo nadała ton polskiej sieci. Co do tytułu listu wyjaśniam, że nie kieruję go do wszystkich obrońców Kataryny. Wielu z nich to poważni blogerzy i forumowicze, którzy posługują się rzeczowymi argumentami. Spór dotyczy jedynie tej hałaśliwej grupki, która za chwilę zacznie mnie wyzywać od zdrajców, żydów, pedałów, komuchów i szwabów. Jak sądzę, wszyscy mamy ich dość.

Robert Krasowski



I ujawnimy wszystkich obrzydliwców
KATARYNA
24.05.2009

Robert Krasowski: Mówicie, że nie mieliśmy prawa ujawniać Kataryny. Otóż mamy, nie zrobiliśmy tego tylko dlatego, że nie chcieliśmy wystąpić w roli sojuszników władzy. Ale jeśli zechcemy, każdego możemy ujawnić. (...) Dlaczego nie możemy pogrzebać w Waszych życiorysach i sprawdzić kto z kolei wam płaci. Budzi to w was przerażenie? Że jutro taki sms jak do Kataryny przyjdzie do was?

Po tym jak Dziennik mnie zdemaskował mój kolega gej opowiadał w jaką panikę wpadł jego przyjaciel, też gej, który prowadzi bloga gejowskiego a w realu się ze swoją orientacją nie obnosi - nie czuje takiej potrzeby i nie chce, żeby jego orientacja kogokolwiek zajmowała. Ma prawo? Chyba tak ale może już niedługo. Nie wiem o czym pisze, może o swoim chłopaku, może o dyskotekach, a może jest gejowskim aktywistą lobbującym w sieci za prawem do adopcji dzieci przez homoseksualistów. Czy jeśli jego blog stanie się  za bardzo znany, jego wypowiedzi zbyt wkurzające, a jego propaganda irytująco skuteczna każda gazeta będzie mogła ujawnić tożsamość znanego gejowskiego blogera?

Swego czasu było dużo szumu wokół blogera Michała Pretma, który prowadzi świetnego bloga HGW Watch i nadepnął na odcisk warszawskim urzędnikom tak bardzo, że w prasie pojawiły się nawet wypowiedzi urzędników Ratusza zapowiadających sprawdzenie, czy aby nie jest on urzędnikiem samorządowym. Nie wiem kim jest Michał Pretm, o ile wiem nikim kto miałby tu jakiś konflikt interesów albo nadużywał stanowiska jakie pełni w realu do swojej blogowej działalności, to po prostu inteligentny i pracowity człowiek dobrze obeznany z ustawą o dostępie do informacji publicznej.  Znany i skuteczny, liczą się z nim. Czy to wystarcza aby go wytropić i ujawnić, wytykając mu podwójne życie bo będąc właścicielem firmy kateringowej dostarcza kanapki do Ratusza, którego działania krytykuje na blogu.

No i wreszcie, czy ktoś kto natknął się na bloga słynnej "Agaty" i wie jak ma na imię i nazwisko, powinien radośnie podzielić się odkryciem? Wywalić na pierwszej stronie do której klasy chodzi i ile ma liter w nazwisku, upewniając się czy takie informacje wystarczą do jednoznacznego rozszyfrowania jej tożsamości przez najbardziej nawet nierozgarniętego czytelnika? W czasach gdy sprawa "Agaty" była głośna znałam adres jej bloga ale nie przyszło mi do głowy opublikować go, choć niewątpliwie liczba odwiedzin na moim blogu poszybowałaby w górę, a i dyskutować o samej sprawie "Agaty" byłoby łatwiej mogąc konfrontować każdego z tym co ona wtedy pisała. Jak widać nie nadaję się na dziennikarza.

Jest jednak kategoria anonimów, których anonimowość nikomu nie przeszkadza, a już najmniej samym dziennikarzom. To oczywiście tzw. "anonimowi informatorzy", na których powołuje się każdy dziennikarz. Niezrozumiała dla mnie walka dziennikarzy o odarcie wszystkich opinii z anonimowości każe sobie zadać pytanie o sens instytucji "anonimowego informatora". Jeśli tak bardzo szkodliwe jest to, że ludzie sobie wyrabiają opinie na podstawie anonimowych komentarzy internautów, to tym bardziej szkodliwe jest jeśli tę opinię sobie wyrabiają na podstawie jakichś przywołanych przez dziennikarza "anonimowych informatorów", którzy być może istnieli tylko w dziennikarskim palcu z którego zostali wyssani. Może zatem w ramach walki o pełną jawność debaty publicznej zakazać powoływania się w artykułach na anonimowe źródła, gdzie i możliwość manipulacji, i siła rażenia są nieporównywalne z nawet najbardziej popularnym blogiem. Krytykowanie czyjejś blogowej anonimowości gdy się samemu buduje każdy swój artykuł z anonimowych wypowiedzi informatorów o których czytelnik nic nie wie i nawet nie ma pewności czy istnieją jest trochę niekonsekwentne. Ale może i to się zmieni bo skoro ujawnić można każdego to może cudzych informatorów też. W imię jawności. Tyle, że nie o pryncypia i wiarygodność przekazu chodzi w tej całej awanturze ale o ochronę przed krytyką, co celnie ujął Piotr Śmiłowicz z Newsweeka.

Piotr Śmiłowicz: [Kataryna] nie powinna się dziwić, że skoro ciągnęła tygrysa za wąsy, tygrys w końcu ugryzł. (...) Mam też nadzieję, że wnioski z tego przypadku wyciągną wszyscy Anonimowi Blogerzy. Kochani, pamiętajcie. Możecie drażnić tygrysa, ale z ciągnięciem za wąsy już bym uważał.

 Wracając do listu otwartego Roberta Krasowskiego, jest w nim jeszcze jeden fragment, który mnie zaintrygował, choć myślę, że jest raczej efektem emocji, które poniosły redaktora niż prawdą o dziennikarskiej kuchni.

Robert Krasowski: Macie pretensje, że szantażowaliśmy Katarynę, ale prawda jest taka, że wysłaliśmy jej informację o tym, że wiemy kim jest i chcemy pogadać. (...) Tak właśnie wygląda prawdziwe dziennikarstwo. Tak się namawia ludzi do przekazywania informacji.

Nie wierzę, że prawdziwe dziennikarstwo to łapanie potencjalnych informatorów na propozycje pracy, straszenie kolegami z innej gazety i składanie propozycji nie do odrzucenia. Myślałam, że ten sms to rozpaczliwiec niedoświadczonej dziennikarki i jestem w lekkim szoku, że takie metody popiera redaktor naczelny poważnej gazety.



Smutna sprawa Kataryny
Wojciech Czuchnowski
2009-05-24,

Od kilku dni internet i łamy niektórych gazet rozgrzewa spór o to, czy dobrze się stało, że anonimowość autorki bloga posługującej się pseudonimem Kataryna, balansuje na krawędzi ujawnienia.

W obronę Kataryny, której tożsamość niemal ujawnił "Dziennik", zaangażowali się inni anonimowcy. Wspierają ich właściciele stron internetowych, którzy Katarynę i jej ukrytych za pseudonimami kolegów publikują w sieci. Obie te grupy wyznają pogląd, że ukrywanie swojego nazwiska jest prawem autora - uczestnika debaty publicznej. A próba ujawnienia jego danych to zamach na demokrację i wolność słowa.

Czym innym są rozważania o skutkach anonimowości w mediach, co czyni Wojciech Czuchnowski, a czym innym bandycki szantaż, jaki wobec Kataryny zastosowano. Co gorsze później usprawiedliwiany moralizującymi felietonami - polemizuje Paweł Wroński.

Ogólnodostępny internetowy blog jest takim samym środkiem masowego przekazu jak drukowana gazeta czy media elektroniczne. Tak jak w innych mediach autorzy blogów korzystają z podobnych praw i mają podobne obowiązki. Te prawa to: krytyka władzy, głoszenie własnych poglądów, ujawnianie faktów istotnych z punktu widzenia interesu publicznego. To również konstytucyjnie zagwarantowana wolność od cenzury.

Obowiązki to: pisanie prawdy, zachowanie staranności, sprawdzanie faktów, oddawanie głosu drugiej stronie.

Wyobraźmy sobie teraz, że pod gazetowymi artykułami dziennikarze zaczynają podpisywać się pseudonimami. Publikując komentarze, teksty śledcze, ujawniając afery, nie firmują tego własnym nazwiskiem a redakcje oświadczają, że wara wszystkim od tożsamości autora.

Taka sytuacja jest dopuszczalna tylko w kraju totalitarnym, gdzie za pisanie prawdy dziennikarze ponoszą cenę utraty pracy, wolności, a nawet życia.

W demokracji anonimowość uczestnika debaty publicznej nie jest żadną wartością i nie ma nic wspólnego z wolnością słowa. Jest tej wolności karykaturą. Wmawianie ludziom, że jest inaczej to robienie im wody z mózgu i psucie pojęcia o demokracji. Powinna o tym wiedzieć pani Kataryna, służbowo ponoć zajmująca się społeczeństwem obywatelskim.

W demokracji odwaga cywilna wymaga, by własne poglądy i opinie wygłaszać z otwartą przyłbicą. To podstawowy warunek wiarygodności i szacunku, którego tak domagają się ukryci za pseudonimami blogerzy.

Społeczeństwo obywatelskie to społeczeństwo ludzi wolnych a więc takich, którzy nie boją się odpowiedzialności za własne słowa.

W PRL marzenie opozycji o wolnych mediach, było nie tylko marzeniem o wolności słowa, ale i o prawie do otwartego głoszenia swoich poglądów. W prasie podziemnej podpisywanie się własnym nazwiskiem stanowiło nie tylko akt odwagi ale i gest sprzeciwu.

Smutne, że takie rzeczy trzeba przypominać. Smutne, że anonimowość, czyli zwykłe tchórzostwo, ma dziś w wolnej Polsce tylu obrońców. Żal mi was i tego społeczeństwa, które budujecie a które obywatelskie jest tylko z nazwy.



Wara wam od naszych praw
KATARYNA
25.05.2009

Ta dyskusja robi się coraz bardziej irytująca, a argumenty coraz bardziej absurdalne. Jeśli w sprawie Dziennik kontra Kataryna jest coś wartego rozstrząsania, wykraczającego poza jednostkowy przypadek ataku mainstreamowej gazety na nielubianą blogerkę, to  są tym granice swobody pozyskiwania i wykorzystywania informacji przez dziennikarzy. Ale o tym jakoś nikt nie ma ochoty rozmawiać, rozpętała się natomiast wielka dyskusja na temat tego jak bardzo niemoralne jest pisanie pod pseudonimem. Nawet Wojciech Czuchnowski się włączył. Choć może to "nawet" jest tu nie na miejscu, jego akurat należało się spodziewać. I o czym chce rozmawiać Czuchnowski? Ano wyłącznie o anonimowości, zakładam zatem, że wszystko inne co się tu stało nie budzi jego zastrzeżeń. Nie żeby mnie to dziwiło.

Wojciech Czuchnowski: Obie te grupy wyznają pogląd, że ukrywanie swojego nazwiska jest prawem autora - uczestnika debaty publicznej. A próba ujawnienia jego danych to zamach na demokrację i wolność słowa. (...) W demokracji odwaga cywilna wymaga, by własne poglądy i opinie wygłaszać z otwartą przyłbicą. To podstawowy warunek wiarygodności i szacunku, którego tak domagają się ukryci za pseudonimami blogerzy. Społeczeństwo obywatelskie to społeczeństwo ludzi wolnych a więc takich, którzy nie boją się odpowiedzialności za własne słowa.

My się żadnego szacunku nie domagamy, nie oczekujemy też, że ktoś będzie nasze wypowiedzi uważał za wiarygodne. My tylko chcemy aby uszanowano nasze prawo do anonimowości bo w demokratycznym państwie i zdrowym społeczeństwie nikt nikogo nie może zmuszać do czegoś czego mu prawo nie nakazuje. Możecie sobie o nas myśleć co chcecie, możecie nas nie czytać, możecie nas nie szanować, możecie się zżymać, że jesteśmy tchórzami ale to wszystko co możecie. Od naszych prawa wara wam. Z faktu, że sobie Czuchnowski czy ktokolwiek inny ubzdurał, że każdy musi pisać pod nazwiskiem bo im się tak wydaje nie wynikają póki co żadne nasze obowiązki bo te reguluje prawo. Człowiek wolny to taki, który sam decyduje o formie udziału w debacie publicznej, jedni robią to za diety w sejmie, inni robią to za honoraria w gazecie, a jeszcze inni robią to za darmo tam gdzie chcą. Wydaje mi się, że o to chodziło z tą wolnością, której dwudziestolecie będziemy za chwilę świętować.

Wojciech Czuchnowski: Wyobraźmy sobie teraz, że pod gazetowymi artykułami dziennikarze zaczynają podpisywać się pseudonimami. Publikując komentarze, teksty śledcze, ujawniając afery, nie firmują tego własnym nazwiskiem a redakcje oświadczają, że wara wszystkim od tożsamości autora.

Ano wyobraźmy sobie. Albo przypomnijmy. W czasach komisji śledczej ds Rywina na drugiej stronie Gazety Wyborczej ukazał się list podpisany Andrzej Zagozda o treści następującej.

Andrzej Zagozda: W tygodniku "Newsweek" Piotr Zaremba napisał: "Bolesław Sulik, który przed sejmową komisją śledczą swoją rolę w stosunkach Adam Michnik - Robert Kwiatkowski opisywał po trosze jako rolę posłańca". Napisał nieprawdę. Ponieważ uczynił to po raz wtóry, można domniemywać, że skłamał z pełną świadomością. Starannie przejrzałem zeznania Bolesława Sulika. Sulik mówi tam, że raz jeden "chyba Piotr Niemczycki albo Wanda Rapaczyńska zwróciła się do mnie, czy ja mógłbym zorganizować rozmowy z prezesem Kwiatkowskim". Nigdy natomiast nie określał swej roli w stosunkach Michnik - Kwiatkowski. Kłamstwo - przypominam ten banał Zarembie - nawet wielokrotnie powtórzone, nie staje się prawdą. Zaś uporczywy nawyk kłamstwa jest brzydkim rysem charakteru.

Andrzej Zagozda to pseudonim Adama Michnika, o czym większość czytelników tego listu zapewne nie wiedziała i odebrała to jako normalny list do redakcji osoby całkowicie postronnej w tej sprawie. Z jakiegoś powodu Adam Michnik zamiast odpowiedzieć Piotrowi Zarembie normalnym komentarzem podpisanym swoim nazwiskiem wolał go skarcić publikując w gazecie, której jest szefem swoją odpowiedź podpisaną pseudonimem, na dodatek w dziale "Listy". Może jakiś moralizujący komentarzyk do tego? Rozumiem też, że Czuchnowski jako zwolennik tezy, że każdy i w każdych warunkach musi się podpisywać pod każdym swoim słowem imieniem i nazwiskiem od dzisiaj rezygnuje z okraszania swoich artykułów wypowiedziami "anonimowych informatorów". Jak jawność to jawność, nie można kryć tchórzy, którzy nie chcą się podpisać pod tym co mówią.

Jednego im wszystkim zazdroszczę. Niczym niezmąconej wiary, że żyjemy w kraju tak normalnym, że jakiekolwiek negatywne konsekwencje głoszenia niepopularnych poglądów są po prostu niemożliwe bo polityków i media mamy tak do bólu etyczne, że nikomu nie przyjdzie do głowy szykanowanie kogokolwiek za to co pisze. Zupełnie jakby Dziennik właśnie nie udowodnił jak bardzo można oberwać wyłącznie za poglądy.



 poniedziałek 25 maja 2009 20:20
Kukiz: Chętnie sam pozwałbym Katarynę


Paweł Kukiz, jak przyznaje, był niejednokrotnie atakowany przez Katarynę, dlatego zdecydowanie opowiada się za tym, by ludzie wypowiadający się na ważkie tematy w sieci, odpowiadali za swoje słowa. "Te nicki i anominowość przypominają mi czasy komuny: >>Uprzejmie donoszę<< i podpis >>Życzliwy<<" - mówi muzyk.

Ja również byłem i jestem przez internautów atakowany w sposób - delikatnie mówiąc - niestosowny. Pani Katarynie mógłbym wytoczyć proces o naruszenie dóbr osobistych, ale po pierwsze: czasu na to nie mam, a po drugie - boję się, że moim śladem podążyłoby jeszcze parę osób i po procesie oraz informacji o kwocie zadośćuczynienia dla wszystkich powodów pani Kataryna rzuciłaby się na linę. A wtedy miałbym wyrzuty sumienia.

Ja wszystko przyjmę, pod warunkiem, że krytykant podpisze się imieniem i nazwiskiem. Wchodząc na fora internetowe, loguję się pod własnym nazwiskiem i podaję adres mailowy. Te nicki i anonimowość przypominają mi czasy komuny: "Uprzejmie donoszę" i podpis "Życzliwy". A Kataryna gra tak, jak na to państwo i prawo pozwala.
______________________________________________

ZOBACZ TAKŻE:

>>> Mezo: Nie opluwam internautów, tylko frustratów
>>> Krzysztof Ibisz: Internetowi frustraci to margines
>>> Edyta Herbuś: Ujawniać dane chamskich internautów

Paweł Kukiz, lider zespołu Piersi



Panie Kukiz! Śmiało!
KATARYNA
25.05.2009

Paweł Kukiz: Ja również byłem i jestem przez internautów atakowany w sposób - delikatnie mówiąc - niestosowny. Pani Katarynie mógłbym wytoczyć proces o naruszenie dóbr osobistych, ale po pierwsze: czasu na to nie mam, a po drugie - boję się, że moim śladem podążyłoby jeszcze parę osób i po procesie oraz informacji o kwocie zadośćuczynienia dla wszystkich powodów pani Kataryna rzuciłaby się na linę. A wtedy miałbym wyrzuty sumienia.

Panie Kukiz, śmiało! Nie przypominam sobie abym o panu pisała  więc proszę mnie oświecić, za które z moich tekstów chciałby mnie pan pozwać? Na linę się nie rzucę, bez obaw. Po prostu ciekawa jestem czym obraziłam. Kto następny do lania ślozów nad ranami zadanymi przez Katarynę? Mandaryna? Rafał Mroczek? Śmiało, jest okazja się polansować, Dziennik na pewno zacytuje i nie będzie dopytywał o co chodzi.

Paranoja! Nie pamiętam abym się kiedykolwiek zajmowała Kukizem ale może mi ktoś przypomni. Może ja rzeczywiście już nie panuję nad tym co piszę. Będę wdzięczna za linki do moich tekstów za które Kukiz mógłby mnie pozwać tak, że bym się na linę z rozpaczy rzuciła.




ślozy nad ranami

Paweł Kukiz

Pani "Kataryno"
określenie "idiota" (http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28&w=87090415&v=2&s=0) - w jakimkolwiek kontekście użyte- jest obrazliwe. To po pierwsze. Po drugie "Dziennik" bez mojej wiedzy zatytułował notkę "Chętnie wytoczyłbym proces...itd". Dalej wszystko juz jest autoryzowane.
O żadnym procesie nie myślę ale z drugiej strony uważam, że człowiek powinien ponosić odpowiedzialność za słowo. Opluwanie kogoś w necie "pod przykryciem" kojarzy mi się z donosami z czasów komuny. Ja nie ukrywam swojej tożsamości a jeśli mam coś do wykrzyczenia to robię to publicznie.Na scenie, w sieci.Dając nazwisko i twarz. Pani określenie mnie mianem idioty to i tak nic w stosunku do tego co o sobie na różnych forach mam okazję przeczytac :-))). Niemniej uważam, że skoro Pani tak bardzo walczy o prawo, zasady, sprawiedliwość to powinna być Pani wzorem tych cnót. A po trzecie- obserwując godziny Pani wpisów i Pani aktywność w sieci zastanawiam się kiedy ma Pani czas na pracę w Fundacji? Pozdrawiam
Paweł Kukiz ( "Szarik" :-))))) )

2009-05-26 03:38
pkukiz



@ Paweł Kukiz

KATARYNA

Po pierwsze, nie nazwałam Pana idiotą tylko zapytałam czy jest Pan cynikiem czy idiotą, nie rozumiem dlaczego z tych dwóch opcji wybrał Pan sobie obrazić się akurat za idiotę gdy ja sprawy nie przesądzałam.

Po drugie, gratuluję dystansu do siebie jeśli śledzi Pan fora internetowe po to, żeby wyłapać i zapamiętać każdą pojedynczą wypowiedź o sobie, nawet tak niewinną jak ta. Miał Pan ją spisaną w kajeciku gdzie trzyma Pan wszystkie wypowiedzi za które czuje się Pan obrażony czy dopiero jak Dziennik się zwrócił o wsparcie zrobił Pan przegląd wszystkiego co kiedykolwiek napisałam pod kątem tego czy nie było tam czegoś o Panu?

Po trzecie, jeśli uważa Pan, że za tę wypowiedź jakikolwiek sąd przyznałby Panu ode mnie gigantyczne odszkodowanie to chyba buja Pan w obłokach. Najpierw deklaruje Pan publicznie przywiązanie do PO i pracę dla ich kampanii:

"Przed wyborami politycy sięgają także po wsparcie ludzi, którzy autorytetami mogą być dla młodego pokolenia. Prym wśród nich wiodą gwiazdy estrady. -
Popieram centroprawicę, a taką partią jest Platforma Obywatelska - mówi Paweł Kukiz. - Jestem związany z Platformą od lat. W tej kampanii, oczywiście, mogę zagrać - deklaruje Kukiz"

A potem się Pan strasznie obraża, że ktoś uznaje za świadectwo cynizmu albo głupoty (niepotrzebne skreślić) Pańskie deklaracje, że nie chce być Pan kojarzony z żadną partią. Śmiech na sali. Gdyby Pan mnie pozwał za tę wypowiedź byłby śmiech na całą Polskę a nie moje rzucanie się na linę.

Po czwarte, ja nie śpiewam, ja bloguję. Czy gdybym napisała na blogu to co Pan wyśpiewuje "Jak ja was k..wy nienawidzę, i jak ja wami k..wy gardzę" to byłoby w porządku czy takie bluzgi tylko wyśpiewane uchodzą? A gdybym wyśpiewała to za co się Pan obraził, coś by się zmieniło? Paradne, że ktoś kto umie ze sceny tak nabluzgać staje się taki delikatny gdy chodzi o jego osobę.

Po piąte, widząc jakie osoby i z jak absurdalnymi pretensjami się zgłaszają do nagonki zaczynam coraz wyraźniej widzieć, że to naprawdę jest walka o to co wolno nam powiedzieć. Bo najwyraźniej politycy, media i niektóre gwiazdy uważają, że nic. Poza oczywiście zwyczajowym "łubu dubu, łubu dubu niech żyje nam..."

A o moją pracę proszę się nie martwić bo jestem bo jestem na urlopie.
2009-05-26 06:44
kataryna



Bój o wolne słowo

Kataryna, wszystko idzie w dobrym kierunku. Oto dzięki Tobie zaczął się realny bój o wolne słowo. Niesiołowski może w TVN24 systematycznie wykrzykiwać obelgi, ostatnio, że prezydent jest kłamcą ( recenzja orędzia) a Paweł Kukiz grozi Ci procesem o zniesławienie za ocenę jego uczestnictwa w kampanii wyborczej PO. Świat zwariował. Precyzując niektórzy obywatele RP. W tej zadymie zwyciężasz.

2009-05-26 03:39
Janina Jankowska


@Janina Jankowska

"Bój o wolne słowo
Kataryna, wszystko idzie w dobrym kierunku. Oto dzięki Tobie zaczął się realny bój o wolne słowo. [...] W tej zadymie zwyciężasz."

Pani chyba nie rozumie jak dzialają media.

O WOLNOŚCI SŁOWA W OGÓLE NIE POWINNO BYĆ DYSKUSJI.

Ta dyskusja została sztucznie zainicjowana - Kataryna jest tylko pretekstem i przykładem jak inicjatorzy potrafią niszczyć niezależnych publicystów. Celem jest właśnie poddanie wolności słowa w wątpliwość, zaczyna się zmasowana operacja propagandowa aby wbić opinii publicznej do głowy skojarzenie "anonimowość=problem". Po jakimś czasie powstanie stosowna ustawa i to będzie koniec wolności w Internecie. Kataryna zostanie "ukrzyżowana" aby nikt nie miał wątpliwości kto rządzi duszami społeczeństwa.

2009-05-26 08:28 Haribu 
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »