Quantcast
M E N U
NEW WORLD ORDER
NIEZŁOMNI
ARTYŚCI
POLITYCY
DUCHOWNI
NAUKOWCY
DZIENNIKARZE
INNE OSOBY
III RP
POLEMIKI
HISTORIA
PAŃSTWA
DOKUMENTY
TRADYCJONALIZM
VARIA

O D W I E D Z I N Y
Wczorajsze384
Wszystkie444909
Gadający trup Unii Europejskiej Email
Paweł Paliwoda, 2008-02-24,
„Liberalizm niszczy je i nie odtwarza aksjologicznych warunków swojego trwania” - to słynna teza konserwatywna, wielokrotnie już powtarzana. Co to znaczy? To znaczy, że kapializm prawdziwy, prawdziwy wolny rynek i prawdziwa wolność jednostki rodzą się i mogą trwać tylko w otulinie pewnych wartości, których strażnikiem jest nie tylko pilnujące dobra wspólnego społeczeństwo obywatelskie, ale także w podstawowym zakresie państwo. Owego „podstawowego zakresu” nigdy nie uda się jednoznacznie zdefiniować, ale jeśli rządzą nami ludzie mądrzy i prawi - zdajmy się na ich intuicje. Liberłowie powiedzą: „Co? Np. Marek Jurek ma decydować o sprawach aborcji?”. Państwo nie może się wciskać w życie obywateli, ale nie może też być tak, że nie jest strażnikiem dobra wspólnego. Bez pewnych wspólnych wartości nie ma i nie będzie społeczeństwa obywatelskiego. Ten liberalizm, któremu interesy psuje etyczny głos Kościoła, nawoływanie do społecznej solidarności, niszczy ową otulinę, bez której wspólnota zamienia się w pstrokatą i zdezintegrowaną zbieraninę samolubnych jednostek.

Modernizacja Polski nie może nie uwzględniać aktywności milionów katolików, którym od 1989 roku lewicowo-liberalne elity aplikują „pałowanie świadomości” (Janusz Lewandowski). Już Alexis de Tocqueville pisał, że „pierwszą instytucją polityczną są kościoły i synagogi”. To religia nadaje liberalizmowi ludzkie oblicze i zmusza członków liberalnej wspólnoty do przyzwoitości i wzajemnej lojalności (np. w postaci solidarnej obrony zbiorowości w sytuacji zewnętrznego zagrożenia).

Tymczasem od 1989 roku lewicowo-liberalne elity, które zapewniły sobie kluczowy wpływ na kształ ustrojowej transformacji, popełniają fundamentalny błąd. Nachalna okcydentalizacja Polski, naśladująca zlaicyzowane społeczeństwa zachodnie, jest złą metodą modernizacyjną. Poza nawiasem reform pozostawia bowiem miliony polskich katolików (bardzo aktywnych: w Polsce istnieje blisko 340 wspólnot, ruchów i stowarzyszeń, w których aktywny udział bierze około 2,5 miliona katolików; dane Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego). Jasną Górę odwiedza rocznie 4,5 miliona osób. Tych osób często nie wiąże ze zmianami ani korzyść materialna, ani prestiżowa, ani system symboli, z którymi mogliby się utożsamiać i które zachęcałyby ich do udziału w procesie modernizacji.

Jest odwrotnie. Lewica liberalna wypracowała na swój egoistyczny użytek koncepcję modernizacji, która lobbuje ją samą jako koryfeusza zmian i wyklucza poza ich nawias ludzi o światopoglądzie konserwatywnym. Warunkiem przynależności do nowej ”nowej klasy” jest ideologiczna poprawność i niechęć do religii (ewentualnie zinstrumentalizowanie Kościoła po jego rozmiękczeniu i relegacji religii do sfery ściśle prywatnej – eliminacja głosu katolików z debat politycznych i publicznych w ogóle).

Podobne procesy zachodnia Europa ma już za sobą. Miękka i bezideowa stała się już w czasach, gdy w Monachium Chamberlain i Daladier sprzedali Hitlerowi Czechosłowację. Dzisiaj jest zdechlakiem bez żadnych wspólnych wartości – bo wartościami nie nazywam paplaniny o tolerancji, szalejącym faszyzmie czy mgławicowych prawach jednostki do samorealizacji. Nie ma niczego takiego, co jednoczyłoby Europę. Mam na myśli wartości pozytywne, a nie strach przed inwazją islamu, która jest tym łatwiejsza dla islamistów, im chrześcijaństwo scalające Europę jest słabsze.

Szczególną moją uwagę zwraca pewien dogmat, w który zdają się wierzyć środowiska lewicowo-liberalne: w Polsce zwłaszcza ekspozytury Agory oraz pogrobowcy ROAD. To wiara w to, że uprzywilejowana sytuacja, w jakiej znalazła się lewica liberalna, będzie trwała wiecznie. Że w nieskończoność będzie można szafować bełkotem ideologicznej poprawności, skutecznie agitować młodzież, odciągać ludzi od Kościoła i tradycjonalizmu. Że – wreszcie – uda się stworzyć wymarzony przez bolszewików internacjonalny świat, bez „odchyleń prawicowo nacjonalistycznych” (proszę uprzejmie zwrócić uwagę, że to był zarzut, jaki stawiały Władysławowi Gomułce grupy odsuwającego go od władzy, potem umownie nazywane "żydokomuna"). To wiara we własne już nie pięć minut, ale niekończący się okres dominacji pogromców „kołtuna” i „obsurantyzmu”, ostateczny triumf demonologii straszącej „antysemityzmem bez Żydów” i katolickimi ortodoksami, którym nie podobają się książki Grossa i krytyczne wobec Jana Pawła II książki pana Obirka i pana Bartosia, który dywaguje na temat katolicyzmu „wykluczającego” i "otwartego" (a więc katolicyzmu rozmiękczonego do tego stopnia, że jego wyznawcy jako równocenne będą traktowali tak przekaz biblijny, jak buddyzm, szintoizm, islam itp.). To wreszcie wiara w to, że teraz – teraz! teraz! teraz! - uda się tak głęboko przeorać kulturę i tradycję, aby dochodząc do gołej kulturowo skały unicestwić wszelkie nasiona i zarodki recydywy konserwatywnych wartości. Przykładem tego jest działalność ekspozytur Agory, które – jak „Gazeta Wyborcza – idą już w tej chwili na całego. Żadnych subtelności, żadnych masek. Totalny atak na prawicę, poważnie traktowany tradycjonalizm i historyczne sentymenty Polaków dla wszystkiego, co agorystom kojarzy się z „nacjonalizmem”.

Otóż to jest gigantyczne złudzenie. W swoich słynnych książkach Arnold Toynbee opisywał wzloty i upadki rozmaitych cywilizacji. Z reguły trwały one setki lat. I zawsze ostatecznie upadały. EWG i UE mają łącznie około pięćdziesiątki. A już UE utraciła siły witalne. Wyrzekła się w swojej konstytucji własnego dziedzictwa. Słusznie Amerykanie mówią o „starej Europie”. Bo ona w krajach uważanych za najwyżej rozwinięte – i małpowanych przez lewackie elity w Polsce - składa się nie tylko głównie z ludzi w podeszłym wieku, ale cierpi na amnezję – w starczy sposób utraciła pamięć historyczną. Komfort życia codziennego wyparł wartości duchowe. Zniknął tam duch rycerskiej twardości i mniszej ascezy. Zastąpiła je postawa ludyczna i bezrefleksyjna – tak u młodych, jak i u starców, którzy udają zachowaniem młodzianków.

Ta Europa wkrótce zniknie. W ciągu 20-30 lat. Albo szybciej. Niespodziewanie, mimo pozornej potęgi – jak Monarchia Austro-Węgierska. Będzie to przykra niespodzianka i zwrot losów dla dzisiejszych postępowców. Robią oni bowiem wszystko, aby w Europie powstał gigantyczny chaos. I tak się stanie. Zbiorowisko ludycznych, umysłowo zindoktrynowanych, duchowo wypranych Europejczyków przekształci się w zatomizowaną mgławicę. Kto po rozpadzie UE będzie wiódł prym w Europie? Azjaci („Euroazja”?), islamiści, szowinistyczne grupy neonazistowskich psychopatów (które wtedy, w takich warunkach, rzeczywiście mogą urosnąć w siłę), mafia rosyjska czy inna? Do tego dojdą rozbiegani i histeryczni liderzy organizacji homosksualistów, obrońcy ropuch, feministki. A może – jak chciałaby profesor Łopatkowa – rządzić będą dzieci? Szykuje się monstrualny kulturowy bałagan.

Co robić w tej sytuacji? Przede wszystkim pamiętać, że w Polsce już istnieje społeczeństwo obywatelskie – skupione i działające wokół Kościoła katolickiego. Należy je umacniać i bronić go za wszelką cenę. Ta historyjka obrazkowa na moim blogu wcale nie jest zwykłą facecją. Antycypuje rozwój wypadków. Chrześcijaństwo rzymskie uważam za jedyny gwarant przetrwania w XXI wieku człowieczeństwa w tej formie, w jakiej je znamy jeszcze obecnie. Nie mam zdolności wróżbity, ale liczyć należy się z różnymi scenariuszami. Być może Kościoła trzeba będzie bronić nie tylko słowem. Musimy być na to mentalnie przygotowani. Bo UE jest już w agonii. Właściwie można powiedzieć mocniej: jest już tylko gadającym trupem. 
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »