| Karani za oszczędnoś |
|
|
Małgorzata Goss, 22 lipca 2008 Pakiet energetyczno-klimatyczny i aukcyjny system handlu emisjami CO2 zaproponowany przez Komisję Europejską pozbawi naszą gospodarkę konkurencyjności, zablokuje inwestycje w energetyce, uniemożliwi Polsce wykorzystanie naturalnego bogactwa, jakim jest węgiel. Ponadto radykalnie zwiększy bezrobocie i emigrację oraz podkopie budżety domowe polskich rodzin. Energetyka i przemysł naciskają rząd, aby mocniej stawiał nasze interesy w negocjacjach z Unią Europejską. Polska w latach 90. i tak dokonała poważnej redukcji emisji CO2, znacznie większej niż państwa zachodnie, a teraz Bruksela chce zmusić nasz kraj do kolejnych oszczędności kosztem naszego rozwoju gospodarczego. Negocjacje dotyczące systemu handlu emisjami CO2 wkroczyły w lipcu w fazę politycznych targów w Parlamencie Europejskim. Dla Polski propozycje Komisji Europejskiej - zakupu limitów CO2 na ogólnoeuropejskich aukcjach - są nie do przyjęcia, ponieważ doprowadziłyby do drastycznego wzrostu cen energii elektrycznej, upadku wielu gałęzi gospodarki, zahamowania inwestycji w energetyce, nowej fali bezrobocia i masowej emigracji z kraju. - Walczymy o życie - mówią jednym głosem przedstawiciele energetyki i zagrożonych branży przemysłu, którzy zwarli szeregi, aby skłonić Brukselę do uwzględnienia interesów Polski. - Nie jesteśmy bierni - zapewnił dr Olaf Kopczyński, drugi sekretarz Stałego Przedstawicielstwa Polski przy UE, główny negocjator ds. CO2 na spotkaniu z reprezentacją energetyki i przemysłu zorganizowanym w siedzibie Polskiej Agencji Prasowej. - Nie jesteśmy przeciwko Pakietowi CO2, ale zabiegamy, by był on zrównoważony i nie obciążał drastycznie Polski - zadeklarował. Komisja Europejska pozostaje głucha na polskie postulaty, do tego stopnia, że były minister środowiska Jan Szyszko zmuszony był wnieść na nią skargę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Jednocześnie Polska szuka sojuszników w UE dla swego stanowiska. Obecnie popiera nas około dziesięciu państw. Minister środowiska Maciej Nowicki przedstawił KE propozycje łagodniejszego sposobu osiągnięcia wyznaczonych standardów CO2, polegające na stopniowym, rozłożonym w czasie wchodzeniu w system aukcyjny. Zdaniem szefa resortu środowiska, wprowadzenie systemu zakupu uprawnień do emisji CO2 przez przemysł elektroenergetyczny już od 2013 r. dla Polski, która 90 proc. energii uzyskuje z węgla, oznaczałoby podwojenie cen prądu i gospodarczą katastrofę. Poprawkę do projektu forsowanego przez KE zgłosił były premier Jerzy Buzek, eurodeputowany z ramienia PO. Przewiduje ona, że poszczególne kraje będą wchodziły w nowy system handlu emisjami stopniowo - w pierwszym roku tylko te, które mają najmniejszy udział węgla w produkcji energii, takie jak Francja i Szwecja. Według tych propozycji - Niemcy przystąpiłyby do systemu w piątym roku jego obowiązywania, Polska zaś - w dziesiątym (czyli w 2021 r.). Kontrpropozycją dla tego rozwiązania jest poprawka przewidująca wspólną odpowiedzialność finansową państw UE za redukcję CO2 (np. w postaci utworzenia funduszu solidarnościowego energetyki). - Cieszę się, że Jerzy Buzek nareszcie dostrzegł, że Konwencja Klimatyczna wraz z Protokołem z Kioto jest niezwykle ważną konwencją gospodarczą. Kiedy byłem ministrem w jego rządzie, a później pełnomocnikiem rządu - w ogóle tego problemu nie dostrzegał i wciąż powtarzał, że "trzeba poczekać, co zrobi Komisja Europejska, a wtedy my się do tego dostosujemy". Tymczasem to my, a nie Piętnastka, byliśmy krajem sukcesu, który z powodzeniem obniżał emisje gazów cieplarnianych, a więc powinniśmy za wszelką cenę ratyfikować protokół z Kioto przed Unią Europejską. To by znakomicie podniosło nasz międzynarodowy prestiż. Niestety, zrobiliśmy to dopiero osiem miesięcy po ratyfikowaniu go przez Unię... - zauważa prof. Jan Szyszko z sejmowej komisji ochrony środowiska, minister w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego. - Teraz, po akcesji Polski do Unii, Komisja Europejska usiłuje przypisać całej Unii nasze wcześniejsze sukcesy w redukcji emisji CO2, co naraża nas na poważne straty. Cieszę się, że pan premier zaczyna nareszcie dostrzegać, że to są sprawy niezwykle doniosłe gospodarczo. Poprawka do dyrektywy o handlu emisjami, którą proponuje, to jest jakaś pozycja wyjściowa. Ale sądzę, że 10 lat na dostosowanie dla Polski to okres stanowczo za krótki - wskazuje Jan Szyszko. I dodaje, że poprawienie dyrektywy o handlu emisjami nie rozwiązuje podstawowej kwestii: węgiel musi być naszym gwarantem bezpieczeństwa energetycznego, w związku z tym musimy rozwijać czyste technologie spalania. - To jest nasza przyszłość. Nie wolno pod żadnym pozorem zgadzać się na blokowanie węgla, między innymi przez tzw. CCS (carbon capture and storage), czyli wyłapywanie dwutlenku węgla i magazynowanie w starych sztolniach pod ziemią, bo to także jest jeden ze sposobów na blokowanie węgla - podkreśla poseł Szyszko. Projekt trafił do dwóch komisji PE - gospodarki i środowiska, ale komisją wiodącą w pracach nad nim jest komisja środowiska, toteż przebicie się przedstawicieli naszej gospodarki z polskim stanowiskiem będzie wyjątkowo trudne. Ponadto KE chce, aby zasady handlu emisjami przyjęte zostały w tzw. trybie komitologii, przy którym każde państwo może przedłożyć swoje stanowisko, a KE decyduje, czy je zaakceptować, czy odrzucić. Zdaniem prof. Krzysztofa Żmijewskiego, przewodniczącego Społecznej Rady Konsultacyjnej Energetyki, Polska powinna zabiegać o przyjęcie tzw. trybu kodecyzji, który wymaga współpracy KE z Radą Europejską. Blokada na węgiel Polska ma największe złoża węgla w Europie, toteż właśnie węgiel jest podstawą naszej energetyki. Uzyskiwanie energii z węgla wiąże się ze stosunkowo wysoką emisją CO2. Tymczasem przyjęty przez Unię Pakiet Klimatyczny przewiduje redukcję emisji CO2 o 20 proc. w skali całej wspólnoty. Prezydent Lech Kaczyński podpisał go wraz z innymi przedstawicielami państw członkowskich w marcu ubiegłego roku. Według Komisji Europejskiej, wdrożenie pakietu pochłonie 70 mld euro. Spór w UE o podział emisji jest w istocie sporem o to, jak te koszty rozdzielić pomiędzy poszczególne kraje. Sposób podziału zaproponowany przez KE powoduje, że koszty poniesione przez Polskę będą nieproporcjonalnie wysokie w porównaniu z tymi, jakie poniosą najbogatsze kraje UE. Pula emisji, jaką KE przydzieliła Polsce, jest zbyt niska, a zakup brakującej części w ramach aukcyjnego systemu handlu emisjami drastycznie podniesie koszty energii elektrycznej w naszym kraju (szacunki mówią o 50-150-procentowym wzroście cen). Limitowanie emisji CO2 obowiązuje już teraz i odbywa się w ten sposób, że KE rozdziela limity emisji na poszczególne państwa, a te przydzielają je bezpłatnie swoim przedsiębiorstwom w zakresie określonym tzw. historycznymi potrzebami. Dopiero brakujące kwoty emisji firmy muszą kupować na wolnym rynku od innych przedsiębiorstw. Mimo że margines wolnego obrotu jest jeszcze stosunkowo niewielki - już pojawiły się na rynku firmy spekulacyjne, które nic nie produkują, a żyją wyłącznie z handlu emisjami. Od 2013 r. dotychczasowy system ma być zastąpiony systemem zakupu limitów emisji na paneuropejskich aukcjach, przy dopuszczeniu do udziału w licytacji wszelkich podmiotów, w tym spekulantów finansowych. Nietrudno wyobrazić sobie, jak wywinduje to ceny praw do emisji CO2, a co za tym idzie także cen energii elektrycznej w Europie. Przedsiębiorstwa wrażliwe energetycznie, które z racji charakteru produkcji mogłyby wskutek wzrostu cen energii wyprowadzić swoją działalność poza granice Unii - potraktowane zostały ulgowo, a mianowicie będą musiały kupować na aukcji tylko kilka procent emisji, na resztę otrzymają przydział. Dotyczy to hut żelaza, aluminium, cementowni, przemysłu szklarskiego. Natomiast energetyka praktycznie w całości będzie zaopatrywała się na aukcjach, co podniesie koszty wytwarzania energii. Najwyższy wzrost kosztów, nieporównywalny z innymi, dotknie energetyki opartej na węglu, ponieważ emituje ona dużo CO2, a skoro tak, to kraje oparte na energetyce węglowej - Polska, Estonia, Bułgaria i Grecja - czeka drastyczny wzrost cen prądu i ciepła. Odczują to zarówno mieszkańcy, jak i przemysły energochłonne w tych krajach, przede wszystkim hutnictwo, przemysł chemiczny, szklarski, cementowy. Hutom grozi wręcz zamknięcie. System aukcyjny w połączeniu z zaniżeniem przydziału dozwolonych emisji uderzy szczególnie mocno w Polskę, uniemożliwiając nam wykorzystanie naszego naturalnego bogactwa naturalnego, jakim jest węgiel. Dostaniemy po kieszeni - Państwa silnie nawęglone zanotują kilkudziesięciokrotnie większą podwyżkę cen energii niż państwa słabo nawęglone. Wzrostowi cen sprzyjać będzie otwarty charakter aukcji i brak jakiejkolwiek regulacji poziomu cen za emisje. Na końcu zapłacą za to konsumenci - podkreśla prof. Żmijewski. Ostrzega też, że system ten może doprowadzić do kumulacji deficytu w kilku najsilniej nawęglonych państwach UE, które staną przed dylematem - albo zaprzestać produkcji, albo płacić ogromne kary za niedozwolone emisje. Opracowany w tym roku Raport 2030 dla Polskiego Komitetu Energii Elektrycznej podaje, że polityka klimatyczna UE kosztować będzie Polskę rocznie od 2 mld zł w roku 2010 do 8--14 mld zł w latach 2020-2030, utratę PKB w wysokości od 154 mld zł (2020 r.) do 503 mld zł (w 2030 r.) oraz znaczny spadek tzw. dochodów rozporządzalnych gospodarstw domowych i wzrost udziału kosztów energii w budżetach domowych z 11 proc. w 2005 r. do 14,4 proc. w latach 2020-2030 (w UE poziom 10 proc. uznawany jest za kryterium "ubóstwa energetycznego"). - Ekologiczny podatek podymny wyniesie około 75 zł miesięcznie na gospodarstwo domowe, bezrobocie zwiększy się o 500 tys., a blisko 2 mln osób wyemigruje - ocenił prof. Żmijewski. Zauważył też, że propozycje UE nie mają nic wspólnego z zakładanym "zrównoważonym rozwojem". - Nie godzimy się, aby biedni bogacili się wolniej, a bogaci szybciej - podkreślił profesor. Zdaniem Tomasza Chruszczowa z Forum CO2 Branżowych Organizacji Gospodarczych, Polska powinna domagać się przyznania dodatkowo dużych środków w budżecie UE na lata 2014-2020 oraz poluzowania zasad udzielania pomocy publicznej. Uzyskane środki powinny być przeznaczone na technologiczny postęp w energetyce, zmniejszenie energochłonności gospodarki oraz termomodernizację budynków. Próbują nas zablokować Z prof. Janem Szyszko, posłem PiS, członkiem sejmowej komisji ochrony środowiska, ministrem środowiska w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, rozmawia Małgorzata Goss Polska, podobnie jak państwa UE, ratyfikowała Protokół z Kioto. Jak wywiązaliśmy się z przyjętych zobowiązań? - Protokół z Kioto zobowiązywał nas do redukcji emisji CO2 w stosunku do roku bazowego. Dla Polski rokiem bazowym był rok 1988 i ówczesny poziom emisji. W okresie rozliczeniowym, który przypada na lata 2008-2012, mieliśmy dokonać redukcji na poziomie 6 proc. w stosunku do roku bazowego. Tę redukcję przeprowadziliśmy przed czasem i z nawiązką, bo o ponad 32 proc., dokonując jednocześnie kolosalnego wzrostu gospodarczego, rzędu 60 proc. PKB. Polska to typowy przykład zrównoważonego rozwoju. Włożyliśmy więc w redukcję emisji większy wysiłek, niż od nas oczekiwano? - Oczywiście. Te liczby mówią same za siebie. A co w tym czasie robi stara Piętnastka, która dzisiaj chce rozliczać się wspólnie z nami z realizacji Protokołu z Kioto? Otóż w tym czasie dokonuje redukcji gazów cieplarnianych na poziomie 0,9 proc., a takie państwa jak Hiszpania, Portugalia, Grecja, Irlandia w okresie pobierania środków pomocowych dokonują wzrostu emisji gazów cieplarnianych o 47,43 procent. Polska w stosunku do zaproponowanej redukcji emisji nie wyemitowała około 2,6 mld ton CO2, a w tym czasie stara Unia emituje 1,6 mld ton ponad limit. To dotyczy Protokołu z Kioto, czyli zobowiązań poszczególnych państw w układzie międzynarodowym. W 2004 roku przystępujemy do Unii Europejskiej i co się dzieje? Komisja Europejska oświadcza, że Unia chce być liderem w redukcji emisji i spełnia warunki Protokołu z Kioto, bo jako całość obniżyła emisję gazów cieplarnianych o 7 procent. Trzeba w tym miejscu powiedzieć jasno: owszem, obniżyła, ale tylko w takim układzie, gdy zaliczy na swoją korzyść to, czego dokonała Polska i inne nowe kraje jak Litwa, Łotwa, Estonia, zanim przystąpiły do Unii! Wtedy rzeczywiście można byłoby uznać, że Unia jako całość obniżyła emisję o ponad 7 procent. Komisja Europejska chce, żebyśmy podzielili się z resztą państw Unii oszczędnościami odłożonymi na naszym prywatnym koncie? - Otóż to. Komisja mówi, że "działa zasada solidarności", że "rozliczymy Protokół z Kioto wspólnie", że "Unia chce łagodzić zmiany klimatycznie". A równocześnie wprowadza wewnętrzny system handlu emisjami. W tej chwili jest to drugi etap reformy obejmujący okres od roku 2008 do 2012. Ten system dotyczy tylko wybranych działów gospodarki, takich jak energetyka, ciepłownictwo, hutnictwo, cementownie, papier, szkło. I tu znowu dostajemy po kieszeni... - Tak, bo KE nie uznaje za rok bazowy roku wyznaczonego w Protokole z Kioto, tylko przyjmuje własny wewnętrzny rok bazowy, którym ma być rok 2005. W myśl zasady: przeszłość się nie liczy, zaczynamy liczyć od początku. W rezultacie Polska, która wykonała z nawiązką swoje zobowiązania do obniżenia emisji, teraz ma dalej obniżać emisje - solidarnie. Ukarano prymusa, który za wcześnie odrobił lekcje, teraz będzie musiał je odrobić także za tych, co się lenili... - Na dodatek nie bierze się pod uwagę specyfiki naszej gospodarki, która bazuje na węglu wysokoemisyjnym. W związku z tym, aby dokonać dalszej redukcji emisji, zachowując przy tym wzrost gospodarczy, musimy zastosować najnowsze technologie i za to zapłacić. W drugim KPRU (Krajowym Planie Rozdziału Uprawnień do Emisji na lata 2008-2012) Unia daje nam przydział 208 mln ton rocznej emisji. Tymczasem nasze potrzeby są zdecydowanie większe, a za zwiększeniem przydziału przemawia fakt, że wcześniej dokonaliśmy dużej redukcji emisji. Te kraje, które nie redukowały, a wręcz zwiększały emisję, też mają wyznaczony rok 2005 jako bazowy. Będą więc mogły emitować więcej, a więc rozwijać się naszym kosztem? - To po pierwsze, a po drugie - ich energetyka nie jest oparta na węglu, ale na energii atomowej, na gazie, czyli na mniej emisyjnych źródłach energii, a także na źródłach energii odnawialnej. A zatem co się będzie działo dalej? Polska musi produkować, ale nie może zastosować najnowszych technologii, nie może przestawić się na inne źródła energii, np. OZE (odnawialne źródła energii), bo w ciągu 4 lat jest to niemożliwe. W związku z tym musi dokupić limit emisji. Od kogo może ten limit dokupić? Od tych państw, które dziś produkują zarówno na bazie węgla, jak i energii jądrowej, w związku z czym mają przydział emisji globalnej, a zdecydują się ograniczyć produkcję na bazie węgla, zwiększając produkcję na bazie energii jądrowej. To od nich będziemy mogli kupić nadwyżkę emisji. W takim razie według jakiego klucza rozdzielane są przydziały emisji? - To jest wyśmienite pytanie! Otóż ustalono algorytm wspólny dla wszystkich państw. Przyjęty w nim rok bazowy - 2005 - jest dla nas bardzo niekorzystny, ponieważ był rokiem ciepłym i w związku z tym wyemitowaliśmy bardzo mało CO2. Drugi parametr to planowany wzrost gospodarczy. Polsce zaproponowano wskaźnik na poziomie 4,5 proc., podczas gdy my uważaliśmy, że powinien on wynosić 6 procent. Ten czynnik bardzo mocno wpływa na przydział limitu emisji dwutlenku węgla. Jeśli będziemy się rozwijać w tempie powyżej 4,5 proc., to na ten rozwój zabraknie nam przydziału i będziemy musieli go dokupić. Ponadto w całym wyliczeniu nie bierze się w ogóle pod uwagę tego, że Polska jest uzależniona od węgla i węgiel jest naszą bazą energetyczną, a jest to źródło energii, które przy spalaniu produkuje dużo CO2. Nie uwzględniono naturalnych uwarunkowań kraju. To tak jakby kazać malarzowi tańczyć, a muzykowi malować. Żaden z nich nie zrobi kariery... - Podkreślam: Polska nie wyemitowała 2,5 mld ton CO2, a w tej chwili jest awantura o 30 mln ton. Z punktu widzenia zmian klimatu nie odgrywa to najmniejszej roli. To nasuwa podejrzenie, że powody tak restrykcyjnego podejścia do Polski są zgoła innej natury, że wewnątrzunijna konkurencja - przy okazji pakietu CO2 - chce nas zablokować, a w każdym razie zablokować nasz węgiel. Polska mogłaby zalać tym węglem i tanią energią węglową całą Europę... - Polska posiada do 90 proc. zasobów węgla Europy. Te decyzje rzeczywiście zablokują polski węgiel i równocześnie zmuszą nas do zakupu dodatkowych limitów na aukcjach. Może przy tym dochodzić do spekulacji. Ponadto w traktacie akcesyjnym zawarte jest inne ograniczenie, kolejna blokada węgla - tym razem ze względu na pyły. Unia wprowadziła pewne normy poziomu pyłów, których nie można przekroczyć. W najbliższych latach wchodzi w życie dyrektywa o jakości powietrza. A trzeba wiedzieć, że pyły pochodzą z jednej strony - z rolnictwa i w związku z tym Polska ma naturalne zanieczyszczenie powietrza pyłami, a z drugiej strony - ze spalania węgla i biomasy. To jest kolejna przyczyna, dla której spalanie węgla staje się prawie niemożliwe. Musimy zastosować najnowsze technologie, aby sprostać wymaganiom. Inne kraje będą mogły nam je sprzedawać i zarabiać... I już to robią. Ostatnio Francja przynagla nas do zakupu elektrowni jądrowej... - Pod przykrywką batalii o redukcję emisji gazów cieplarnianych, jakże słusznej, rozgrywa się brutalna walka konkurencyjna i gra gospodarcza o to, kto będzie trzymał cugle gospodarki Polski i świata. Polska nie może dać się wykołować, powinna walczyć o swoje gospodarcze interesy. Z tego też powodu jako minister środowiska w rządzie PiS zorganizowałem XIV Konferencję Stron Konwencji Klimatycznej (COP XIV), która odbędzie się w grudniu tego roku w Poznaniu. Tam zapadną - a przynajmniej powinny zapaść - decyzje, jaka będzie polityka energetyczna świata po roku 2012. Protokół z Kioto kończy się w roku 2012 i trzeba ustalić, jak dalej prowadzić tę politykę. O co Polska powinna zabiegać na forum UE w ramach kontynuowania Protokołu z Kioto? - Jako minister pozwałem Komisję Europejską do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości za to, że po prostu nas skrzywdzono. Komisja odwleka rozpatrzenie naszych argumentów, stosuje totalną obstrukcję, zapowiada, że może zrobi to za dwa-trzy lata. A zatem powinniśmy po pierwsze - starać się, aby jak najszybciej doprowadzić do procesu przed Trybunałem. Komisja Europejska zaproponowała tzw. Pakiet Klimatyczno-Energetyczny. Mówi on, że do 2020 r. mamy wspólnie o 20 proc. ograniczyć emisję CO2, że 20 proc. w ogólnym bilansie energetycznym ma stanowić energia z odnawialnych źródeł i że efektywność energetyczna ma wzrosnąć o 20 procent. Czyli słynne "3 razy 20"... - Tak jest. Twierdzę, że Polska powinna negocjować Pakiet, domagając się, aby rokiem bazowym był rok Protokołu z Kioto, czyli 1988. Niech ten, kto wyemitował więcej - zapłaci kary zgodnie z Protokołem z Kioto i niech nie próbują dzielić naszych oszczędności wspólnie. Druga sprawa - 20 proc. odnawialnych energii... Polska nie jest w stanie tego spełnić, tym bardziej że blokuje się geotermię, blokuje się biomasę, nie tylko zresztą przy pomocy norm zapylenia i dyrektywy o jakości powietrza. Komisja Europejska podjęła próbę wprowadzenia zapisu, żeby do odnawialnych źródeł energii nie wchodziła biomasa z terenów o dużej bioróżnorodności, czyli praktycznie - z terenu całej Polski. A więc totalna blokada! A z drugiej strony - zaczyna się forować, nie wiadomo, z jakiego powodu, energię wiatrową, która ma znikome znaczenie, ale przeznaczone są na nią dotacje, które stymulują import starych wiatraków. W świetle Konwencji o ochronie krajobrazu, którą Polska ratyfikowała, wiatraki to element zupełnie obcy polskim krajobrazom, polskiej kulturze, polskiej tożsamości, obiekt, który szpeci krajobraz. Z drugiej strony - są to maszynki do mielenia ptaków. Pamiętamy, jaka awantura wybuchła o Rospudę, a tu się stawia całe fermy wiatraków, o wysokości do stu kilkudziesięciu metrów, na szlakach migracyjnych ptaków i jakoś to nikomu nie przeszkadza! Musimy walczyć, aby w rozwiązaniach na poziomie Unii wzięta została pod uwagę specyfika i bezpieczeństwo energetyczne Polski. Nasza gospodarka jest oparta na węglu i w związku z tym ten węgiel trzeba wydobywać i spalać. To oznacza konieczność uzyskania z UE dodatkowych pieniędzy na nowe technologie... - Na technologie oczyszczania, nowe, czyste technologie spalania, być może na krakowanie, czyli zamianę węgla na ropę naftową, bo to się w tej chwili zaczyna opłacać. Słowem - musimy być partnerem, który zna swoją wartość, cenę i swoje zasoby przyrodnicze. Z tego, co Pan powiedział, wynika, że batalia o nowy system handlu emisjami to sprawa wtórna, zaś najważniejsze kwestie zawarte są w pakiecie CO2... - Pakiet nie został jeszcze przyjęty. Unia zechce go najprawdopodobniej zaproponować po roku 2012. Zanim do tego dojdzie, Polska musi twardo negocjować i rok bazowy, i procent odnawialnych energii, i zmianę podejścia do naszego kraju, i rozliczenie przeszłości. Pakiet CO2 będzie zapewne przedmiotem dyskusji na grudniowej konferencji w Poznaniu. O jakie rozwiązania w wymiarze światowym powinniśmy zabiegać? - Obecnie sytuację międzynarodową normują dwa podstawowe dokumenty: Konwencja klimatyczna, która mówi, że należy doprowadzić do stabilizacji koncentracji gazów cieplarnianych w atmosferze w latach 2008-2012, i Protokół z Kioto, który precyzuje, ile poszczególne państwa muszą zredukować, aby to osiągnąć. Protokół z Kioto wygasa w 2012 r., a więc po tym roku będzie funkcjonowała tylko Konwencja klimatyczna, która ma charakter ramowy. Jako minister i organizator poznańskiej konferencji starałem się, aby powstał tam dokument - odpowiednik Protokołu z Kioto - zawierający tezy do dyskusji, które powinny być przyjęte na jednym z następnych posiedzeń COP. "Protokół z Poznania" powinien dać odpowiedź na pytanie, w jaki sposób należy prowadzić gospodarkę świata, solidarnie ze wszystkimi państwami, aby rzeczywiście doprowadzić do stabilizacji i redukcji emisji gazów cieplarnianych w atmosferze. Cały problem polega na tym, że to państwa wysoko rozwinięte emitują najwięcej. Państwa rozwijające się, takie jak Chiny, Indie, Arabia Saudyjska, też mają prawo się rozwijać, w związku z tym trzeba im zapewnić odpowiednie możliwości rozwoju i handicap finansowy. I właśnie nad tym mieliśmy w Poznaniu dyskutować, przy czym Polska miała przygotować tezy do dyskusji. To byłby ogromny wkład Polski. Niestety, to, co się w tej chwili dzieje w resorcie środowiska, jest niepokojące. Wygląda na to, że zwyciężyło przekonanie, aby dać sobie z tym spokój, zająć się logistyką, miejscami hotelowymi, tym, czy podać gościom kawę, czy herbatę, zaś cały główny nurt polityczny konferencji wraz z rolą inspiratora myśli oddano biuru konwencji w Bonn i Komisji Europejskiej jako reprezentantce Unii. To skandal. Jestem tym mocno zaniepokojony. Stowarzyszenie na rzecz Zrównoważonego Rozwoju Polski, którego jestem szefem, zorganizuje w dniach 6-8 października br. konferencję na temat: "XIV Konferencja Stron w Poznaniu szansą zrównoważonego rozwoju świata". Zaprosiłem znane osobistości z różnych krajów, z którymi utrzymuję kontakty - a byłem prezydentem V Konferencji Stron - w celu wypracowania stanowiska na poznańską konferencję. Chciałbym, aby ze strony Polski padły propozycje na tym międzynarodowym forum, jeśli nie ze strony rządu, to organizacji pozarządowej, jaką jest stowarzyszenie. Jeśli chcemy dokonać dalszej redukcji CO2 w atmosferze, musimy sporządzić bilans, kto jak się wywiązał z Protokołu z Kioto. Nie wolno dopuścić do tego, aby ci, którzy wywiązali się najlepiej, zostali za to ukarani, a ci, którzy się nie wywiązali - nagrodzeni. To nie jest żadna solidarność, tylko czysta kombinacja cudzym kosztem. Dziękuję za rozmowę. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
