| Wskakujcie na rowery |
|
|
Kataryna, VII 2008
Ciekawe rzeczy można znaleźć w czasie rowerowych wycieczek, zwłaszcza w opuszczonych ruinach. Ostatnio na przykład - co za szczęśliwy zbieg okoliczności - kwity na Kaczyńskiego. Polska The Times: Papiery znalazł w miejscowości Księże Małe 53-letni łodzianin. - Jechałem rowerem, gdy zobaczyłem dzieci dźwigające szufladę pełną papierów - opowiada. - Zabrałem te kwity, bo nie powinny się walać po ulicy. Jak zobaczyłem podpis Kaczyńskiego i zorientowałem się, że to oryginały, zbladłem. Teraz zastanawiam się, co z tym zrobić. (...) Łodzianin, który przechowuje dokumenty, twierdzi, że dzieci wyniosły je z opustoszałej i zniszczonej willi w Księżych Młynach. Nie pierwszy to przypadek kiedy ktoś "przechodząc z tragarzami" znajduje dziwne kwity, dwa lata temu podobne szczęście miał inny rowerzysta, który w opuszczonej szopie znalazł teczki Teresy Boguckiej. Gazeta Wyborcza: Obie historie sporo łączy - panowie na rowerach, przypadkowe znalezisko w ruinach, tajemnicze kwity, które sprawiły, że jeden "zbladł", a drugi "poczuł strach" gdy je zobaczyli. Jak to dobrze, że nie jestem podejrzliwa bo bym się zaczęła zastanawiać nad tą nową metodą anonimowego podrzucania opinii publicznej sensacyjnych (?) kwitów. Chciałabym natomiast pochylić się nad artykułem w "Polsce" bo chyba objawił się nam nowy talent w moim ulubionym gatunku dziennikarskim - dmuchaniu sensacji. Dziennikarstwo insynuacyjne w najlepszym wydaniu, Nigdy nie czytałam "Polska The Times" ale już sobie dodaję ich stronę internetową do "ulubionych" bo widzę tam duży potencjał. Polska The Times: Kwity znalezione w województwie łódzkim to nie byle jakie. Jest wśród nich pisemna rekomendacja PC dla firmy Burgatti, chcącej kupić w 1991 roku koszaliński dziennik "Głos Pomorza", opatrzona podpisem prezesa Kaczyńskiego. Obok dwa listy poparcia dla firmy Burgatti, senatorów i posłów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego (OKP) związanych z PC. (...) W stercie papierów znajduje się także dokument świadczący, że rekomendacja nie była za darmo. To poświadczenie o wpłacie 35 mln starych złotych na kampanię prezydencką Lecha Wałęsy (mały dokument na zdjęciu). Pieniądze od Karola A. Mikołajczyka, większościowego udziałowca w firmie Burgatti, pobrało warszawskie biuro PC, które kampanię Wałęsy prowadziło. (...) Wśród pożółkłych kartek znaleźć można sondaż dotyczący preferencji politycznych warszawiaków w 1990 r., przed wyborami prezydenckimi. Opatrzono go adnotacją: "Do wyłącznego użytku Regionalnego Biura Porozumienia Centrum w Warszawie". (...) Małgorzata Kałużyńska-Jasak z Generalnego Inspektoratu Ochrony Danych Osobowych nie ma wątpliwości, że doszło do nieodpowiedniego potraktowania dokumentów i że sprawą powinna zająć się policja. - Znalazca powinien zgłosić się ze znaleziskiem do najbliższego komisariatu. Kwity to nie byle jakie! Niestety, na czym ta ich niebylejakość polega tego autor nie wyjaśnia. Szkoda, bo chętnie się dowiem gdzie tu sensacja. "Pisemna rekomendacja PC" i "dwa listy poparcia" raczej nią nie są bo takie partyjne popieranie było wtedy powszechną praktyką, o czym się można przekonać przeglądając gazetowe archiwa. Gazeta Wyborcza (marzec 1991): "Gromada Rolnik Polski" dla spółki "Corso" popieranej przez Lecha Wałęsę, Józefa Ślisza, Mieczysława Gila, Andrzeja Kerna, Andrzeja Wielowieyskiego, Lecha Kaczyńskiego, Ryszarda Bugaja, oraz PSL ,S'. Czy jest sensacją "dokument świadczący o tym, że rekomendacja nie była za darmo" czyli "poświadczenie o wpłacie 35 milionów starych złotych na kampanię prezydencką Lecha Wałęsy"? Być może, pod warunkiem, że autor umie wskazać związek przyczynowo-skutkowy. Nie wiem na jakiej podstawie wyrokuje, że te 35 milionów starych złotych (czyli dzisiejsze 3,5 tysiąca) to łapówka za rekomendację no ale "Polska" to chyba nie jest gazeta dla wymagających i dziennikarz się wysilać nie musi, ważne, żeby brzmiało sensacyjnie. I brzmi. Nawiasem mówiąc za takie insynuacje autorzy rekomendacji (a idę o zakład, że niektóre nazwiska by nas mocno zaskoczyły) powinni dziennikarza skarżyć za pomówienie, na drugi raz zadba o dowody. Jeśli coś w tym tekście zasługuje na uwagę (oczywiście poza imponującym warsztatem dziennikarza, który sklecił tak sensacyjny artykuł z niczego) to chyba kuriozalna wypowiedź babki z Generalnego Inspektoratu Ochrony Danych Osobowych, która "nie ma wątpliwości, że doszło do nieodpowiedniego potraktowania dokumentów i że sprawą powinna zająć się policja", zapominając, że nawet gdyby przechowywanie jawnych (!) dokumentów w prywatnym (!) domu było przestępstwem to się ono dawno przedawniło. No chyba, że chodzi o ściganie tych dzieciaków za wyniesienie ich w szufladzie i to im okrutnica z GIODO grozi grzywną lub więzieniem do lat dwóch. Jedna rzecz mnie jednak na serio zastanawia. Dokumentów są aż 4 kilogramy i wszystkie dotyczą PC. Skąd aż tyle partyjnych dokumentów na niedokończonej budowie u polsko-szwedzkiego biznesmena? Czy na pewno walają się tam od kilkunastu lat czy może trafiły tam niedawno, specjalnie po to, żeby zostać znalezione? Gdyby to był poważny artykuł poważnego dziennikarza pewnie bym się zaczęła poważnie zastanawiać. Dokumenty Kaczyńskiego poniewierały się na ulicy Teczki Boguckiej poniewierały się w szopie Dokumenty Kaczyńskiego poniewierały się na ulicy Marcin Derda 2008-07-24 Cztery kilogramy partyjnych dokumentów Porozumienia Centrum, byłej partii Jarosława Kaczyńskiego, poniewierały się koło Poddębic. Kwity znalezione w województwie łódzkim to nie byle jakie. Jest wśród nich pisemna rekomendacja PC dla firmy Burgatti, chcącej kupić w 1991 roku koszaliński dziennik "Głos Pomorza", opatrzona podpisem prezesa Kaczyńskiego.Obok dwa listy poparcia dla firmy Burgatti, senatorów i posłów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego (OKP) związanych z PC. Nie chodzi już tylko o "Głos Pomorza", ale i o wydawany w Łodzi "Głos Poranny". Pod listami podpisani są m.in. Leszek Piotrowski, obecnie adwokat rodziny Blidów, Krzysztof Putra, dziś wicemarszałek Sejmu z PiS, i kilkunastu innych parlamentarzystów klubu OKP. Data: 2 kwietnia 1991 r. W stercie papierów znajduje się także dokument świadczący, że rekomendacja nie była za darmo. To poświadczenie o wpłacie 35 mln starych złotych na kampanię prezydencką Lecha Wałęsy (mały dokument na zdjęciu). Pieniądze od Karola A. Mikołajczyka, większościowego udziałowca w firmie Burgatti, pobrało warszawskie biuro PC, które kampanie Wałęsy prowadziło. Papiery znalazł w miejscowości Księże Małe 53-letni łodzianin. - Jechałem rowerem, gdy zobaczyłem dzieci dźwigające szufladę pełną papierów - opowiada. - Zabrałem te kwity, bo nie powinny się walać po ulicy. Jak zobaczyłem podpis Kaczyńskiego i zorientowałem się, że to oryginały, zbladłem. Teraz zastanawiam się, co z tym zrobić. Wśród pożółkłych kartek znaleźć można sondaż dotyczący preferencji politycznych warszawiaków w 1990 r., przed wyborami prezydenckimi. Opatrzono go adnotacją: "Do wyłącznego użytku Regionalnego Biura Porozumienia Centrum w Warszawie". Łodzianin, który przechowuje dokumenty, twierdzi, że dzieci wyniosły je z opustoszałej i zniszczonej willi w Księżych Młynach. Według mieszkańców wsi jej budowy zaniechano 15 lat temu. Z drewnianej bramy zostały tylko fragmenty. Właścicielem budynku był Karol A. Mikołajczyk, prezes Burgatti. Biznesmen, oprócz polskiego, miał posiadać także szwedzki paszport. Opuścił Polskę po tym, jak jego firmie nie udało się kupić żadnej z regionalnych gazet. Jarosław Kaczyński, walcząc wczoraj w Sejmie o zachowanie immunitetu Zbigniewa Ziobry, nie znalazł czasu na rozmowę w sprawie dokumentów. Ale już mecenas Piotrowski, były senator OKP, znaleziskiem był zszokowany. - To skandal - wykrztusił po długim milczeniu. Rozmowniejszy był Krzysztof Putra. Wicemarszałka zdziwiły pytania o porzucone dokumenty. Podejrzewał nawet prowokację. Zapewniał, że nazwa miejscowości, w której znaleziono dokumenty, nic mu nie mówi i że nie przypomina sobie, by coś takiego podpisywał. Chwilę później wicemarszałkowi Putrze coś jednak zaczęło świtać. - Jako poseł OKP zebrałem około stu podpisów parlamentarzystów popierających sprzedaż "Gazety Współczesnej" na Podlasiu, więc może podpisałem się także komuś, kto inicjował podobną akcję w Łodzi - zastanawia się Putra. - To był taki czas, że chętnie wspieraliśmy każdego, kto by pomógł wyrwać jakiś tytuł prasowy czerwonym. Ale nazwa tej firmy w Łódzkiem nic mi nie mówi, tak samo jak nazwisko jej właściciela. Szkoda, że w taki sposób jest to archiwizowane, w końcu to kawał historii. Małgorzata Kałużyńska-Jasak z Generalnego Inspektoratu Ochrony Danych Osobowych nie ma wątpliwości, że doszło do nieodpowiedniego potraktowania dokumentów i że sprawą powinna zająć się policja. - Znalazca powinien zgłosić się ze znaleziskiem do najbliższego komisariatu. Jeśli chce pozostać anonimowy, powinien to zastrzec - mówi Kałużyńska-Jasak. Dodaje, że za porzucenie materiałów grozi grzywna albo do dwóch lat więzienia. |
