Quantcast
M E N U
NEW WORLD ORDER
NIEZŁOMNI
ARTYŚCI
POLITYCY
DUCHOWNI
NAUKOWCY
DZIENNIKARZE
INNE OSOBY
III RP
POLEMIKI
HISTORIA
PAŃSTWA
DOKUMENTY
TRADYCJONALIZM
VARIA

O D W I E D Z I N Y
Wczorajsze384
Wszystkie444910
O niezależności mediów Email
Jedna z najciekawszych polemik. Przyczynkiem stał się tekst Bentolda Kiettela, jaki napisał odchodząc z „Rzeczpospolitej” w 2006 roku. Warto znać kontekst tego odejścia i wiedzieć o mediach więcej, niż one chciałyby, byśmy wiedzieli.

 


W 2000 r. Bertold Kittel i Anna Marszałek pracowali w "Rzeczpospolitej" i  zasłynęli zniszczeniem wizerunku ministra Szeremietiewa za pomocą fałszywego oskarżenia. Minister został zawieszony, a dziennikarze dostali prestiżową nagrodę. Po wyborach w 2005 r. ze stanowiska naczelnego „Rzeczpospolitej” odszedł Grzegorz Gauden, skompromitowany tym, że zrobił z szanowanego tytułu przystawkę do „Gazety Wyborczej”. Jego miejsce zajął Paweł Lisicki, który znowu uczynił z „Rzepy” rzetelny dziennik. Pan Kittel postanowił więc poszukać sobie innej posady. Znalazł zatrudnienie tygodniku „Newsweek” wydawanym przez niemiecki koncern medialny Axel Springer, który w tym czasie zaczął wydawać konkurencyjną wobec „Rzepy” gazetę codzienną „Dziennik”. Prawdopodobnie pan Kittel postanowił zrobić nowemu pracodawcy prezent w postaci wyjątkowo obłudnego tekstu uderzającego w konkurencyjną „Rzeczpospolitą”. Zarzucił w nim uczciwej gazecie i dziennikarzom wszystko to, co było udziałem właśnie jego i większości mediów w ciągu całej III RP. Komentarze jakie posypały się w reakcji na owo wyznanie dają bardzo ponury, ale prawdziwy obraz polskich mediów po 1989 


Bertold Kittel:

Jak prawie co dzień ostatnio jechałem kilkaset kilometrów, skądś, dokądś, to nieważne. Miałem trochę czasu na przemyślenia, cały weekend tak naprawdę, ale za kółkiem sobie wszystko poukładałem.

Przypomniałem sobie czasy, bardzo odległe, kiedy przyszedłem do “Rzepy”. To dla tych, którzy nie wiedzą, było w ubiegłym wieku, konkretnie w dekadzie dziewiątej, w drugiej połowie dziewiątej dekady. Czyli dawno, tak dawno, że można zapomnieć. Ściągnęła mnie tam Anka Marszałek, ja kontestowałem w “Życiu” Wołka, ona podpowiedziała, że mogę zastąpić Kasprowa, co było nadużyciem pewnie, bo Kasprów był brandem, a ja nie, ale co tam.

Zrobiliśmy masę fajnych rzeczy, jechaliśmy po bandzie na maksa, walczyliśmy z całym światem. Dla mnie “Rzepa” stała się całym światem, tak jak chyba dla wszystkich, którzy się w niej znaleźli.

Potem okazało się, że to, co robimy, to coś bardziej odpowiedzialnego. Ktoś stracił pracę, ktoś podał się do dymisji. Zaczęto mówić, że dziennikarstwo śledcze “Rzepy” jest wzorcem, punktem odniesienia.

Były lepsze i gorsze momenty (Anka, myślę, że tych dobrych było więcej), co cię nie zabije, to cię wzmocni. Zawsze staraliśmy się pozostawać wierni ideałom dziennikarstwa z najwyższej półki: dokładnego sprawdzania, ale walenia z bańki w słusznej sprawie. Robiliśmy to w poczuciu obrony praw najsłabszych: zwykłych ludzi, naszych czytelników. W to wierzyliśmy, nie w cytowalność, nie w dochody z reklam, nie nakład. Nie mówię, że nie popełnialiśmy błędów, ale czasem coś za bardzo chcieliśmy zrobić, bo nie byliśmy zimnymi technokratami. Ale nigdy, nigdy, nigdy nie zrobiliśmy niczego pod dyktando władzy ani kogokolwiek innego.

Dziś pytam siebie, gdzie są nasze ideały? Dlaczego dziennikarstwo stało sie zawodem prostytutki władzy? Dlaczego określenie “dziennikarz śledczy” staje się etykietką pudla warującego na progu sekretariatu ministra, czekającego na ochłap z rządowego biurka? Dlaczego praca w prorządowych mediach dla tak wielu ludzi staje się powodem nie do wstydu, ale do dumy? Dlaczego głównym osiągnięciem dziennikarzy staje się puszczenie w internecie często zmanipulowanej informacji wyłącznie w celu osiągnięcia cytowalności? Dlaczego nie mówimy głośno o wstrzymywaniu materiałów, manipulowaniu, przewalaniu tekstów, o promowaniu uzależnionych miernot? O tym, co czujemy, kiedy mówimy informatorom o ochronie źródeł, o zachowaniu tajemnicy zawodowej w firmie, w której kierownictwo popija aperitify z władzą, a bezpośredni zwierzchnicy płacą raty mafijnym lichwiarzom.

Patrzę na łamanie kręgosłupów świetnych reporterów. W gazetach, w telewizji, w radiu. Dziś każdy ma do zapłacenia hipotekę. Co miesiąc. Więc jak zetną tekst, nie puszczą materiału, to po prostu udaje, że to nic takiego, że im jeszcze pokaże, jak znajdzie robotę. A jak nie może znaleźć, to jest skazany. I idzie chlać z kolegami, narzeka, a potem idzie do roboty, której nienawidzi. To jest ludzkie, tak bardzo ludzkie, jak ludzkie musi być to, co robimy.

Większość z nas marzyła o tym, żeby być dziennikarzem. Ale z czasem zapomnieliśmy, o co tak naprawdę nam chodziło. Idziemy na łatwe kompromisy, dostając za to premie, wyższe limity na komórki, laptopy itp. Naprawdę jesteśmy dobrze opłacanymi marionetkami, które wiedzą, w co grają i się na to godzą.

Dla mnie i dla wielu ludzi “Rzeczpospolita” była czymś o wiele więcej niż ciągiem 14 liter. Była miejscem, gdzie żywe były ideały redaktora Fikusa, potem Łukasiewicza. Była czymś, co stanowiło wzór niezależnego dziennikarstwa i symbol polskiego dziennikarstwa śledczego.


Ktoś kiedyś powiedział, że sława trwa pięć minut. Niesława trwa o wiele dłużej…


Czy polskie dziennikarstwo jest chore?

Piotr Zaremba, 3 lipca 2007

"Bertold Kittel, znany i utytułowany dziennikarz <Rzeczpospolitej>, dał na swoim blogu wyraz głębokiemu zniesmaczeniu tym, co dzieje się w polskim dziennikarstwie. Padły mocne słowa, łącznie z <prostytutkami władzy>" - pisze Piotr Zaremba, publicysta DZIENNIKA.

Sporu Kittla z obecnym kierownictwem "Rzeczpospolitej" ocenić nie jestem w stanie. Choćby dlatego, że nie podaje żadnych konkretów. Klarowności całej sytuacji nie zwiększa też fakt, że dziennikarz w "Rzepie" pozostaje, i to również, jak słyszę, po tym mocnym oskarżeniu.

Ale warto odnieść się do całej wizji obecnych czasów namalowanej dramatycznie przez Kittla. "Dziś pytam siebie: gdzie są nasze ideały? Dlaczego dziennikarstwo stało się zawodem prostytutki władzy. Dlaczego określenie <dziennikarz śledczy> staje się etykietką pudla warującego na progu sekretariatu ministra, czekającego na ochłap z pańskiego stołu. Dlaczego praca w prorządowych mediach staje się powodem do dumy, a nie wstydu". Dalej mowa jest o wrzucaniu do internetu zmanipulowanych informacji, o przewalaniu i wstrzymywaniu tekstów, i o kierownictwach redakcji "pijących aperitify z władzą".

Czy ja się zgadzam z tą wizją? Poszczególne jej elementy są zapewne prawdziwe. Potrafiłbym wskazać, o jakie redakcje czy o jakich dziennikarzy chodzi autorowi. Rzecz w tym, że poszczególne zarzuty dotyczą różnych firm i zdarzeń, które trudno sprowadzić do wspólnego mianownika. Polemikę utrudnia fakt posługiwania sie uogólnieniami. Uogólnienia sprzyjają budowaniu nastroju grozy.

I tu moja największa pretensja. Ogłaszanie takich spostrzeżeń w tonacji alarmu sugeruje, że Bertold Kittel odkrywa nowe zjawisko. Że dostrzegł coś, czego wcześniej nie było, albo co stanowiło niewiele znaczący margines. To czyni jego tekst miejscami kabaretowym. Bo czy doświadczony dziennikarz może twierdzić, że nagle zauważył aperitify z władzą, skoro pięć lat temu przed komisją śledczą opowiedziano z detalami o grillach kierownictwa Agory z Leszkiem Millerem. Grillach, które były równocześnie negocjacjami o kształcie medialnego prawa. Czyli już nie takie nowe. A może po prostu - i niestety - normalne, co nie znaczy godne pochwały czy choćby obojętności.

Jednak owa demoniczność ma oczywisty kontekst polityczny, Kittel twierdzi, że to obecna władza znieprawiła media. Też nie jest to teza szczególnie odkrywcza. Jacek Żakowski w Radiu Tok FM wraz ze swymi zwykle jednomyślnymi gośćmi zdążył to już ogłosić na setki sposobów i obrzucić wielu dziennikarzy z nazwiska obelgami. Skąd więc ta nieśmiałość Bertolda Kittla?

Trudno nie zauważyć zjawisk nad wyraz niepokojących - choćby pożerania przez PiS publicznej telewizji. Pisałem o tym nieraz. Ale też nie pierwsze to tego typu zdarzenie, a dawne gwiazdy telewizji Kwiatkowskiego są dziś czołowymi obrońcami wolności słowa. Mnie dziwi przede wszystkim ta dorozumiana sugestia, że kiedyś było wspaniale, a teraz się popsuło.

Przewalanie tekstów? Kittel nie zauważył choćby wspomnień Jacka Łęskiego, który opowiadał o swoich początkach w "Gazecie Wyborczej", gdy zmagał się z aferami, a jego przełożeni robili wszystko, aby to utrudnić. Oni "tylko redagowali", a nie dotyczy to przecież tylko gazety Michnika. W zbyt wielu miejscach obaj pracowaliśmy, żeby tego nie wiedzieć. Występowanie dziennikarzy w roli skrzynki kontaktowej ministrów? Naganne, i każdy z nas umie odróżnić takie teksty od solidnej roboty dziennikarskiej. Ale, powtórzę, przecież żyjemy w tym samym świecie - ja i Kittel. W 1997, 1999 czy 2002 roku równie łatwo było rozpoznać źródła gotowców publikowanych przez niektórych znanych autorów, także śledczych. Że nie podaję większych konkretów? Kittel też nie.

Każda taka debata kończy się na wspominkach historycznych. Ja będę bronił swojego prawa do pamięci. Co innego obwieścić: jest źle. A co innego ogłosić: tak źle jak teraz nigdy nie było. W tym drugim przypadku jest się skazanym na zderzenie własnego wrażenia z pamięcią innych.

Setki razy przywoływałem przykład TVP z 1993 roku nadającej 5 razy w tygodniu program przygotowywany przez dziennikarzy "Polityki". Można było wtedy wybierać miedzy Paradowską i Baczyńskim.

Twierdzę, że dziś z różnych powodów - napływu zagranicznego kapitału, zmiany świadomości wielu dziennikarzy pod wpływem afery Rywina - mamy bardziej pluralistyczny rynek mediów. Władza, każda władza, choćby się bardzo starała, nie położy łapy ani na informacji, ani na komentarzach. Nie ma więc powodu do lamentów. Choć warto być czujnym.


Bertold Kittel atakuje Rzepę

Kataryna, 03 lipca 2007

Bertold Kittel:
Zawsze staraliśmy się pozostawać wierni ideałom dziennikarstwa z najwyższej półki: dokładnego sprawdzania, ale walenia z bańki w słusznej sprawie. Robiliśmy to w poczuciu obrony praw najsłabszych: zwykłych ludzi, naszych czytelników. W to wierzyliśmy, nie w cytowalność, nie w dochody z reklam, nie nakład. Nie mówię, że nie popełnialiśmy błędów, ale czasem coś za bardzo chcieliśmy zrobić, bo nie byliśmy zimnymi technokratami. Ale nigdy, nigdy, nigdy nie zrobiliśmy niczego pod dyktando władzy ani kogokolwiek innego. Dziś pytam siebie, gdzie są nasze ideały. Dlaczego dziennikarstwo stało sie zawodem prostytutki władzy? Dlaczego określenie "dziennikarz śledczy" staje się etykietką pudla warującego na progu sekretariatu ministra, czekającego na ochłap z rządowego biurka? Dlaczego praca w prorządowych mediach dla tak wielu ludzi staje się powodem nie do wstydu, ale do dumy? Dlaczego głównym osiągnięciem dziennikarzy staje się puszczenie w internecie często zmanipulowanej informacji wyłącznie w celu osiągnięcia cytowalności? Dlaczego nie mówimy głośno o wstrzymywaniu materiałów, manipulowaniu, przewalaniu tekstów, o promowaniu uzależnionych miernot? O tym, co czujemy, kiedy mówimy informatorom o ochronie źródeł, o zachowaniu tajemnicy zawodowej w firmie, w której kierownictwo popija aperitify z władzą, a bezpośredni zwierzchnicy płacą raty mafijnym lichwiarzom. Patrzę na łamanie kręgosłupów świetnych reporterów. W gazetach, w telewizji, w radiu. Dziś każdy ma do zapłacenia hipotekę. Co miesiąc. Więc jak zetną tekst, nie puszczą materiału, to po prostu udaje, że to nic takiego, że im jeszcze pokaże, jak znajdzie robotę. A jak nie może znaleźć, to jest skazany. I idzie chlać z kolegami, narzeka, a potem idzie do roboty, której nienawidzi. To jest ludzkie, tak bardzo ludzkie, jak ludzkie musi być to, co robimy. Większość z nas marzyła o tym, żeby być dziennikarzem. A Większość z nas marzyła o tym, żeby być dziennikarzem. Ale z czasem zapomnieliśmy, o co tak naprawdę nam chodziło. Idziemy na łatwe kompromisy, dostając za to premie, wyższe limity na komórki, laptopy itp. Naprawdę jesteśmy dobrze opłacanymi marionetkami, które wiedzą, w co grają i się na to godzą. Dla mnie i dla wielu ludzi "Rzeczpospolita" była czymś o wiele więcej niż ciągiem 14 liter. Była miejscem, gdzie żywe były ideały redaktora Fikusa, potem Łukasiewicza. Była czymś, co stanowiło wzór niezależnego dziennikarstwa i symbol polskiego dziennikarstwa śledczego. Ktoś kiedyś powiedział, że sława trwa pięć minut. Niesława trwa o wiele dłużej...

Wzruszające, normalnie się popłakałam. Ktoś gdzieś porównał to wyznanie Kittela do "taśm prawdy" Oleksego, ja wielu podobieństw nie znajduję. Owszem, obaj bardzo brutalnie przejechali się po swoich ale na tym podobieństwa się kończą bo Oleksy nie wiedział, że jego oskarżenia pozna ktoś poza Gudzowatym, a Kittel swoje opublikował właśnie po to, żeby poznali je wszyscy - żaden spontan, żadne chlapnięcie niechcący, tylko dobrze przemyślany ruch. Nie wiem w co gra Kittel ale w to że odezwało się jego dziennikarskie sumienie i wyrzucił z siebie najprawdziwszą prawdę jakoś nie wierzę, nie po słynnej akcji z Szeremietiewem za którą nawet Urban się kajał a Kittel się chyba nie poczuwa.

Nie wiem jak naprawdę jest w Rzepie, nie mam pojęcia jak z bliska wygląda medialny światek (wbrew temu co rozgłasza w internecie jakiś świr nie jestem Rafałem Kalukinem, ani nawet jego żoną), nie wydaje mi się jednak, żeby w Rzepie było tak jak to opisuje Kittel a on sam był ostatnim sprawiedliwym, który nie bacząc na interes własny podjął się zbożnego dzieła budzenia dziennikarskich sumień, ryzykując swoją karierę. No bez żartów. O co więc chodzi Kittelowi? Pewnie wkrótce się przekonamy jak poznamy skutki jego dziwnego ataku. Ja mam kilka teorii, z których najbardziej banalna jest taka, że Kittel dostał atrakcyjną propozycję pracy w innej gazecie i postanowił upiec trzy pieczenie na jednym ogniu - zaszkodzić swojej przyszłej konkurencji, przystroić się w piórka jedynego uczciwego, no i dać się wyrzucić (co jest nie bez znaczenia dla budowania legendy niezłomnego, poza tym jako zwolniony a nie zwalniający się dostanie pewnie odprawę). Obserwujmy bacznie karierę Bertolda Kittela, wkrótce powinno się wyjaśnić co go pchnęło do użalania się w internecie na swój ciężki los. Ta sprawa musi mieć ciąg dalszy bo nie wyobrażam sobie, żeby nie było reakcji Rzepy. A może nie będzie? W końcu kilka miesięcy temu też pojawił się szokujący wpis na internetowym blogu, czekałam wtedy na medialną burzę i się nie doczekałam, zero reakcji. A że chodziło o tego samego Bertolda Kittela więc przypomnę tamten wpis [cały wpis zamieszczony niżej], autorstwa znanego producenta Macieja Strzembosza:

Maciej Strzembosz: Polskie media toczy gangrena. Tyle tylko, że jest to gangrena nie tylko i nie przede wszystkim polityczna, lecz przede wszystkim – korupcyjna. Oto przykład jak działa jamniczek. Bogatemu lobby K. nie podoba się działalność osoby A. Wynajmuje więc dziennikarza śledczego G. Dziennikarz bierze kasę i zobowiązuje się zniszczyć wiarygodność osoby A. Zaczyna więc krążyć i wypytywać: o rozwód, o rzekomo przerwaną ciążę, o rzekome wyremontowanie mieszkania ze środków publicznych, o rzekomy nepotyzm, o przydzielanie sobie i kumplom dotacji. Pyta o wszystko, oprócz naruszonych interesów lobby K. Ten aspekt jakoś dziwnie go nie interesuje. Następnie dziennikarz G. proponuje tekst różnym redakcjom. Nagle – pech. Redakcje nie biorą. A redaktor G. wziął (kasę od lobby K.).Zostaje więc ostatnia deska ratunku. Redaktor G. udaje się do redaktora B. mającego dużo silniejszą pozycję polityczną i zawodową. Nie wiadomo jakich argumentów używa. Ale teraz tematem zajmuje się redaktor B. Krąży po tych samych ścieżkach i wypytuje o to samo: o rozwód, o rzekomo przerwaną ciążę, o rzekome wyremontowanie mieszkania ze środków publicznych, o rzekomy nepotyzm, o przydzielanie sobie i kumplom dotacji. Ba, zadaje pytania na piśmie tym samym instytucjom, które dziwnym trafem nie różnią się niczym od pytań zadawanych przez redaktora G. Przygotowuje tekst. I w razie czego zezna z czystym sumieniem, że nigdy nie dostał zlecenia od lobby K. Redakcje są wobec takiego procederu właściwie bezbronne. Opinia publiczna jeszcze bardziej. Osoby obsmarowywane – takoż. Jeśli wystrzelisz dość gówna, zawsze się coś przyczepi.

Wtedy bardzo poważne oskarżenie nie doczekało się reakcji ani Kittela, ani jego macierzystej redakcji, ani - co dziwne - konkurencji, może teraz będzie okazja powyjaśniać stare sprawy, tym bardziej, że sam Kittel woła o rachunek sumienia. Jak myślicie, będzie burza czy głośna cisza?

Strzembosz oskarża Kittela

Sprawa Szeremietiewa

 


Maciej Strzembosz v Bertold Kittel

Kataryna, 19.01.2007

Ciekawe informacje można znaleźć na blogach ludzi mediów. Na przykład u Macieja Strzembosza, który we wpisie "Kto upilnuje strażników" przedstawia kulisy powstawania pewnego artykułu śledczego.

"Polskie media toczy gangrena. Tyle tylko, że jest to gangrena nie tylko i nie przede wszystkim polityczna, lecz przede wszystkim – korupcyjna. Oto przykład jak działa jamniczek. Bogatemu lobby K. nie podoba się działalność osoby A. Wynajmuje więc dziennikarza śledczego G. Dziennikarz bierze kasę i zobowiązuje się zniszczyć wiarygodność osoby A. Zaczyna więc krążyć i wypytywać: o rozwód, o rzekomo przerwaną ciążę, o rzekome wyremontowanie mieszkania ze środków publicznych, o rzekomy nepotyzm, o przydzielanie sobie i kumplom dotacji. Pyta o wszystko, oprócz naruszonych interesów lobby K. Ten aspekt jakoś dziwnie go nie interesuje. Następnie dziennikarz G. proponuje tekst różnym redakcjom. Nagle – pech. Redakcje nie biorą. A redaktor G. wziął (kasę od lobby K.).Zostaje więc ostatnia deska ratunku. Redaktor G. udaje się do redaktora B. mającego dużo silniejszą pozycję polityczną i zawodową. Nie wiadomo jakich argumentów używa. Ale teraz tematem zajmuje się redaktor B. Krąży po tych samych ścieżkach i wypytuje o to samo: o rozwód, o rzekomo przerwaną ciążę, o rzekome wyremontowanie mieszkania ze środków publicznych, o rzekomy nepotyzm, o przydzielanie sobie i kumplom dotacji. Ba, zadaje pytania na piśmie tym samym instytucjom, które dziwnym trafem nie różnią się niczym od pytań zadawanych przez redaktora G. Przygotowuje tekst. I w razie czego zezna z czystym sumieniem, że nigdy nie dostał zlecenia od lobby K. Redakcje są wobec takiego procederu właściwie bezbronne. Opinia publiczna jeszcze bardziej. Osoby obsmarowywane – takoż. Jeśli wystrzelisz dość gówna, zawsze się coś przyczepi."

Komentarz Strzembosza pochodzi z grudnia, pewnie mało kto zwrócił uwagę na ten fragment - wciśnięty w długi tekst i zbyt ogólny żeby można było zidentyfikować bohaterów. Na dodatek Strzembosz skomentował artykuł, który się jeszcze nie ukazał, a jak już się ukazał to trudno było go skojarzyć z jakimś starym starym wpisem na czyimś blogu. Przedwczoraj Strzembosz przypomniał tamten wpis i wiadomo już, że chodzi o tekst "Love story z korupcją w tle" autorstwa Bertolda Kittela (przy współpracy Agaty Byrskiej). Redaktorem G. jest zatem owa mało znana dziennikarka Agata Byrska, zaś redaktorem B. sam Dziennikarz Roku 2006 w kategorii "dziennikarstwo śledcze", wielki Bertold Kittel.

Nie pierwszy raz uczciwość Kittela jest podawana w wątpliwość, tym razem jednak robi to ktoś kto nie jest negatywnym bohaterem artykułów Kittela, nie ma więc osobistego interesu w podważaniu jego dziennikarskiej uczciwości. Trudno rozstrzygać o prawdziwości zarzutów stawianych przez Kittela Agnieszce Odorowicz, tym bardziej, że cały artykuł zbudowany jest wyłącznie na wypowiedziach anonimowych informatorów, których wiarygodność trudno ocenić, zwłaszcza jeśli się nie ma bezgranicznego zaufania do spisującego ich relacje dziennikarza. Ja niestety nie mam i po tym artykule, a zwłaszcza po komentarzu Strzembosza, raczej mi nie wzrośnie.

Strzembosz pisze wprost, że artykuł jest na zlecenie i za pieniądze, oskarżenie dotyka gwiazdę dziennikarstwa śledczego, dopiero co wybranego Dziennikarzem Roku. Nie wyobrażam sobie, żeby Rzepa mogła zignorować takie oskarżenie wobec swojej gwiazdy, Strzemboszowi należy się pozew? Czy będzie? Wątpię, prędzej koledzy dziennikarze zajmą się Strzemboszem, w końcu w każdej redakcji są tacy co to "się kurwa nie znają na gazie" i nikomu nie jest na rękę czyszczenie środowiska. Po co sądy skoro można się rozprawić na łamach. A Kittel będzie zbierał kolejne laury.

Maciej Strzembosz "Kto upilnuje strażników"



Teraz Kittel

Jacek Łęski, 2007-07-05

Czytając gorzkie refleksje Bertolda Kittla na temat dziennikarstwa śledczego przypomniałem sobie naszą rozmowę na podobne tematy sprzed paru lat. Moje spostrzeżenia na temat ówczesnego dziennikarstwa były bardzo podobne. W okresie szczytowym Kwaśniewszczyzny wspartej Michnikowszczyzną atmosfera w mediach była tak duszna, że rzygać się chciało. Bertold uważał wtedy, odejście z mediów to pójście na łatwiznę i trzeba starać się pracować w warunkach jakie są. Ja uważałem, że przestrzeń dziennikarskiej wolności jest tak ograniczona, że lepiej dać sobie spokój. Rozumiem, że dziś i on ma podobne odczucie.

Pozostanę przy swoim, że w mediach polskich działo się bardzo źle od dawna. Za czasów SLD cała ta ekipa była w mediach pod swoistym parasolem ochronnym, o którym dzisiejsi PiS-owcy moga tylko pomarzyć. Po odejściu z dziennikarstwa bywałem powiernikiem żali i frustracji tych, co zostali i miali uwalane teksty, oskarżano ich o to, że są psami łańcuchowymi UOP czy ABW, względnie dziennikarskimi killerami na zamówienie polityczne. Pamiętam jak wbijali zęby w ścianę nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Jak na przykład z TVN wywalano zdolnego dziennikarza, który jako jeden z pierwszych chciał opublikować materiały o kulisach afery w Starachowicach. Wszystko bez słowa komentarza kolegów po fachu.

Tak, "dziennikarstwo śledcze" zdewaluowało się potwornie między innymi dlatego, że w czasach, gdy z zawodu w latach 1998 - 2004 wypychano wartosciowych ludzi to reszta najczęściej milczała, co najwyżej przekazywała prywatne wyrazy ubolewania. Nie piszę tego w tonie pretensji. Takie jest życie. Tylko, że syf nie zaczął się ani wczoraj ani dzisiaj.

Od lat mamy w największych polskich mediach jednej strony hucpiarskie, wręcz chamskie teksty udające reportaże śledcze, z drugiej strony blokowanie karier ludzim dociekliwym i niewygodnym. Efekt jaki jest każdy widzi. Dla poziomu i wiarygodności polskich mediów to katastrofa. A raz uruchomiony mechanizm degradacji jakoś nie chce się zatrzymać.

Podobnie robienie karier na lizaniu d... politykom nie jest wynalazkiem IV RP. W III RP też obowiązywała zasada, że pokorne cielę dwie matki ssie. Dobrze widać to na przykładzie całego towarzystwa z Polityki, czy medialnych tuzów TVN i Polsatu. Dotyczy to także średniego stafu redaktorskiego w TVP.

Moim zdaniem korzeniem zła jest układ właścicielski w polskich mediach - uwikłanych politycznie i biznesowo w różne ciemne sprawki i partykularne rozgrywki. Takim właścicielom dziennikarstwo śledcze potrzebne jest jak dziura w moście. Im potrzeba sprawnych zabawiaczy, utalentowanych propagandzistów, speców od "ciekawostek" i innych "pracowników mediów".

Dyskusja w komentarzach pod tekstem Jacka Łęskiego między autorem i Maciejem Gawlikowskim.

Udawane zdziwienia...

Maciej Gawlikowski

> W okresie szczytowym Kwaśniewszczyzny wspartej
> Michnikowszczyzną atmosfera w mediach była tak duszna,
> że rzygać się chciało.

A wcześniej niby było lepiej?
A w mediach zarządzanych nie przez Michnika czy SLD-owców było lepiej?
Przypomnij sobie jak było w TVP za Wieśka kiedy robiliśmy razem Puls Dnia. Przypomnij sobie telefony "z góry", naciski, narzucanie gości, zakaz zapraszania niektórych osób, np. Czabańskiego (bo komuś podpadł). Przypomnij sobie to, kiedy Maciek jako dyrektor anteny kazał mi zmienić temat Pulsu w rocznicę 13. Grudnia, bo postanowił dowartościować Andrzeja Wajdę (co podobno miało jeszcze inne podteksty - natury biznesowej).
Może już tego nie pamiętasz ale dla mnie to ważny moment, bo m.in. za to wyleciałem z roboty.
Dyrektor anteny nagle wydaje mi przez telefon polecenie (jako redaktorowi programu), że 13.12. gościem Pulsu ma być Wajda a tematem rozmowy jego heroiczna postawa wobec komunistów. Stanowczo odmówiłem, więc usłyszałem bluzg w słuchawce, następnie w ogóle zdjęto tego dnia Puls a Wajda zaprezentował swą martyrologię w oprawie dnia Jedynki w rozmowie z Kraśką.
Minęło parę tygodni i Krzysiek Nowak wypowiedział pamiętne dla mnie słowa: "Wiesiek stracił do ciebie zaufanie! Nie możesz dłużej pracować w Pulsie Dnia, bo to nasz okręt flagowy i musimy mieć tam ludzi pewnych".
Zostałem wywalony z dnia na dzień na zbity pysk.
Co prawda pisałeś list do Wieśka z protestem w mojej sprawie (podpisali go wszyscy z naszej redakcji oprócz Piotra S.), ale żeby ktoś się mocniej postawił... Co to, to nie :-)
Załogę w ten sposób zastraszono, szefem Pulsu został kumpel Wieśka z Łodzi - właściciel dwóch pralni chemicznych, gość bez doświadczeń pracy w telewizji (ba, w jakiejkolwiek redakcji!), człek ponury i mało lotny, za to łapiący w lot pomysły "góry". I komuś to przeszkadzało? :-)

> Ja uważałem, że przestrzeń dziennikarskiej wolności
> jest tak ograniczona, że lepiej dać sobie spokój.

A wtedy, za czasów Pulsu, uważałeś "przestrzeń wolności" za wystarczającą? :-)

> Rozumiem, że dziś i on ma podobne odczucie.

Tak. I jego zdziwienie nagłym "ograniczeniem przestrzeni " jest równie nieszczere jak Twoje, które opisujesz (wybacz!).
Nie jesteście dziećmi i nie mów mi, że mieliście jakiekolwiek złudzenia - Ty parę lat temu, a Bertold parę tygodni temu.
Dziwi mnie tylko forma wypowiedzi Bertolda. Czułem niesmak po tym tekście. Chyba zbytnio przegiął pałę - może wpłynie to dobrze na wysokość kontraktu w nowej redakcji ale na dłuższą metę mu się nie opłaci, nie przysporzy wiarygodności.

> Wszystko bez słowa komentarza kolegów po fachu.

I to Ty pierwszy rzucasz kamieniem??? :-)))

> w czasach, gdy z
> zawodu w latach 1998 - 2004 wypychano wartosciowych
> ludzi to reszta najczęściej milczała, co najwyżej
> przekazywała prywatne wyrazy ubolewania.

Podobnie jak Ty w 1995 roku kiedy wywalano np. mnie za brak politycznej dyspozycyjności. A złudzeń, co do politycznego charakteru sprzątnięcia mnie przez kolegów-pampersów nie miałeś (co jasno napisałeś w liście do Wieśka, który mam gdzieś w domowym archiwum).

> Tylko, że syf nie zaczął się ani wczoraj ani dzisiaj. (...)
> W III RP też obowiązywała zasada, że pokorne cielę
> dwie matki ssie. Dobrze widać to na przykładzie całego
> towarzystwa z Polityki, czy medialnych tuzów TVN i
> Polsatu.

Syf był, jest i będzie. Nie miej złudzeń.
Będzie, dopóki w tym zawodzie będą dominować ludzie bez charakterów, bez honoru, bez jaj. A taką selekcję negatywną widać nie tylko wśród ekip TVN-u czy Polityki. Także w tzw. naszym środowisku.
Każda władza woli mieć w tym cyrku swoje małpki. Małpki skaczące w rytm podanej muzyki a nie zwierzęta z rodziny kotowatych mogące użreć przy próbie tresury :-)
Dlatego z Wiadomości musiał teraz odejść Radek Rybiński - człowiek porządny, uczciwy i dobry fachowiec.
Dlatego dla odmiany teraz karierę w tym głównym politycznym ołtarzyku zacznie niejaki Horodyski - mierny adept dziennikarstwa wyrzucany z krakowskich redakcji a to za dziennikarską nieuczciwość, a to za okradanie pracodawcy (robił na lewo na sprzęcie radiowym reklamy PiS-u). I taki ktoś zostanie reporterem politycznym Wiadomości. Kiedy spotkałem Jarka Grzelaka, powiedział mi, że biorą go, bo "nie ma kim robić". Brzmiało to mało przekonująco :-) Nie ma kim robić... mokrej roboty :-)

Jeszcze jedną historyjkę Ci przypomnę - cykliczne imprezki organizowane w połowie lat 90-tych w Klubie Architekta (tak to się chyba nazywało) przez Annę Marszałek, gwiazdę dziennikarstwa śledczego. Dałem Ci się wyciągnąć raz na taki jubel mimo wstrętu do salonowych imprez. O mało nie skończyło się to mordobiciem, bo okazało się po jakiejś godzinie, że popijający obok mnie piwo gruby gość jest działaczem Ruchu NIE Urbana i równocześnie jakimś doradcą SLDowskiego szefostwa MSW. Część uczestników tego "salonu" to były jakieś szemrane typy z bezpieki, wywiadu, SLD, wojskówki czy innych gangów a większość to kwiat dziennikarstwa, zwłaszcza śledczego. Wszyscy pili sobie z dziubków, sztama była, że hej!
Powstrzymaliście mnie wtedy przed rękoczynem a mocno podpity urbanoid nie ryzykując starcia czmychnął z lokalu, wsiadł za kierownicę służbowej lancii z granatowym kogutem za szybą i odjechał z piskiem opon.
Tak w symbiozie z komunistyczną gangsterką żyli wówczas dziennikarze śledczy i nawet nikogo to nie dziwiło, nie oburzało, nikt szat nie rwał z tego powodu.
Wiem, że takie odświeżanie pamięci kolegom nie przysparza mi ich sympatii, ale od czego do cholery są blogi...
Też jestem bliski rzucenia dziennikarskiej roboty, ale niczego poza tym w życiu robić nie umiem, więc się nadal męczę :-)
Bogu dzięki, że pracuję od 10 lat jako free lancer, zawsze to lepiej. Z telewizji pewnie bym dawno odjechał prosto do czubków.
Pozdrawiam.



Jacek Łęski odpowiada:

Macku,

ciesze się z Twojego komentarza i w dużej części się z nim zgadzam. Osobiście bardzo żałowałem, że zostałes wywalony z "Pulsu Dnia" i miło mi, że pamietasz, że nie siedziałem wtedy cicho, tylko protestowłem w jedynej formie jaka wydawała mi się sensowna. Ty miałes swoje powody by uważać, że w Pulsie zrobiło Ci się za ciasno. Ja uważałem, że na tle wszystkich innych redakcji jakie wtedy miałem do wyboru (a i w innych okresach też) akurat Puls Dnia cieszył się wyjątkową swobodą i pamietam bodaj jeden tylko spór o temat programu, który jako zespół toczyliśmy z Maćkiem Pawlickim. Takie rzeczy wszędzie się zdarzają i uważałem, że jeśli ingerenacja szefostwa firmy w tematyke głównego programu publicystycznego ogranicza się do sugestii, rozmów, które moglismy brac lub nie, pod uwagę, to generalnie jest OK.
Szczerze mówiąc, uważam, że wtedy i Ty przeginałes pałę i robiłeś czasem drakę tam, gdzie absolutnie nie było takiej potrzeby. Z tego jednak trudno robic zarzut w srodowisku dziennikarskim, które generalnie składa sie z osób o podwyższonym poczuciu własnej wartosci, często rozdętym ego, z ludzi konfliktowych i łatwo stawiających sprawę na ostrzu noża. Czasem zdarza się, że tego rodzaju przywary trafiaja się wsród dziennikarzy wybitnych i całe życie wszyscy muszą jakoż z tym się ułozyć. Porównywanie jednak czasów Kwaśniewszczyzny z sytuacją dziennikarzy w Pulsie Dnia za czasów Walendziaka uważam za absolutnie nieuprawnione.
Opisałes jak to "nasłano" nam komisarza politycznego, kumpla Walendziaka, który pojecia nie miał o telewizji.
Ja poczatkowo też go tak oceniałem. Zmieniłem ocenę zasadniczo juz po paru tygodniach wspólpracy. Okazał się facetem wyjatkowo bystrym, ciekawym swiata i o bardzo dużych umiejętnosciach kierowania zespołem złożonym z ludzi o niełatwych charakterach. I tą opinie mam do dzis, choć od wielu lat zawodowo nie mamy nic wspólnego, a towarzysko też nasze drogi się rozjechały. Sposób w jaki opisałes go w komentarzu pokazuje brzydką cechę: wyciaganie pochopnych i bardzo radykalnych wniosków o charakterze innych ludzi na podstawie bardzo powierzchownej znajomosci. Odradzam.
Co do generaliów, zgoda: w polskch mediach ostatnich 17 lat nigdy nie było normalnej sytuacji. Zawsze uprawiannie uczciwego dziennikarstwa było raczej wyjątkiem niż normą.
Co do imprezek u Ani Marszałek, to rzeczywiscie panowała na nich cudaczna atmosfera. Ja byłem na takiej imprezie dwa razy: raz kiedy chciałes lać Golimonta po mordzie, a drugi raz rok później kiedy zabaczyłem na sali Czeszejko Sochackiego, zebrało mnie na wymioty i wyszedłem.
Rozumiałem intencje Ani: stworzyć nieformalne miejsce na którym policjanci, dziennikarze i prokuratorzy mogliby się spotkac i poznać. W sensie zawodowym mogło to mieć jakiś sens. W rzeczywistości jednak wyrodziło sie i zdaję się, że Ania sama sie połapała co z tego wyszło i impreza szybko znikneła z towarzyskiego krajobrazu Warszawy.
Jeszcze jedna uwaga osobista: mimo, że nasze drogi też się rozeszły, trzymam za Ciebie kciuki i uważam, że z godną podziwu konsekwencją robisz kawał dobrej roboty. Życzę Ci, by sił ci starczyło na kolejne lata. Gratulacje za tego gnojka wyrzuconego z CBA. Majstersztyk.



Maciej Gawlikowski odpowiada:

> Ty miałes swoje powody by uważać, że w Pulsie zrobiło
> Ci się za ciasno. Ja uważałem, że na tle wszystkich
> innych redakcji jakie wtedy miałem do wyboru (a i w
> innych okresach też) akurat Puls Dnia cieszył się
> wyjątkową swobodą

Mnie nie zrobiło się w Pulsie za ciasno. Walkę o niezależność uznawałem za nieodłączną część tego fachu i nie dziwiło mnie, że trzeba ją toczyć. To mnie uznano za osobę nie w pełni dyspozycyjną. Stąd wylot.
Pamiętasz jak Gasper z przejęciem przemawiał do nas na konspiracyjnym zebraniu redakcji z szefostwem (poza telewizją, bo wszędzie podsłuchy!): "Jesteśmy żołnierzami Wiesia". Zareagowałem wówczas parsknięciem śmiechem. Myślałem na początku, że on żartuje. Nie żartował...

> pamietam bodaj jeden tylko spór o temat programu,
> który jako zespół toczyliśmy z Maćkiem Pawlickim.

Zapamiętujemy łatwiej chwile miłe i dla nas bohaterskie :-)

> Szczerze mówiąc, uważam, że wtedy i Ty przeginałes
> pałę i robiłeś czasem drakę tam, gdzie absolutnie nie
> było takiej potrzeby.

Ech, młodość... Panicznie bałem się sk...nia przez tę ponurą instytucję, którą była TVP i reagowałem czasem nadwrażliwie na majstrowanie nam koło tyłka przez szefów.
Poza tym była to (he, he, he - JEST!) maszyneria smarowana tak grubo wazeliną przez różnych mistrzów przetrwania, że dla odreagowania trzeba było się stawiać i odgryzać żeby w tym nie utonąć.

> Porównywanie jednak czasów Kwaśniewszczyzny z sytuacją
> dziennikarzy w Pulsie Dnia za czasów Walendziaka
> uważam za absolutnie nieuprawnione.

Wyselekcjonowani dziennikarze o poglądach bliskich SLD nie czuli się gwałceni przez szefów np. za Kwiatkowskiego.
Analogicznie, za rządów Walendziaka w TVP, Piotrek Semka nie czuł się ani przez moment tłamszony przez swoich szefów.
Taki jest mechanizm polityczny organizowania ekip dziennikarskich. Bierzesz "swoich", to nie podskakują (no, może czasem, ale nie wyjdą z tym na zewnątrz).
Nie chcę, broń Boże, stawiać znaku równości między Walendziakiem i Kwiatkowskim czy uczciwością i rzetelnością TVP za rządów jednego i drugiego. Oczywiście TVP za pampersów była duużo uczciwsza i normalniejsza, mniej propagandowa i rzetelniejsza. Nie zmienia to faktu, że pewne mechanizmy były takie same. Choćby mechanizmy montowania ekipy "swoich" ludzi. Jakich tam "ludzi" - "żołnierzy"!
Ja się w takim układzie nie mieściłem, bo niczyim żołnierzem nie byłem i nigdy nie będę. To nie dla mnie.

> Opisałes jak to "nasłano" nam komisarza politycznego,
> kumpla Walendziaka, który pojecia nie miał o
> telewizji.

Bo to szczera prawda! Choć komisarzem to Ty go teraz nazwałeś. Celnie!

> Okazał się facetem wyjatkowo bystrym, ciekawym swiata
> i o bardzo dużych umiejętnosciach kierowania zespołem
> złożonym z ludzi o niełatwych charakterach. (...)
> Sposób w jaki opisałes go w komentarzu pokazuje
> brzydką cechę: wyciaganie pochopnych i bardzo
> radykalnych wniosków o charakterze innych ludzi na
> podstawie bardzo powierzchownej znajomosci. Odradzam.

Radę przyjmuje, choć odwołuję tylko jedno - napisałem, że nie był zbyt lotny. To krzywdzące i nieprawdziwe.
Takie wrażenie pozostało u mnie z powodu jego wyglądu przedsiębiorcy pogrzebowego, marsowej miny i braku poczucia humoru. Człowiek przy tym był naprawdę niegłupi i miał dużą wiedzę, choć ta cecha wobec braku znajomości dziennikarskiego fachu i telewizji nie jest chyba wystarczająca do nominacji na szefa najważniejszego programu publicystycznego telewizji.
Czy wyobrażasz sobie, że dziś szefem publicystyki Jedynki zostaje niezwiązany z dziennikarstwem właściciel pralni, członek PiS, kumpel Urbańskiego? Trochę zmieniły się te standardy przez 12 lat. Na szczęście.

> Rozumiałem intencje Ani: stworzyć nieformalne miejsce
> na którym policjanci, dziennikarze i prokuratorzy
> mogliby się spotkac i poznać.

To brzmi jak pomysł na stworzenie jakiejś mafii! :-)))
Spotkali się, poznali, polubili. Coś z tego dobrego wynikło, poza pozyskaniem kilku OZI przez służby?

Bóg zapłać za dobre słowa :-)
Pozdrawiam serdecznie.

 
następny artykuł »