| Grunt to tupet |
|
|
Rafał Ziemkiewicz 08-07-2008, Łezka w oku się kręci nad tymi tytułami: "Mokotowskie Koło Partii Demokratycznej za Wałęsą"; "Gmina Tarnowo Podgórne popiera Wałęsę"... To oczywiście owoce akcji "bronimy Wałęsy", ogłoszonej przez "Gazetę Wyborczą". Akcję rozpoczął Jarosław Kurski demaskacją: "Czy to jest prawda o Wałęsie? Niewątpliwie tak. Ale prawda częściowa. Prawda w służbie IV RP", uwieńczył zaś jego szef erupcją knajackiego bełkotu, iż prawdziwą, dialektyczną prawdą jest to, co być powinno, a nie co naprawdę było, a kto tego nie rozumie, ten pętak. Adam Michnik nie pisze jasno, czy pętakami są także ci, którzy odkrywają "częściową prawdę" o Maleszce. Ale oto włącza się do chóru obrońców głos jeszcze mocniejszy. Posłuchajmy: "Trwa ofensywa propagandowa przeciw III RP. Na kampanię przeciw Wałęsie, rozpętaną wespół przez propagandystów IPN i braci Kaczyńskich, nałożyła się histeria wywołana filmem TVN o trzech kumplach…. Film znakomicie uzupełnia kampanię przeciwko Wałęsie: trzeba jak najszybciej rozkurzyć to, co jeszcze z III RP pozostało, i budować IV RP… Histeria wywołana filmem wspiera ideologię PiS". Któż tak dzielnie sobie poczyna na froncie walki z "prawdą, ale częściową"? Nikt inny, tylko Jan Widacki. Ten właśnie obrońca esbeka Bila i dobrego imienia profesora Marka, jeden z najbardziej zasłużonych dla zakłamania sprawy Stanisława Pyjasa, którego rola została w filmie jasno pokazana, śmiało daje w "Przeglądzie" odpór "histerii" wywołanej "ckliwą opowieścią, pełną sprzeczności" i "mającą się nijak" do prawomocnych ustaleń sądów. Bo dlaczego nie? Jeśli wszyscy, od Michnika, Safjana i Piniora po radnych Tarnowa Podgórnego, tak się jednoczą w obronie III RP i jej symboli, dlaczego miałby milczeć złotousty mecenas? Czego miałby się wstydzić? No, niech ktoś powie, czego? Nienawiść Jarosław Kurski 2008-06-28, Ubecka operacja dyskredytacji Wałęsy jako narodowego przywódcy zostaje dokończona rękami współczesnych historyków z IPN U Lecha Wałęsy małość towarzyszy wielkości. Bywa zły i dobry, wzniosły i upadły jednocześnie. Jest i mądry, i głupi zarazem. Jak u Dostojewskiego. Wielkoduszność sąsiaduje z małodusznością, nędza z hojnością, zawiść ze wspaniałomyślnością. Jest w nim i prawda, i załganie. Zwątpienie i siła. Jest i narcyzm. Ten, niestety, nie jest równoważony najmniejszą nawet skromnością. Wałęsa to postać wielowymiarowa, powiedziałbym nawet szekspirowska. Jeśli upada na samo dno, to po to, by się wydźwignąć i pociągnąć za sobą miliony. Polna droga w rodzinnym Popowie pod Lipnem zaprowadzi go do Gdańska. I choć SB złamie młodego stoczniowca, to znajdzie on w sobie siłę, by się samemu podnieść i podnieść falę wolności, która rozleje się na cały kraj, a potem Europę. Jego szczęśliwa gwiazda zaprowadzi go nawet za ocean, gdzie trzeci w historii po La Fayetcie i Vaclavie Havlu przemówi triumfalnie do połączonych Izb Kongresu Stanów Zjednoczonych: My, Naród. Właśnie wówczas jako 26-letni dziennikarz z podziemnym stażem zostałem jego rzecznikiem prasowym. Wtedy to po powtórnym zwycięstwie przy Okrągłym Stole w 1989 r. tak jak w Sierpniu 1980 r. jego nazwisko wymawiane było we wszystkich językach świata obok nazwisk Mandeli, Dalajlamy czy Martina Luthera Kinga. Właśnie kontrasty, złożona prawda o człowieku - to wszystko jest w Wałęsie fascynujące. Ale o tym w książce Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii" nie przeczytamy. Bo ta książka ma być aktem oskarżenia, ma być wyrównaniem rachunków, ma być obaleniem założycielskiego mitu III RP, który uosabia Lech Wałęsa. Ma być wreszcie "aktem sprawiedliwości", a tak naprawdę - zemsty ze strony ludzi, których on upokorzył albo - jak sam Wałęsa mówi - "zrobił w konia". Prawda w służbie IV RP Autorzy uznali, że skoro do tej pory nie było książek (z wyjątkiem "Wodza") pisanych z pozycji niehagiograficznych, to oni skupią się jedynie na ciemnych stronach biografii Wałęsy. I tak możemy się od nich dowiedzieć, że Wałęsa współpracował z bezpieką, ale czy płot przeskoczył - to już pewne nie jest. A gdy został prezydentem, to otoczył się służbami specjalnymi, obalił rząd Olszewskiego, zablokował lustrację i zniszczył dokumenty z teczki "Bolka", zbierał haki na Kaczyńskich, Merkla i Borusewicza. Czy to jest prawda o Wałęsie? Niewątpliwie tak. Ale prawda częściowa. Prawda historyków w służbie IV RP. Taką samą prawdą jest, że Józef Piłsudski był zarejestrowany i współpracował z austriackim i japońskim wywiadem, że brał pieniądze i zaciągał zobowiązania. Można o tym napisać niejedną książkę, tak jak i o Romanie Dmowskim - erotomanie i namiętnym bywalcu burdeli. To też będzie prawda. Częściowa. Można też prawdziwie pokazać Andrzeja Kmicica, jak pali Wołmontowicze, rżnie, gwałci, morduje i wysługuje się zdrajcy Radziwiłłowi. I to też będzie przyczynek do biografii. "Wódz" Jarosława Kurskiego Tylko że każdy wybiera taki przyczynek do biografii, jakie ma intencje. Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka nienawiść do Wałęsy ugniata. Nie dlatego, żeby się jej wstydzili. Nie. Ale dlatego, że wiedzą, iż okazywanie tak jawnej niechęci bohaterowi własnej pracy naukowej nie przystoi. A jeśli praca ma przebić Lecha Wałęsę osinowym kołkiem - naukowa być musi. Czytamy więc formułki o nienaruszalności mitu Wałęsy. Niestety, to tylko danina złożona na ołtarzu hipokryzji. Wałęsożercy Ludzie, którzy wytaczają dziś najcięższe działa przeciw Wałęsie, sami nie rozliczyli się z własnej z nim relacji. Czołowy publicysta "Rzeczpospolitej", dziś pierwszy wałęsożerca - mój przyjaciel z podziemnej redakcji Gdańskiego Biuletynu "Solidarności" Piotrek Semka - zaliczał się do wyznawców Lecha i wypisywał o nim peany. Podobnie czynił jego przyjaciel, a mój brat Jacek Kurski. Obaj zagrzewali Lecha w "wojnie na górze", kibicowali dzieleniu obozu "Solidarności", rozdawaniu po 100 milionów i bieganiu z siekierą po kraju. Milczeniem zbywali antysemickie aluzje w kampanii wyborczej Lecha. Nie inaczej było z politycznymi piastunami prezydentury Wałęsy - Jarosławem i Lechem Kaczyńskimi. Będąc rzecznikiem Wałęsy w czasie "wojny na górze", widziałem na własne oczy, jak wkupywali się w łaski Wałęsy. Szepty, judzenie, szczucie na "Warszawkę". Dopóki Wałęsa był potrzebny, dopóki dawał polityczną siłę, dopóki wydawało się Jarosławowi Kaczyńskiemu, że chodzi na jego smyczy i będzie dekomunizował, lustrował i przewracał Okrągły Stół - dopóty sprawy "Bolka" nie było, choć - jak przyznają sami autorzy "Przyczynku do biografii" - na Wybrzeżu mówiło się o tym od końca lat 70. Zresztą oto, co mówi sam Jarosław Kaczyński w 2006 r. o kampanii prezydenckiej roku 1990: „Mam wrażenie, że gdyby doszło do drugiej tury Wałęsa - Mazowiecki, zwolennicy Mazowieckiego użyliby materiałów dawnej bezpieki obciążających »Bolka «. To by mogło rozkręcić lustrację. (...) Mazowiecki może nie, ale zrobiliby to bez niego, strzałem z boku. Na przykład poprzez prasę. Kozłowski robił aluzje, że znajduje na biurku jakieś dokumenty, że krążą niepokojące informacje. Wyraźnie wskazywał na Wałęsę”. (Michała Karnowskiego i Piotra Zaremby „O dwóch takich..."). Jarosław Kaczyński przyznaje więc, że o "Bolku" wiedział jeszcze przed zwycięstwem Wałęsy. Nie przeszkadzało mu to. Jego sugestie, że tę sprawę wykorzystałby sztab Mazowieckiego, znakomicie ujawniają sposób myślenia Kaczyńskiego - jaki on mianowicie zrobiłby z "Bolka" użytek, gdyby był na miejscu Kozłowskiego i miał dostęp do owej teczki. Czy takim sposobem myślenia należy tłumaczyć pierwotny polityczny projekt Kaczyńskiego, by prezydent Wałęsa został wybrany nie w drodze powszechnych wyborów, ale przez Zgromadzenie Narodowe? Na próbę. Bo jak się sprawdzi, to go zostawimy, a jak nie - to się go odwoła. Problem "Bolka" staje się dla ideologów przyśpieszenia, dekomunizacji, a później IV RP ważny nie z chwilą, gdy do Kancelarii Prezydenta wchodzą jako wysocy urzędnicy, ale gdy zostają z niej wyrzuceni przez swego patrona. Jarosław Kaczyński przekroczy kolejną granicę na drodze deprawacji politycznego obyczaju w Polsce. Oto w rocznicę upadku rządu Olszewskiego były szef kancelarii prezydenta Wałęsy stanie na czele manifestacji, podczas której palić się będzie kukłę Lecha Wałęsy i wznosić okrzyki "Bolek do Moskwy". Niesmak. Jak to jest, że nie ma miary? Najpierw bezkrytyczne poparcie, potem potępienie bez zahamowań. Dziś Piotr Semka prowadzi antywałęsowską krucjatę w "Rzeczpospolitej", rozważając, jak ciężka była esbecka kula, która ciążyła u nogi Lecha, a Jacek Kurski wraz Andrzejem Gwiazdą i Krzysztofem Wyszkowskim pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców demaskują "Bolka". A ja ciągle mam w pamięci zdjęcie Semki i Kurskiego, gdy roześmiani trzymają baner: "Wałęsa tak". Bez zasad, bez skrupułów Lech Wałęsa był fatalnym prezydentem. Byłem przeciwnikiem jego prezydentury, a jej styl nie był dla mnie ani zaskoczeniem, ani rozczarowaniem. W tej konkurencji, choć bardzo się stara, nie jest mu w stanie dorównać nawet obecny prezydent. Ale też trzeba zapytać, kto Wałęsie drogę do prezydentury torował, kto był jego towarzyszem drogi i czy tym samym nie ponosi przynajmniej współodpowiedzialności za wszystko, co Wałęsa jako prezydent robił - łącznie z niszczeniem akt "Bolka" oraz haniebnym oczernianiem i odwołaniem ze stanowiska bohaterskiego majora Adama Hodysza - co akurat "Gazeta Wyborcza" piórem niżej podpisanego wielokrotnie opisywała. Wałęsa nie został prezydentem deus ex machina. Ktoś mu w tym pomagał. W większości ci, którzy dziś widzą w nim jedynie TW „Bolka". Takiej refleksji na kartach książki Gontarczyka i Cenckiewicza nie uświadczymy. Chodzi wszak o wytworzenie czarno-białego obrazu. Wałęsa to wcielone zło, postkomunistyczny demon, założyciel III RP, konserwator okrągłostołowego układu itp., itd. A dzisiejszy prezydent i niedawny premier - to samo dobro. Kiedy Wałęsa zrozumiał, że druga strona nie ma żadnych skrupułów i użyje sprawy "Bolka", by go obalić i pozbawić prezydentury, zaczął grać tak samo jak jego przeciwnicy - także bez zasad i skrupułów. Był atakowany nieuczciwe i ze złą wolą, to odpowiadał nieuczciwymi chwytami. I to jest bezsporne. Ale odpowiadają za to także ci, którzy Lecha "Bolka" w marszu na Belweder użyli jako tarana swej ideologii. Niech dziś się z tego uczciwie rozliczą. "Rzeczpospolita" opublikowała 23 czerwca oświadczenie Janusza Korwin-Mikkego - wnioskodawcy sejmowej uchwały lustracyjnej z 1992 r. Korwin-Mikke prostuje, że kiedy był na umówionej wcześniej audiencji u prymasa Glempa, Sejm wprowadził do uchwały istotne poprawki będące "efektem nadgorliwości ludzi Macierewicza". Jedną z nich było objęcie lustracją także prezydenta RP. Korwin-Mikke pisze: „że pan Lech Wałęsa był agentem SB, wiedziałem już od I Zjazdu »S « (autorzy książki piszą zresztą, że fakt ten był w kręgach gdańskiej bezpieki tajemnicą poliszynela)". Ale dlaczego Korwin-Mikke nie chciał wtedy ujawniać współpracy Wałęsy? Bo nawet on uważał, że „byłaby to wtedy kompromitacja międzynarodowa". Ale Macierewicz, Olszewski i Kaczyński, którzy poprawki poparli - uważali inaczej. Nienawiść do Wałęsy, chęć osobistego rewanżu była silniejsza niż interes kraju. Polska nie była jeszcze ani w NATO, ani w Unii. Staliśmy dopiero na początku naszej drogi do pomyślności i bezpieczeństwa. Nienawiść zwyciężyła. Taka sama osobista zaciekłość wobec Wałęsy była udziałem Andrzeja Gwiazdy. Gdy w sierpniu 1988 r. poznałem Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Kurier z Warszawy, nie kryjąc oburzenia, opowiadał, że właśnie gościł w Waszyngtonie Gwiazdę. Zorganizował mu spotkania z wpływowymi osobistościami Departamentu Stanu. Otóż Gwiazda - pieklił się Nowak - w czasie owych spotkań nie robił nic innego, tylko "wieszał psy na Wałęsie", zarzucając mu związki z SB. Przypomnijmy. Był rok 1988. Polska pod przywództwem Wałęsy idzie ku niepodległości, ale nasza polska wypróbowana nienawiść, nasze polskie piekło bierze górę nad interesem kraju. Nowak, trzymając się za swą łysą głowę, powtarzał: Jak można! Polska ma na świecie tylko dwa atuty - Papieża i Wałęsę. Dziś Gwiazda - członek kolegium IPN z nadania braci Kaczyńskich - twierdzi wiarołomnie, że o współpracy Wałęsy dowiaduje się dopiero teraz. Bitwa o pamięć Tu nie chodzi już o żadną prawdę. Prawda jest taka, jaka jest. W gruncie esbecki epizod jest tylko przyczynkiem do biografii właśnie, ale dziś stanowi wygodne alibi, by wykończyć Wałęsę i ustanowić nową hierarchię autorytetów - z Kaczyńskimi, Wyszkowskim, Macierewiczem i Zybertowiczem na czele. W tym sensie jest to dalszy ciąg wojny na górze. Z tym że w pierwszej fazie w 1990 r. przy pomocy Wałęsy wykańczało się Mazowieckiego, Geremka, Michnika, Turowicza, Wujca - ludzi dawnego KOR-u, a szerzej - "Warszawki". A teraz wykończyć trzeba samego Wałęsę, ostatecznie obalić i zawłaszczyć sierpniowy mit. Bo Sierpień ma być aktem założycielskim IV Rzeczpospolitej, kiedykolwiek ona powstanie.A symbolem III RP ma pozostać znienawidzony Okrągły Stół. Oto okazuje się, że Platforma Obywatelska może wygrać wybory, ale przegrać bitwę o pamięć. Tak, przegra ją z pewnością, jeśli tylko nie zdecyduje się naruszyć jednego z wierzchołków trójkąta, na który składają się: a) "odzyskane" przez braci Kaczyńskich publiczne media, b) "odzyskany" Instytut Pamięci Narodowej, c) Komisja likwidacyjna WSI, CBA, ludzie służb. Trójkąt jest żywym reliktem IV RP, sprawnym narzędziem umożliwiającym zorkiestrowane działanie przy zachowaniu pozorów obiektywizmu i rzetelności przyobleczonej we frazesy o "prawdzie i wolności badań naukowych". Mechanizm jest banalny. Władza polityczna IV RP przekazuje (ciekawe na jakich zasadach?) zaufanym historykom "odzyskanego" IPN akta z zasobów "odzyskanego" ABW. Zaufani historycy (Sławomir Cenckiewicz, zafascynowany postacią Antoniego Macierewicza zasiadał w komisji ds. likwidacji WSI, a dorabiał w nomenklaturowo obsadzonej radzie nadzorczej jednej z paliwowych spółek. Historyk i paliwa?) za państwowe pieniądze piszą książkę, koledzy piszą entuzjastyczne naukowe recenzje, a sprawdzeni w boju o IV RP publicyści robią już w "odzyskanych" publicznych mediach, co do nich należy. Gdy już dzieło destrukcji mitu Wałęsy (czemu i sam prezydent swymi wypowiedziami, niestety, pomaga) zostanie zakończone; gdy wszystko utonie w polskim piekle porachunków i zawiści - może przyjdzie spóźniona refleksja o sensowności klauzuli czasowej w dostępie do archiwów. W stabilnej i okrzepłej demokracji Zjednoczonego Królestwa archiwa otwiera się po 50 latach. Nieczysta gra i zwycięstwo Paradoks polega na tym, że destrukcja mitu Wałęsy nie była możliwa w PRL, a staje się możliwa dopiero dziś, gdy badacze korzystają z wolności badań naukowych wywalczonych dla nich między innymi przez Lecha Wałęsę. W tym sensie ubecka operacja dyskredytacji Wałęsy jako narodowego przywódcy zostaje dokończona rękami współczesnych historyków i uwieńczona książką będącą owocem ziarna zasianego przez SB w tragicznym grudniu 1970 r., kiedy młody robotnik podejmuje nieczystą grę z komunistyczną bezpieką. Czy sprawa sprzed 37 lat może zmienić bilans jego zasług? Nie, nie może. Ale może im nadać głębszy wymiar. Wymiar człowieka pokonującego własną słabość. Może ukazać w nowym świetle postać młodego chłopaka spod Lipna, który odnosi zwycięstwo najpierw nad samym sobą, potem nad oprawcami, którzy chcą go złamać, i wreszcie nad komunizmem w Polsce. |
